Duża wyspa, nie Sycylia

Urlop nas zaskoczył, nie spodziewaliśmy się go w końcu sierpnia. W sierpniu jeździ się na urlop jak się ma dzieci, albo jak jest się miłośnikiem Central Line w godzinach szczytu i chce się przenieść doznania sardynki w puszce na plaże Costa Blanca lub do klubów Ibizy. Jakby się jednak chwilę zastanowić, ostatni tydzień sierpnia był nieunikniony, zbiegły się bowiem wówczas termin oddania pracy i koniec kontraktu. Nie zastanawialiśmy się najwidoczniej, bo wyszło tak, że zorientowaliśmy się na dwa tygodnie przed terminem – a dwa tygodnie przed terminem w sierpniu, to jak ostatni moment. I te wymagania! Ma być plaża i kąpiele w morzu. I coś oprócz tego, na przykład góry. I niezbyt tłoczno, bez tłumów turystów, w szczególności angielskich. Nie astronomicznie drogo. No i niezbyt daleko, bo nie chcemy przecież spędzić połowy z wygospodarowanego tygodnia w samolotach i na lotniskach.

Może Śródziemne zatem. Minorka. Tylko gdzie ta Minorka? Spójrzmy na mapę: o, są wyspy. Jest jakaś duża – i nie Sycylia, Sycylia brzmi turystycznie. Sardynia. Niech będzie Sardynia.

Morze

Snorkeler

Cztery pierwsze dni poświęcamy morzu. Jak na śródziemnomorską wyspę przystało, Sardynia dysponuje licznymi plażami. Z racji tłumów unikać należy tych w okolicach miasta Olbia, piaszczysta plaża w Alghero też jest zatłoczona, jednak kawałek na północny zachód, nieopodal miejscowości Fertilia do morza schodzi skaliste wybrzeże i jest tam znacznie bardziej zacisznie. Tak też się składa, że nasza kwatera usytuowana jest trzysta metrów od rzeczonego wybrzeża, kąpiele są więc czystą przyjemnością – szczególnie po zaopatrzeniu się w maski, rurki i płetwy. Woda jest bardzo przejrzysta więc i warunki do snorklowania znakomite.

Inną nadmorską atrakcją okolic Alghero są odwiedziny Grotta di Nettuno, czyli jaskini ze stalagnatami. Można się do niej dostać z lądu, jednak wymaga to minimalnego wysiłku fizycznego, wybieramy więc łódkę z Alghero, która wysadza nas pod samą kasą z biletami. Jako że wykosztowaliśmy się nie na samą podwózkę ale na ekskluzywny mini-rejs, w komplecie mamy też dwie kąpiele (jedna prosto z łódki), zimny lancz oraz towarzystwo Włochów, którzy siedzą na rufie, palą papierosy i gadają. We wspólnym paleniu jest najwyraźniej coś, co zbliża ludzi i podobnie jak korporacyjni pracownicy biurowi, którzy wychodzą na przerwę jako obce sobie osoby a wracają nawiązawszy znajomości i wymieniwszy plotki, tak nasi towarzysze podróży, po kilku godzinach i kilku papierosach kończą rejsik w najlepszej komitywie. Kąpiele są za to niczego sobie, znów bardzo dobra widoczność.

Ze zdobywaniem pożywienia jest jak zwykle: błąkamy się przez godzinę między różnymi knajpami i wszędzie coś jest nie tak. Jak wygląda fajnie, to nie ma miejsca, jak jest pusto, to też niedobrze, bo pewnie jedzenie niesmaczne. Ostatecznie z pomocą łutu szczęścia i TripAdvisora typujemy kilka restuaracji. Jak to w nadmorskich lokalach, wszędzie królują owoce morza. Na Sardynii akurat nie zaliczają się one do tradycyjnej kuchni, tradycja ukształtowana została bowiem przez pasterzy, którzy siedzieli w głębi lądu i żarli kozy i prosiaki, unikając odwiedzanego często przez najeźdźców wybrzeża. Tym niemniej ryby, kalmary i ośmiornice niewątpliwie godne są polecenia. Molto bene. Delicioso. Mi piace molto questo piatto. Posso avere il conto per favore?

Uważać należy na startery: talerzyk ricotty z miodem za 12 euro jest pewną przesadą. Brać w ciemno można za to wino “domowe”, które kosztuje po 3-4 euro za półlitrowy dzbanek i jest z reguły wyśmienite. Chciałoby się zaraz nakupować butelek i zabrać do domu, żeby na miejscu, po otwarciu, odkryć, iż zabutelkowane i wytrzęsione w podróży okazuje się cienkie i bez charakteru. Takie wina trzeba pić w miejscu produkcji.

Góry

To Scale

Drugie cztery dni przeznaczone są na góry – przynajmniej nominalnie, nasza baza znajduje się bowiem w sercu gór Gennargentu, dziesiątki kilometrów krętych, górskich dróg nie tylko od najbliższej plaży, ale od cywilizacji w ogóle. Tymczasem więcej czasu i tak spędzamy na plażach. A było to tak: pierwszego dnia, zaraz po przyjeździe na miejsce wybieramy się do kanionu Gorropu, który jest dwie godziny marszu od naszej kwatery – zakładamy więc, że wyjście po 15 pozwoli nam na zaliczenie widoku kanionu i powrót o porze, kiedy jeszcze jest widno. W efekcie przy wejściu do kanionu jesteśmy o godzinie 17, a tam okazuje się, że to dopiero początek atrakcji, bowiem to właśnie zwiedzanie Gorropu jest gwoździem programu. Pędem więc ruszamy w kanion, wspinamy się po olbrzymich głazach, przeciskamy przez szczeliny, ale niestety, zmroku zatrzymać się nie da, i po pół godzinie zawracamy, bo przecież czeka nas później jeszcze ponad sześćset metrów przewyższenia pod górkę.

Druga górska wycieczka, której próbę podejmujemy, jest mniej udana. W planie jest zdobycie najwyższego szczytu Sardynii, Punta la Marmora (1834 m n.p.m.). Rano jest pochmurnie i zanosi się na deszcz, ale nic to, przyjeżdżamy na miejsce (dwie godziny dojazdu wąskimi szosami z przepaścią po jednej a skałą po drugiej stronie) i rozpoczynamy wspinaczkę. Po dwudziestu minutach wzmagający się deszcz i dobiegające z chmur grzmoty wybijają nam z głowy tę eskapadę.

Tak więc znów plaże. Nie ma jednak co narzekać: coste dell’Ogliastra jest bardzo malownicze, wysokie klify schodzą wprost do morza odcinając dostęp do licznych zatoczek. Leżąca tam Cala Fuili jest stosunkowo łatwo dostępna, o ile tylko uda się zaparkować gdzieś na prowadzącej do niej drodze. Miejsca parkingowe szczęśliwie stanowią ograniczenie dzięki któremu na tę bardzo malowniczą plażę nie zwalają się tłumy. Podobnie jest z Bidderosa, gdzie dziennie wpuszczanych jest sto kilkadziesiąt samochodów, a bilety trzeba zamawiać na dwa dni naprzód. Co prawda widoczność w wodzie jest najgorsza ze wszystkich miejsc jakie odwiedziliśmy na Sardynii, ale poczucie przynależności do nielicznej grupy wybrańców którzy dostąpili zaszczytu wylegiwania sie na piaskach i taplania się w wodach Bidderosa w pełni tę niedogodność rekompensuje.

Na zakończenie wspomnieć należy o drugiej, lądowej gałęzi kuchni sardyńskiej. Pieczeń ze świni bardzo dobra, takoż makarony. Ciekawostką są potrawy z mięsa koziego – smakuje trochę jak baranina, ale z bardziej neutralnym aromatem. Pogoda pogodą, góry górami, ale na sardyńskim jedzeniu i winie można polegać. Zresztą, jak ogłosił pewien znajomy kalamburzysta na fejsbuku: podróże tuczą.