Dziennik islandzki

Poniedziałek

W Einar Ban. Tyle się teraz wozi ze sobą dupereli, że co i rusz zapomni się o czymś ważnym. Powtarzam sobie, że grunt, żeby paszport i pieniądze były, resztę się da zorganizować na miejscu, a tu bach – zapominam karty PADI (Ania też nie wzięła), i główny punkt programu stoi pod dużym znakiem zapytania. Przypomniałem sobie w autobusie z lotniska w Keflavik do Reykjaviku, i natychmiast wysłałem maila do firmy organizującej nurkowania w Silfra. Pół godziny później wszystko było załatwione – znaleźli nasze dane w bazie nurków, i nic nie stało na przeszkodzie, żeby kolejnego dnia rano zażyć lodowatej kąpieli. Jak myśmy sobie radzili bez smartfonów?

Zatrzymujemy się w guesthausie 101, czyli hoteliku z najniższej półki. W recepcji wita nas grupa Azjatów, co obudziło skojarzenia z guesthausami w których zamieszkiwaliśmy w Indochinach. Zakwaterowano nas w mieszkaniu po przeciwnej stronie ulicy, gdzie dostaliśmy dwuosobowy pokój; prócz niego był jeszcze jeden, pusty.

Na kolację wybieramy się do restauracji Einar Ban, reklamowanej przez przewodnik jako miejsce lubiane przez dyplomatów. Jedzenie przyzwoite, a jagnięcina wręcz świetna.

Wtorek

Okazuje się, że w naszym mieszkanku mamy jednak współlokatorów – nasłuchujemy przez drzwi kiedy łazienka jest wolna, oni chyba stosują podobną taktykę, tak że unikamy stanięcia z nimi twarzą w twarz. Śniadanie w głównej siedzibie guesthouse’u jest bardzo skromne; wędliny Wikingów nie budziły nigdy mojego zaufania, na szczęście mleko jest bardzo dobre.

All OK Taksówka spóźnia się dziesięć minut, później nie możemy znaleźć wypożyczalni samochodów, a w końcu okazuje się, że ktoś po nas wyjechał chociaż pisaliśmy, że przyjedziemy do biura. A cały stres związany z tym zamieszaniem niepotrzebny, bo w Þingvellir jesteśmy na dziesięć minut przed startem nurkowania.

Silfra jest przereklamowana: miała być woda o temperaturze dwóch stopni, odpadające z zimna dłonie i inne extremalne atrakcje, tymczasem spędziwszy kilkanaście minutach na słońcu, w dwóch warstwach ocieplających i suchym skafandrze na wierzchu, nie mogłem się doczekać aż w końcu wskoczymy do tej zimnej wody. Widoki pod wodą za to niczego sobie, no i notoryczne problemy z kontrolą wyporności można zwalić na skafander.

Na Geysirze polegać nie można, odkąd zaprzestano wywoływania erupcji mydłem, za to Strokkur bardzo ładnie odpala co parę minut. Gullfoss jest też niezawodny: spada z wielkim hukiem, we mgle wodnego pyłu, otoczony tęczami.

Nie mam nic przeciwko przejazdom w bród, urozmaicają podróż – lecz gdy luźno leżące na dnie kamienie usuwają się spod kół a woda wydaje się sięgać maski, przestaje być zabawnie. Takich emocji dostarczyła nam droga F224 do Landmannalaugar. Ośmielił nas widok samochodów po drugiej stronie wody – gdyby nie to, skończyłoby się pewnie jak przy Cedar Creek Fall, pozostawieniem samochodu przed wodą i pokonaniem ostatniego odcinka trasy na piechotę.

Środa

Jest wiele sposobów, na które można się obudzić w namiocie. Na tym nieprzyjemnym końcu spektrum jest na przykład przebudzenie w zimnej wodzie, która ukradkiem wydostała się z pobliskiego potoku. Tym razem nie było tak źle, ale rytmiczne bębnienie kropel deszczu o tropik też zalicza się do tej gorszej części skali. Szczęście w nieszczęściu, że z reguły brzmi to dużo groźniej niż jest w rzeczywistości: drobna mżawka poprzez membranę tropiku brzmi jak ulewa. Po wychyleniu się z namiotu okazuje się, że istotnie, okoliczne góry spowite są niskimi chmurami, z których co jakiś czas coś siąpi. Nie zachęca to do dalszych wypadów, a na dzisiaj akurat mieliśmy zaplanowany dłuższy spacer po górach.

Landmannalaugar Nie dajemy się zniechęcić i po śniadaniu (śledzie w sosie pomidorowym okazały się niedobre, słodkie) wyruszamy, rozpoczynając szlakiem prowadzącym do Þórsmörk (przejście całego zajmuje kilka dni) i licząc na zawinięcie jakiejś ciekawej pętli. Ostatecznie wdrapujemy się na dwie około dziewięćsetmetrowe góry: Sudurnamur (chyba) oraz Bennisteinsalda. Tak spektakularne górskie widoki porównać mogę chyba tylko do National Pass w Blue Mountains: kolorowe góry, w oddali lodowce, w pobliżu dymiące skały i niezwykłe formy geologiczne. Łazimy przez pięć godzin i wracamy lekko oszołomieni niesamowitym krajobrazem.

Na południowym odcinku F208 oswajamy się z brodami i od piątego albo dziesiątego nawet się nie zatrzymujemy na krótkie medytacje. Pro tip: nie przejeżdżać tam, gdzie jest najszerzej, jak radzi mądrość ludowa, tylko tam, gdzie jest najpłycej. Nota bene, Ford Kuga w wersji Titanium S z dwulitrowym dieslem i automatyczną skrzynią to super auto, szczególnie, jeśli większość czasu spędza się na przyzwoitych drogach, ale nie stroni się też od F-ek.

Kolacja w hotelu Skaftafell w porządku, ale nie zapada szczególnie w pamięć; Ania jadła owcę, ja palię.

Czwartek

Wspinaczka po lodzie Tym razem pobudka jest słoneczna i ciepła. Na zbiórkę eksploratorów lodowca nie mamy daleko, mniej niż pięćdziesiąt metrów od naszego namiotu. Wycieczkę prowadzi Czeszka – w ogóle sporo cudzoziemców wydaje się tu robić w branży turystycznej. Daje nam się wspinać po lodowej ściance; przy tej okazji doświadczam na skórze własnych dłoni, że jak przy wspinaczce skałkowej, lepiej mieć buty ciut za ciasne niż zbyt luźne. Poza tym łażenie w rakach po firnie i szukanie przejść między lodowcowymi szczelinami jest fajne, ale nie na tyle, żeby od razu rozglądać się za kolejnymi okazjami do spacerów po lodowcach.

Mało by brakowało, a wyjechalibyśmy ze Skaftafell nie zaliczywszy Svartifoss. Przypominamy sobie jednak, i w półtorej godziny tam i z powrotem mamy z głowy i tę atrakcję. Całkiem ładny wodospad, ale wygląd nie rekompensuje tłumu turystów, który trzeba znosić na szlaku. Jökulsárlón też trochę rozczarowuje, choć może to wina mniej jego (góry lodowe mogłyby być gęstsze, ale są całkiem pokaźne), a bardziej pogody, która po południu się psuje – jest zimno i popaduje.

Na koniec dnia popełniamy jeszcze niedopatrzenie i rezerwujemy hotel gdzie indziej, niż planowaliśmy, w związku z czym w Vik nie zatrzymujemy się na podziwianie krajobrazów, wystających z wody skał, czarnych plaż i maskonurów, a jedynie na konsumpcję steka z wieloryba – mięso ciemniejsze niż wołowina, przyrządzone na krwisto, całkiem smaczne, choć mam wrażenie, że zaznało uroków zamrażarki. Ania trafia gorzej: tradycyjne, Islandzkie shark bites są nie do zjedzenia ze wzgledu na okropny posmak, fish stew składa się głównie z ziemniaków; suszona ryba tylko jakoś się broni, o ile wysmaruje się ją obficie masłem. Dodana do tego równie tradycyjna anyżówka Ani nie bardzo smakuje; ja bym się może i poświęcił, ale akurat mi nie wolno.

Około północy docieramy w końcu do omyłkowego hotelu Selfoss w Selfoss.

Piątek

Strandir Nic się właściwie nie dzieje. Po długiej jeździe, którą urozmaicam sobie nieplanowanym wpadaniem w poślizgi na F61, docieramy do Holmavik, gdzie do zaliczenia mamy muzeum czarowniców (to faceci głównie byli). Największym hitem jest kawałek kamienia, któremu poświęcono cały, zaciemniony pokój i szereg plansz informacyjnych. Kamień ma zagłębienie, w którym być może była kiedyś krew, co niektórzy skłonni są uznać za poszlakę, że nie jest wykluczone że Wikingowie uprawiali jakieś obrzędy wymagające składania ofiar z czegoś żywego. Tak na prawdę nekroportki są ciekawsze.

Bardziej od muzeum podoba mi się wybrzeże Strandir, czyli droga objeżdżająca wschodnią część zachodnich fjordów. Do tych norweskich się to nie umywa, ale jest całkiem ładnie. W Drangsnes, jak przykazuje Lonely Planet, moczymy się w przydrożnych jacuzzi. Na wieczór docieramy na camping w Nordafjörður – pierwszy, na którym są chyba sami Islandczycy. Dobrze, że wyprysznicowaliśmy się w Drangsnes, bo camping takimi udogodnieniami chyba nie dysponuje.

Sobota

Słoneczna pobudka – trudno nie lubić Islandii w taką pogodę. Wchodzimy na górę, tę na prawo od wyjścia z campingu; wystarczy iść kawałek drogą, a później wypatrywać żółtych słupków, które nie zawsze są dobrze widoczne – czasem miast nimi trzeba kierować się zdrowym rozsądkiem. Góra ma 430 metrów, droga tam i z powrotem zajmuje jakieś dwie godziny.

Jak na koniec świata, basen na plaży w Krossnes jest zaskakująco pełen Islandczyków. Wchodzimy na chwilę i oczekujemy na zwolnienie się jacuzzi, ale po kilkunastu minutach nasza cierpliwość się wyczerpuje i ruszamy w drogę powrotną, przy okazji zaliczając chatkę czarownika, czyli krytą darnią chałupę siedemnastowiecznej islandzkiej biedoty. Tip: z Reykjavik do Holmavik dużo szybciej jedzie się drogą 60 niż 61; widoki też są chyba lepsze.

Fish Market od kuchni Na stacji w Holmavik Ania zamiast hamburgera z małymi frytkami dostaje wielką torbę frytek. Zdegustowani postanawiamy zatrzymać się w stolicy na porządną kolację. Okazuje się, że Reykjavik dysponuje campingiem nieopodal centrum. Campingi w Islandii to super wynalazek, kosztują jedną dziesiątą tego co hotel i zawsze mają miejsca. Nie należy tylko za bardzo liczyć na prysznice, bo np. ten w Skaftafell dysponował dwoma na kilkuset camperów, a w Nordafjörður żadnych chyba nie było.

Taksówkarz, poproszony o dobrą restaurację z rybami, wysadza nas pod Fish Market. Zapakowane jest pod sufit, ale znajdują dla nas miejsca przy barze, z widokiem na kuchnię. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem takie dobre ryby. Sashimi z wieloryba karłowatego jest rewelacyjne, superdelikatne, zupa z ogonów homara bardzo intensywna, żabnica pyszna, molwa bez fajerwerków, ale też niczego sobie. Tip kolejny: wina są tam dość drogie (jak i jedzenie), ale wśród tych z najniższej półki cenowej znaleźć można bardzo smaczne, nowozelandzkie Sauvignon Blanc.

Na zakończenie dnia urządzamy sobie namiastkę rúnturku, którego czasoprzestrzeń rozciąga się od hotelowej knajpy, gdzie sprzedają piwa z mikrobrowarów, do pierwszej w nocy.

Niedziela

Uczestnictwo w rozrywce dla mas budzi we mnie czasem uczucie wstydu. Tak jest też z wycieczką do błękitnej laguny: po drodze czuję dyskomfort gdy uświadamiam sobie, że jadący samochodem za mną też udają się do tego miejsca i wiedzą, że ja tam podążam. Spa jest położone wśród wulkanicznych kamulców, na pustkowiu; woda jest jasnobłękitna, zupełnie nieprzejrzysta i pozostawia na kamieniach biały osad, powodujący, że całe miejsce wygląda bardzo niecodziennie. Ania wybiera się na zabiegi upiększające, ja w tym czasie, wraz z setką innych turystów, moczę się w głównej części laguny. Odkrywam przy okazji, że pokrywający w niektórych miejscach dno bardzo miękki, lotny muł składa się głównie z owłosienia i naskórka pozostawionego przez innych nurzających się.

Od bajorka lepsza okazuje się restauracja Lava, gdzie za niezbyt wygórowaną kwotę czterech tysięcy koron islandzkich można się najeść do woli nienajgorszym sushi i pysznym wędzonym łososiem. Na to akurat starcza nam czasu przed odlotem do domu.

* * *