Dekalog

I. nie będziesz całego pobytu w Tel Avivie spędzał na plaży

Garie to to nie jest. Fale niewielkie, a przyjemność z pluskania się psują pojawiające się niekiedy ławice fragmentów foliowych torebek i innego śmiecia. Wzdłuż plaży ciągnie się dość ruchliwa ulica, za nią stoi rząd wielkich hoteli. Tym niemniej, można tam przyjemnie spędzić godzinkę albo dwie, trochę mocząc się i pływając w osłoniętych falochronami obaszarach, trochę piekąc się na słońcu. Piasek przyjemny (choć sporo w nim papierosowych petów), co kilkaset metrów znaleźć można knajpę serwującą zimne napoje, miejscowa młodzież bawi się odbijając twarde piłeczki dużymi, drewnianymi paletkami, a młodzież młodsza buduje na brzegu zamki z piasku; nieźle, jak na centrum milionowego miasta.

Co więc zrobić z resztą dnia? Myśmy poświęcali ją przede wszystkim na spacery i wycieczki rowerowe. Trasa wzdłuż morza jest popularna i dość wygodna jeśli chce się przedostać z północnej części centrum do Jaffy, ale zdecydowanie warto zapuścić się też w zacienione platanami uliczki w okolicy placu Dizengoffa. Znaleźć tam można piękne przykłady architektury Bauhausu, z pasmami balkonów zawijającymi się wokół białych, kilkupiętrowych budynków. W jednym ze sztandarowych przedstawicieli tego stylu, Cinema Hotel przy placu Dizengoffa właśnie, można zamieszkać; myśmy rezydowali w siostrzanym Center Chic po przeciwnej stronie uliczki Zamenhofa. Plac Dizengoffa jest w ogóle ciekawie wymyślony: ponad skrzyżowaniem ulic znajduje się platforma-deptak, z umieszczoną cetralnie fontanną w geometryczne wzory. W sobotnie południe z umieszczonych wokół głośników usłyszeć można było muzykę Bacha.

Większość budynków mieszkalnych w tej dzielnicy nawiązuje w jakiś sposób do stylu szkoły z Dessau. Domy te często pozbawione są parterów: na poziomie gruntu znajduje się tylko wejście do klatki schodowej i filary podpierające kolejne piętra. W stworzonych w ten sposób podcieniach znajdują się podjazdy dla samochodów, małe ogródki i gromady kotów. Budynki, pamiętające lata trzydzieste ubiegłego wieku, często nie są w najlepszym stanie; łaty odłupanego tynku, łuszcząca się farba i rdza na kratach nie odbierają im jednak uroku.

Jeśli dreptanie po centrum wydaje się nie dość efektywnym sposobem przemieszczania się, Tel Aviv dysponuje siecią stacji z rowerami do wynajęcia. Myśmy z nich akurat nie korzystali, bo z hotelu mogliśmy wypożyczyć za darmo, ale sądząc z popularności zielonych rowerów z logo Tel-O-Fun, jest to wygodna opcja. Wynająwszy rower warto przejechać się bulwarem Rotszylda a następnie zjechać wąską Shabazi ku morzu.

Należy w końcu wybrać się do starej Jaffy, na wzgórze, z którego roztacza się efektowna panorama nowego Tel Avivu. Kręte, wąskie uliczki, średniowieczne mury kryjące wewnątrz knajpy z falafelem i sklepy z baklawą to miniaturowa, uporządkowana wersja starej Jerozolimy – o której później.

Wieść przewodnikowa niesie, że Tel Aviv jest też bardzo dobrym miejscem na nocne imprezowanie, ale tego akurat nie sprawdziliśmy na własnej skórze.

II. nie będziesz się obżerał

To nie jest proste – wszystko jest takie smaczne! Już pierwszego wieczora w Tel Avivie wylądowaliśmy w Mexicana przy ulicy Bograszowa, gdzie z trudem zmogliśmy osiem małych torilli z różnymi meksykańskimi dodatkami – wszystko, oczywiście, pyszne. Albo weźmy takiego Raphaëla, restaurację z górnej półki, chwaloną przez Lonely Planet jako jedną z najlepszych w mieście. Tego typu lokale nie mają w zwyczaju obdarzać gości owocami swojego kunsztu szczególnie hojnie, tu jednak rewelacyjne tangine z jagnięcą łopatką jest olbrzymie; co gorsza, serwują fantastyczne pieczywo, i jak tylko zobaczą, że zbliżamy się do końca koszyka, donoszą nowe. Niby wiadomo, że nie ma się co chlebem napychać, gdy czeka nas jeszcze główne danie, ale jest tak dobry, że trudno się powstrzymać. Godzinny spacer po kolacji nie pomógł – byłem tak najedzony, że z trudem się poruszałem i jeszcze większym trudem zasypiałem.

Nawet prozaiczny, śniadaniowy bufet w hotelu najeżony jest zasadzkami: aromatyczne sałatki, tabbouleh, śledź, owoce, kozie sery – jedna wielka konspiracja mająca na celu wypełnienie naszych żołądków i rozwalenie dietetycznych planów. Tak nas karmiono na śniadaniach serwowanych w telaviwskim Cinema Hotel. Szczęśliwie w jerozolimskim hostelu było bardziej skromnie: muesli, mleko, sałata, pomidor, ogórek i feta; tam pokusa, żeby najeść się na zapas na cały dzień była znacznie mniejsza.

Bardziej bezpieczną opcją wydaje się być szałarma, czyli po polsku kebab – dostaje się swoje mięso i warzywa zawinięte w pitę albo płaski placek, i tyle. Miejsc serwujących ten przysmak są setki, myśmy wypróbowali jedno na rogu Agripas i króla Jerzego w Jerozolimie, po 15 szekli za sztukę – polecamy. I w przypadku tego ulicznego jedzenia należy jednak się mieć na baczności, bowiem w Jaffie, gdy tylko właściciel lokalu zorientuje się, że ma do czynienia z turystami, zagania ich do restauracji na dachu, gdzie sadzani są przy stoliku i częstowani potrawami za grube dziesiątki szekli, w otoczeniu tuzinów sałatkowo-humusowych przystawek – i znów złamanie drugiego przykazania murowane. Na marginesie, humus jest tu rewelacyjny. Ja się nie znam, ale Ania była zachwycona.

Jedzenie jedzeniem, a napojom też warto poświęcić nieco uwagi. Izrael podobno zdobywa renomę jako producent win. Do konkurencji z winiarskimi potentatami podchodzą izraelczycy trochę z przymrużeniem oka: przeciwko francuskiemu Châteauneuf du Pape wystawiają swój Garage de Papa; z drugiej jednak strony robią to na poważnie – wspomniane wino (rocznik 2009, produkowane przez winiarnię Lewinsohna) jest świetne. Nasza niewielka próbka – dwa różne czerwone wina, jedno w ekskluzywnym Raphaëlu, drugie w masowo-turystycznym Amigo Emil – nie pozwala na wyciąganie daleko idących wniosków, ale wydaje się, że poziom nie jest jednak zbyt równy: drugi nasz kandydat, Domaine De Latroun Pinot Noir z 2009, wypadł nader przeciętnie. Choć może to kwestia szczepu winogron, bo nie przypominam sobie Pinot Noir, które by mi naprawdę smakowało.

Z piw rodzimych próbowałem popularnego Goldstara (nieciekawy) i jakowyś trunek אחרזת ב’ת o smaku miodowym – ciekawostka, ale nic nowego czy zachwycającego. Lepsze jest palestyńskie Taybeh (Gold smaczniejsze od Amber), ale to też lager, czyli właściwie bez większej różnicy czy pije się to, czy Heinekena. Lepiej przejść się ulicą i zakupić wyciskany na zamówienie sok z granatów – na jerozolimskim starym mieście wyciskarki są co dwa kroki. To dość droga impreza, 25 szekli za duży kubek, ale schodzi na taką porcję około dziesięciu owoców, a teraz właśnie, na początku października, jest sezon na granaty i sok jest rzeczywiście pyszny. Jeśli nie chcemy się wykosztowywać na granaty, świeże soki cytrusowe albo miksowane koktajle mleczne lub jogurtowe są też niczego sobie.

III. pamiętaj, aby na szabas nie planować obszernego programu zwiedzania

Stosując zwrot ukuty niegdyś przez Krzyśka Miernika powiedzieć można, że w Izraelu nie ma wyzysku. Przejawia się to w tym, że czas wolny jest święty – w przenośni i dosłownie. Nasz samolot wylądował na lotnisku Ben Guriona w piątek po południu, nie tak późno nawet, przed 16, lecz okazało się, że pociągi i autobusy już nie jeżdżą. Jedyna szansa, by dostać się do Tel Avivu, to taksówka. W mieście ulice puste, sklepy i knajpy pozamykane – i tak do zmroku w sobotę. To samo w święta religijne. W poniedziałek po naszym przylocie planowaliśmy wyjeżdżać z Tel Avivu na południe. Okazało się, że w ten akurat dzień wypada Hoszana Rabba i samochód musimy odebrać do niedzielnego południa – później wszystko jest zamykane.

W bardziej religijnej Jerozolimie, na godzinę przed piątkowym zachodem słońca dźwięk syren przypomina pochłoniętym pracą mieszkańcom, że pora udawać się do domu na tradycyjną kolację. Jeśli chce się załapać na busa na lotnisko, trzeba zamawiać z ponad dobowym wyprzedzeniem.

Szczęśliwie nie ma państowych przepisów mówiących, że w soboty pracować nie wolno, tak, że znaleźć można gdzieniegdzie (w Jerozolimie poszukiwania warto zacząć od nieżydowskich kawałków starego miasta) sklepiki i stragany otwarte w szabas. Pamiętać jednak warto, że instytucje publiczne (w tym miejski transport) i większość prywatnych biznesów zamknięta jest w ten dzień na cztery spusty, co ogranicza nasze możliwości zwiedzania.

IV. szanuj przepisy parkowania

Ruch uliczny na bliskim wschodzie nie cieszy się dobrą sławą i stan karoserii Mazdy 2, którą wynajęliśmy na kilka dni, zdawał się to potwierdzać. Ów weteran szos z osiemdziesięcioma tysiącami kilometrów na liczniku (my dołożyliśmy kolejne pięćset) poznaczony był zadrapaniami i wgnieceniami. Wewnątrz ułamana kratka wentylacyjna, zepsuta plastikowa półka nad bagażnikiem – pod względem stanu technicznego samochód nasz znacznie odbiegał od nowiutkich aut które wypożyczaliśmy w USA i na Islandii.

Jazda z biura Avis przy HaYarkon w Tel Avivie pod nasz hotel była dość żmudna; trasa, którą na piechotę pokonywaliśmy w dziesięć minut, samochodem zajęła pół godziny za sprawą kluczenia jednokierunkowymi uliczkami i korków na głównych arteriach. Następnie okazało się, że hotel nie dysponuje miejscami parkingowymi, i choć można próbować stawać na dziko, grozi to blokadą lub odholowaniem przez służby miejskie, tak, że gościom zaleca się pozostawienie samochodu na parkingu najbliższego centrum handlowego – szczęśliwie odległego o zaledwie pięć minut spaceru.

Poza parkowaniem i miejskimi korkami, źródłem drogowych emocji mogą być też tablice informujące gdzie się jest i dokąd jechać. Nazwy ulic zapisane są z reguły zarówno po hebrajsku jak i transkrypcją łacińską, ta ostatnia jednak nie jest ustalona jednoznacznie, więc na ulicznych tablicach odbiegać może od tej na mapie. Również oznaczenia na autostradzie nie zawsze są czytelne, zaś myśmy poskąpili na lokalny GPS i opieraliśmy się na sciągniętych w hotelu fragmentach Google Maps, w związku z czym raz wywiozło nas w kierunku odmiennym od zaplanowanego.

Poza tym jednak jazda samochodem po Izraelu była nadspodziewanie bezproblemowa. Nawet w gęstym ruchu telaviwskim czy jerozolimskim miejscowi kierowcy zachowywali się ostrożnie i uprzejmie, i gdyby nie kłopoty z miejscami parkingowymi byłoby to doświadczenie zupełnie bezstresowe. Samochodzik nasz, pomimo dużego przebiegu, jeździł bez zarzutu, i radził sobie dobrze zarówno na autostradzie jak i gruntowych drogach pustyni Negev.

Do hebrajskiego wracając: alfabetu nauczyć się dość łatwo, literek jest niewiele i większość jest łatwo rozróżnialna. Jedyny szkopuł to brak samogłosek; w artykule na Wikipedii jak i w innych źródłach, do których dotarłem, piszą o systemie kropek, które mają sygnalizować jaką samogłoskę wstawić, ale próżno ich szukać w napisach widocznych na mapach i tablicach informacyjnych. Spotkać je można chyba tylko w książkach dla dzieci i w hebrajskich transkrypcjach obcych słów; pewnie założenie jest takie, że dorośli już wiedzą, jak się różne słowa wymawia, więc nie muszą mieć wszystkich literek. Ja sobie z tym radziłem tak, że odczytując hebrajskie napisy między wszystkie spółgłoski wstawiałem “a”, chyba, że był tam apostrof, wtedy wstawiałem “i” – na ogół wychodziło podobnie do łacińskich transkrypcji.

V. nie omijaj Makhtesh Ramon

Czy warto odwiedzić biblijne miejsca w Galilei typu Nazaret, Betlejem etc. tego nie wiem, bośmy tam z braku czasu nie zawitali; po tym, jak wygląda zwiedzanie miejsc o podobnej proweniencji w Jerozolimie skłonny jestem jednak sądzić, że można sobie tę atrakcję bez większego żalu odpuścić. Nie należy natomiast rezygnować z podróży na południe, na pustynię Negev, w szczególności do krateru Ramon.

W okolicach Be’er Sheva pustynia nie jest specjalnie piękna: mi, nie nawykłemu do tego rodzaju widoków, przypominała nieco obrazki z Marsa, których ostanio dużo w mediach za sprawą misji Curiosity – tyle, że mniej rude, i upstrzone gdzieniegdzie obskurnymi, blaszanymi barakami, w których, zdaje się, mieszkają Beduini. Krater Ramon, natomiast, to zupełnie inna historia: dziura w ziemi o rozmiarze kilkanaście na kilkadziesiąt kilometrów, otoczona kilkusetmetrowymi klifami, odsłaniającymi wielokolorowe warstwy różnego rodzaju skał i zawierająca masę gór, dolin i kanionów.

Wrotami do krateru jest miasteczko Mitzpe Ramon, gdzie zastaliśmy zamknięte z racji Hoszana Rabba centrum informacji turystycznej, za to tuż obok otwarte mini-zoo o nazwie Bio Ramon. Tam, za opłatą 20 szekli od osoby, miła pani przewodniczka wygrzebała dla nas chowającą się w piasku jaszczurkę i opowiedziała o życiu seksualnym jeżozwierzy. Wyświetlono nam też piętnastominutowy film traktujący o pochodzeniu krateru; okazuje się, że nie powstał on na skutek spektakularnego wybuchu czy uderzenia, lecz za sprawą trwających miliony lat zjawisk krasowych.

Z Mitzpe Ramon prowadzi przez krater szosa do Eilat – kurortu nad Morzem Czerwonym. Przy szosie tej mieści się kilka atrakcji, między innymi tzw. “stolarnia”, czyli pagórek pokryty fragmentami bazaltowych kolumn, które komuś skojarzyły się oberżniętymi drewnianymi palikami. Do większości ciekawych tras pieszych dojechać jednak trzeba kilometrami dróg gruntowych. W Mitzpe Ramon warto zaopatrzyć się w mapkę szlaków, pokazującą również, które drogi dostępne są dla zwykłych samochodów, które tylko dla terenowych, a które przebyć można wyłącznie pieszo.

Do krateru zajechaliśmy pod wieczór, zatrzymaliśmy się więc na jednym z wyznaczonych miejsc campingowych. Na terenie parku znajduje się jeden camping zorganizowany, z infrastrukturą, beduińskimi namiotami i domkami, które można wynająć. Myśmy wybrali wariant bardziej dziki, czyli plac na końcu drogi biegnącej Nahal Gevanim, przy którym umieszczono tablicę informującą, że tu można nocować. Ziemia jest tam tak twarda, że nie ma co marzyć o wbiciu namiotowych szpilek; poradziliśmy sobie w końcu przytrzaskując je kamieniami.

Podnóże góry Saharonim, gdzie nocowaliśmy, to miejsce niezwykłe, kompletnie odludne, odległe od najbliższych większych miast o prawie sto kilometrów. W nocy pięknie widać gwiazdy, z wyraźną Drogą Mleczną i wszystkimi innymi konstelacjami, o których nie mam większego pojęcia. Spaliśmy przy otwartych drzwiach (zasunęliśmy jedynie moskitiery, żeby nam skorpiony i inne paskudztwa nie powłaziły w nocy), zasypiając widzieliśmy rozgwieżdżone niebo. Temperatura w nocy nie spadła poniżej 15 stopni, tak, że nasze lekkie śpiwory plus jedwabne wkładki okazały się w zupełności wystarczające. Jedyny mankament tego miejsca to przebiegająca nad placem linia wysokiego napięcia, której słup bez przerwy buczał i skwierczał, przypominając w ten sposób, że i na to odludzie dotarła cywilizacja.

Okazało się, że mieliśmy szczęście do pogody, bowiem dzień, na który zaplanowaliśmy dłuższą wycieczkę, miał być wyjątkowo chłodny – zaledwie 23 stopnie w cieniu. Inna sprawa, że informacja o temperaturze w cieniu jest na Negev niezbyt przydatna, bowiem cienia tam praktycznie nie ma – przez cały niemal czas przebywa się na słońcu. Wyruszyliśmy około 9 rano, kierując się biegnącym drogą zielonym szlakiem w stronę ruin karawanseraju, a później przez fantastyczny kanion w kształcie podkowy, którym w porze deszczowej płynie spora rzeka. Na koniec zamknęliśmy pętlę wracając na camping przez górę Saharonim. Podejście na tę ostatnią nie jest ani specjalnie strome, ani trudne technicznie, ale w tym upale, na słońcu, okazało się bardzo wyczerpujące! Pokonanie całej trasy zajęło nam niecałe trzy i pół godziny, a zapas półtora litra wody na osobę, który zabraliśmy, okazał się ledwo wystarczający; polecałbym brać ze dwa razy tyle.

Podczas wizyty w Bio Ramon ostrzegano nas przed licznymi jadowitymi stworzeniami, jednocześnie uprzedzając, że niewiele zwierząt zobaczymy, gdyż mieszkańcy pustyni mają zwyczaj chować się pod kamieniami i w piasku. Istotnie: jedynymi żywymi istotami, jakie spotkaliśmy – prócz kilkorga innych turystów – były ptaki, parę jaszczurek i jeden pająkowato wyglądający owad.

VI. nie nocuj na plaży w Ein Bokek

O ile obozowanie w Makhtesh Ramon to fantastyczna sprawa, o tyle wystrzegać się należy namiotowania na plaży w Ein Bokek. Lonely Planet polecało to miejsce jako wygodne i przyjemne, jedno z lepszych biwakowisk nad Morzem Martwym, tymczasem miejscowość ta to typowo nadmorski kurort, obsługujący głównie turystów rosyjskich. Knajpy są nieciekawe, prysznice tylko odsłonięte, przy wyjściu z wody, a kible płatne i zamykane niedługo po zmroku. Do tego światła z ciągnącej się wzdłuż plaży ulicy i wielkich hoteli po jej przeciwnej stronie, oraz dźwięki arabskiego disco z zaparkowanego obok samochodu, którego kierowca postanowił zademonstrować moc swego systemu audio, nie tworzą klimatu sprzyjającego relaksacji.

Przyznać jednak należy, że pobudka przed siódmą, kiedy to słońce pojawia się nad jordańskim brzegiem jeziora zaś z pobliskiej knajpy płynąć zaczyna nastrojowe plumkanie jakiegoś niuejdżowego czilautu, gdy wciągnięcie gatek i kilkanaście metrów piaszczystej plaży dzieli nas od kojącego zanurzenia się w solance, jest całkiem przyjemna.

Jeśli więc nie plaża w Ein Bokek, to co? Możnaby o Morze Martwe zahaczyć tylko, popławić się trochę i jechać dalej, atrakcje z przykazania VII zaliczając w ciągu jednego dnia, bazując np. w Jerozolimie. Można zaobozować na plaży w Ein Gedi (choć nie wiem, czy będzie się to specjalnie różniło on Ein Bokek). Można poszukać hostelu. Nie wiemy, która z tych opcji jest najlepsza; wiemy jedynie, że nocleg na plaży w Ein Bokek do szczególnie przyjemnych nie należy.

VII. nie zapominaj, że Morze Martwe to nie tylko kąpiele

Kąpiel w Morzu Martwym to ciekawe doświadczenie i bynajmniej nie należy z niego rezygnować. Wejście po kostki nie daje może jeszcze powodów do entuzjazmu – ot, ciepława woda i nieruchoma tafla – jednak już przy zanużeniu się po kolana czuje się nietypową gęstość cieczy. Gdy wejdźmy po pas, ni stąd ni zowąd nasze nogi unoszą się nagle i lądujemy lekko zgięci, na plecach, unosząc się na powierzchni wody w charakterystycznej pozie widocznej na wszystkich niemalże zdjęciach znad tego słonego jeziora; okazuje się, że jest to naturalna pozycja ludzkiego ciała zanurzonego w Morzu Martwym. Położywszy się, poruszać się możemy dostojnie, wykonując powolne ruchy rękoma i pilnując, żeby nie nachlapać solanką do oczu i innych wrażliwych otworów.

Kąpiel jest więc obowiązkowa, ale nie powinna przysłaniać faktu, że wybrzeże “morza” to fantastyczny krajobraz gór, które w istocie górami nie są, bowiem ponad powierzchnię tego prawdziwego morza wystają zaledwie kilkadziesiąt metrów. Od powierzchini Morza Martwego dzieli je natomiast metrów ponad czterysta, tyle bowiem wynosi głębokość depresji, w której leży owo słone jezioro. Przypomnieć tu może warto, że nazwa “morze” jest mocno na wyrost, gdyż wielkość tego zbiornika wodnego porównywalna jest z jeziorami mazurskimi, zas przeciwległy, jordański brzeg, widać wyraźnie. Tym niemniej depresja owocuje spektakularnym krajobrazem kryjącym kilka perełek. Odwiedziliśmy dwie z nich: Masadę i park Ein Gedi.

Masada to twierdza zbudowana przez króla Heroda, który, prócz tego, że wedle przekazów biblijnych i nie tylko był niezłym paranoikiem, zapisał się w historii Żydów jako wielki budowniczy. Położona na szczycie niedostępnej skały uważana była za niezwykle trudną do zdobycia. Poczesne miejsce w historii Żydów zapewniła jej obrona przed rzymskim oblężeniem, kiedy to przekonani o nadciągającej klęsce obrońcy popełnili zbiorowe samobójstwo. Dziś do odkopanych i częściowo odbudowanych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku ruin fortecy dostać się można od strony morza stromą ścieżką lub kolejką linową. Myśmy zdecydowali się na ten drugi wariant – po części z braku czasu, po części ze względu na to, że wspinaczkę w upale zaliczyliśmy już poprzedniego dnia, a po części ze względu na nadzieję ciekawych widoków w trakcie jazdy; te ostatnie są fajne, ale równie dobre można obejrzeć z góry (w dół) lub z dołu (w górę). Po dotarciu na płaskowyż warto wypożyczyć audioprzewodniki, które oprowadzą nas po pozostałościach pałacu Heroda, łaźni, magazynów i innych zabudowań. W odrestaurowanych pomieszczeniach zobaczyć można podłogowe mozaiki i ścienne freski – w większości są to kopie, oryginały są do obejrzenia w muzeum na dole (warto). Z murów twierdzy roztacza się piękny widok na izraelskie wybrzeże Morza Martwego, widać też wyraźnie strukturę obozów oblegających wojsk rzymskich. Na zwiedzenie kompleksu poświęciliśmy trzy godziny i było to trochę mało – część bydynków na górze musieliśmy pominąć.

Po południu mieliśmy być w Jerozolimie i oddać samochód, niewiele nam więc też czasu pozostało na inny ciekawy punkt wybrzeża: Ein Gedi. Prócz kurortu, spa oraz kibuca, nazwa ta oznacza też park, w którym spływające z góry strumienie ożywiają pustynny krajobraz dżunglowatą roślinnością i wodospadami. W tej scenerii wyznaczono sporo szlaków pieszych, z których większość wymaga kilku godzin marszu pod górę i w upale. Myśmy zaliczyli tylko najprostszą trasę, do wodospadu Dawida – około trzech kwadransów tam i z powrotem. Z racji swej dostępności trasa jest gęsto obsadzona przez turystów, zaś sam wodospad niezbyt spektakularny; najfajniesze są końcowe fragmenty trasy prowadzące wzdłuż potoku, stworzonym przez gęstą roślinność zadaszonym korytarzem. Czasu nam starczyło jeszcze na obejrzenie pozostałości synagogi z początkowych wieków naszej ery; zachowały się tam piękne mozaiki, praktycznie cała podłoga głównego pomieszczenia. Znajduje się ona pod wielkim namiotem, tak, że upał nie doskwiera.

VIII. nie staraj się dostać na Wzgórze Świątynne za wszelką cenę

Do Jerozolimy dotarliśmy wprost znad Morza Martwego, i po zakwaterowaniu w hostelu oraz odstawieniu pożyczonego w Tel Avivie samochodu, udaliśmy się na spacer na stare miasto.

Pierwsze wrażenie trudne jest do opisania, tym niemniej spróbuję. Wchodzimy przez bramę jafską i ruszamy na wprost, w ulicę Dawida; chcieliśmy znaleźć chwaloną przez Lonely Planet knajpę, którą zlokalizowaliśmy na mapie. Nasz plan to iść prawie do końca Dawida, później skręcić w Beit HaBad, w stronę bramy damasceńskiej, a następnie w El Khanqa. Podświadomie oczekiwałem chyba czegoś w stylu uliczek warszawskiej starówki, tymczasem ulica Dawida to przesmyk szeroki może na dwa metry, z obu stron nieprzerwany rząd małych sklepików, których towar, głównie asortymentu pamiątkowego, wisi i rozłożony jest przed drzwiami, czyniąc przejście jeszcze węższym. Środkiem płynie niezbyt gęsty tłum turystów. W pewnym momencie mam wrażenie, że idę nie ulicą, a tunelem; patrzę do góry, i rzeczywiście: nieba nie widać, nad głową sklepienie. Tymczasem pasaż prowadzi dalej i dalej, schodząc niezbyt stromo w dół, jakby w głąb ziemi. Wokół wciąż stragany, zapachy bardzo intensywne, drzewa sandałowego, kminu, kardamonu, goździków, kadzidła. Hałas umiarkowany: sklepikarze od czasu do czasu nagabują przechodniów, rozmawiają ze sobą po arabsku. Gdzieniegdzie słychać z głośników rytmiczną, wschodnią muzykę, z innych głośników zawodzenie muezina.

Dochodzimy do końca Dawida – oczywiście przegapiliśmy skręt w Beit HaBad – zakręcamy więc w lewo, na azymut. Jesteśmy wciąż w sklepionym tunelu, ale widok zupełnie inny: wszystkie stragany pozamykane (było już po piątej, zapadał zmrok), tylko jedne drzwi w długiej uliczce otwarte, za nimi komórka o wymiarze metr na półtora, cała zawalona jakimś antycznym żelastwem: biżuterią, menorami, dzbanami, itp. Trudno powiedzieć, czy to stragan, czy schowek zdziwaczałego staruszka, który ma manię gromadzenia wszystkiego, co znajdzie.

I ten zaułek się wnet kończy i trafiamy z powrotem na główną arterię, z jej ruchem, straganami, zapachami i hałasem. Charakter jednak się nieco zmienia, mniej jest pamiątek, pojawiają się za to rzeźnicy, na hakach wiszą półtusze baranie, obok sklepy z małymi artykułami gospodarstwa domowego, jakby więcej jest miejscowych, mniej turystów. Miejscami sklepienie znika, okazuje się, że nie do końca jest to tunel, lecz raczej wąwóz między wysokimi budynkami, których łączniki i daszki tworzą niespójny sufit. Nie jestem już pewien, czy to sklepienie, które widziałem wcześniej to było faktyczne, czy tylko mi się zdawało.

Po kilku lub kilkunastu minutach błądzenia odnajdujemy w końcu naszą knajpę. Po kolacji ruszamy w drogę powrotną, w jakimś straganie targuję się o cztery małe talerzyki, idzie nawet nieźle, sprzedawca schodzi z 80 do 50 szekli, ale gubię się i odchodzę z niczym. Jeśli jest coś takiego jak miejsce “magiczne”, to jerozolimskie stare miasto bez wątpienia się kwalifikuje.

Następnego dnia rano znów jesteśmy na starówce, tym razem w ramach wycieczki organizowanej przez Sandemans, Firma ta skutecznie promuje się organizując “darmowe” (w rzeczywistości oczekuje się, że przewodnik dostanie napiwek), dwugodzinne wycieczki po starym mieście. Skorzystaliśmy z tej możliwości, i, jako że przewodnik opowiadał zajmująco, również z popołudniowej, płatnej wycieczki po świętych miejscach.

Poranna, przekrojowa była bardzo fajna i dała nam podstawową wiedzę o czterech częściach starego miasta przyporządkowanych według religijno-narodowościowych podziałów – chrześcijańskiej, muzułmańskiej, żydowskiej i ormiańskiej – oraz o historii miasta, Popołudniowa jest słabsza: odwiedzamy “salę ostatniej wieczerzy”, czyli jakąś średniowieczną salkę w której turyści wyobrażają sobie, że miejsce miał ów słynny posiłek, znajdujący się piętro niżej “grobowiec króla Dawida”, czyli małą izdebkę ze skrzynią przykrytą purpurowym suknem. Odstajemy godzinę w kolejce na słońcu, żeby na dwadzieścia minut wejść na Wzgórze Świątynne, sfotografować z zewnątrz meczet Al Aksy i Kopułę na Skale – do środka wchodzić mogą tylko muzułmanie – i opuścić to superświęte miejsce. Najlepsze było na koniec, kiedy już niewiele energii do zwiedzania nam zostało: wizyta w Bazylice Grobu. Jest to najciekawszy punkt programu, bowiem organizacja tego kościoła jest kuriozalna: jeden budynek, a składa się z szeregu kaplic zbudowanych wokół różnych ważnych dla Chrześcijan miejsc, rzeczywistych lub umownych, każda pod opieką jednego z kościołów chrześcijańskich. I tak np. prawosławni mają “grób”, Ormianie zdaje się czubek Golgoty, a katolicy miejsce, gdzie nic ciekawego nie ma, chyba tylko Duch Święty. Jest ta kohabitacja źródłem różnych niesnasek, jak ta sprzed kilku lat gdy ormiańscy i greccy mnisi pobili się nie wiadomo o co.

Podsumowując: na “darmową” wycieczkę warto pójść, dobrze jest zobaczyć Bazylikę Grobu, na Wzgórze Świątynne tylko zajrzeć jeśli akurat nie ma kolejki (podobno czasem nie ma). Najciekawsze i tak są spacery wąskimi, krętymi i stromymi uliczkami, liczące setki lat mury i bruk, zapachy, dźwięki, kontrasty między kulturami.

IX. odwiedź Yad Vashem

Jeśli religia nas nie kręci, a potrzebujemy mocnych wrażeń, Jerozolima mieści centrum pamięci ofiar Holokaustu. Znajduje się w pięknej, górzystej okolicy na obrzeżach miasta, lecz dojechać tam łatwo: wystarczy wsiąść w tramwaj i wysiąść na ostatnim przystanku, góra Herzl, z tamtąd zaś przespacerować się dziesięć minut. Centrum jest bardzo efektowne; jego trzon stanowi budnek muzeum: długi, betonowy, leżący graniastosłup o trójkątnej podstawie, którego jeden koniec zawieszony jest nad zboczem góry. Wokół mieszczą się ogrody, w których każde drzewo zadedykowane jest komuś ze “sprawiedliwych wśród narodów” – osób, organizacji, a czasem całych narodów (Duńczycy), które broniły Żydów przed śmiercią z rąk Nazistów. Ania chcíała znaleźć drzewka kilkorga konkretnych Polaków, lecz poświęcić na to trzeba by było chyba cały dzień, tyle tam tego jest.

Nazistowskie mordy na Żydach to temat dobrze nam znany i nie należy się spodziewać od muzeum nowych na ten temat rewelacji. To, co robi wrażenie, to dokładna, chronologiczna dokumentacja całego procesu i nagromadzenie wszystkich tych faktów i eksponatów w jednym miejscu. Najbardziej poruszająca jest sala archiwum na samym końcu, gdzie na ścianach wielkiej rotundy mieszczą się rzędy półek, a na nich segregatory z kartoteką pomordowanych. Połowa z półek jest pusta, bowiem na temat trzech z sześciu milionów ofiar brak jest danych.

Pomniki narodowej martyrologii i mordów o trudnej do wyobrażenia skali widzieliśmy w Kambodży. Yad Vashem robi większe wrażenie, i to nie ze względu na znacznie większy rozmach przy realizacji centrum. Czerwoni Khmerzy działali w odległej kulturze, której niektóre założenia trudno jest nam zrozumieć, trudniej identyfikować się z ofiarami, oprawcami, i tymi, którzy stali z boku. Zbrodnie przeciwko Żydom miały miejsce na ulicach Warszawy, w lasach pod Lublinem, uczestniczyli w nich ludzie o podobnym nam podłożu kulturowym; to powoduje, że do Europejczyka ten akurat monument przemówi pewnie mocniej.

X. poznaj innych podróżników

W Jerozolimie mieszkaliśmy w hostelu Abraham przy placu Davidka. Instytucja ta zajmuje duży budynek i oferuje noclegi we wspólnych salach i indywidualnych pokojach o przyzwoitym standardzie. Nie jest to tylko noclegowania – jednym z celów hostelu jest przybliżenie gościom kultury Izraela, i w ramach realizacji tegoż oranizowane są wycieczki bliższe (jak pub crawl) i dalsze (np. na pół dnia do kibucu) oraz kolacja szabasowa, w której każdy może wziąć udział. Posiłek zaczyna się między 19 a 20, ale warto we wspólnej kuchni pojawić się około 17:30, żeby wziąć udział w przygotowaniach. Myśmy dotarli na 18:15 i jedyna robota, która dla nas została to zmywanie i nakładanie jedzenia.

W naszej kolacji udział brało około pięćdziesięciu osób; rozpoczęła się od tradycyjnego błogosławieństwa świec, wina i chleba, poza tym jednak charakter miała bardzo nieformalny i stanowiła dobrą okazję do wymiany doświadczeń z innymi siedziącymi przy długich stołach globtroterami. Jedzenie fajne, głównie różnego rodzaju sałatki, do tego mięsne kulki, pieczone warzywa, ryż mocno przyprawiony goździkami.

Abraham hostel ma świetnie wymyśloną wspólną przestrzeń, tak, że znajomości z innymi mieszkańcami hostelu nawiązywać można nie tylko w szabas. Każdego wieczora we wspólnej sali, która mieści kuchnię, jadalnię, bar, gry stołowe, instrumenty muzyczne oraz dużo miejsca do siedzenia i leżenia, zbiera się kilkadziesiąt osób, z którymi można pogadać, wypić piwo, pograć w bilard i na inne sposoby spędzić czas w przyjaznej atmosferze. Tak właśnie upłynął nam ostatni wieczór przed wylotem i nie wątpię, że hostel i jego mieszkańcy przyczynili się do tego, że nasz wyjazd do Izraela był bardzo udany.