Franklin, tygodnie 7-9

Konie, joga i Trump

The Log House się prawie nie zmienił, woda wciąż wali siarą, zasięgu komórki wciąż nie ma, nadal jest to miejsce, które uwielbiam. Trochę go owady zżerają, i więcej gości – podobno czerwiec to sezon. Najpierw pojawiają się Christie i Larry, który jak nie wie co powiedzieć, to mówi “rock’n’roll”. Przywieźli na weekend osiem koni – na jednym się przejechałem, było fajnie. Przez dwa tygodnie pod dwójką urzęduje Kenneth, sprzedawca materacy, któreg prawie nie widuję, bo pracuje siedem dni w tygodniu, wstaje po tym jak wyjdę, a wraca jak już leżę w łóżku. Na drugi weekend robi sie pełno, Lynda, Erin i Kathryn przyjechały na kurs więziennej jogi, a Peggy – jedna z pierwszych kobiet-pilotów w Kanadzie – dla towarzystwa. Fajnie się z całą czwórką rozmawia wieczorami, pierwszy raz mam do czynienia z elektronicznym aplikatorem medycznej marihuany. W końcu Brandon – spec od liczenia, ile ziemi trzeba wywieźć z placu budowy. Fan Trumpa, zwolennik zamknięcia Hillary Clinton, przeciwnik dostępu do aborcji. Dowiaduję się od niego o teorii, jakoby ten samolot, który uderzył w Pentagon dziewiątego września 2001 roku, tak akurat trafił, że zniszczył dokumenty na temat bilionów dolarów, które w konsekwencji ktoś sobie przywłaszczył. Towarzystwo ciekawe, ale brakuje mi trochę zeszłorocznej pustelni.

W ośrodku – “retreat” – wciąż nie wiem jak się zachować. Mili bardzo ludzie, tylko trochę nawiedzeni, nie jestem w stanie nic mądrego powiedzieć na temat “mit o Persefonie a rolnictwo ekologiczne”. Grają na gitarach, bębnach i fletach, śpiewają. Jednego razu cała podłoga zastawiona jest misami z brązu – przyjechał Tybetańczyk, zbiera na szkołę muzyczną dla tybetańskich uchodźców w Indiach.

Impossible hot chicken

Powoli wyczerpuję zasoby rozrywek oferowanych przez Nashville i okolice. Zostało jeszcze Country Music Hall of Fame, gdzie nie ciągnie mnie specjalnie, ale prawie się tam wybrałem, żeby przeczekać ulewę. Prawie, bo parkomat zażądał $35, więc powiedziałem mu “fuck off” i pojechałem na Prince’s hot chicken.

Jak pytam znajomych gdzie zjeść hot chicken, ten najbardziej nashvillski z nashvillskich przysmaków, wszyscy najpierw odpowiadają “Hattie B!”, ale później dodają, że jeśli chcę takiego prawdziwego, to Prince’s. Lokal otwarty jest w godzinach 14-4, pojawiam się trochę przed otwarciem, a przed drzwiami już czeka kolejka na kilkadziesiąt osób. Dotarcie do okienka zajmuje mi 45 minut, później jeszcze 20 minut czekania na jedzenie. Wnętrze obskurne, kilka stolików, siadam przy jednym z moją papierową torbą zawierającą smażonego kurczaka, sałatkę coleslaw oraz trzy kromki chleba służące do odsączania tłuszczu. Nad głową tłum składający się z tych stojących jeszcze w kolejce oraz oczekujących już na jedzenie. Mięso bardzo gorące, bardzo tłuste, dość pikantne (zamówiłem wersję “hot”, trzy na pięciostopniowej skali), ale nie w stopniu, który zupełnie niweluje pozostałe wrażenia. Jem rękami, straszny syf się robi, później nie ma gdzie umyć, bo kibel zajęty. Atmosfera niepowtarzalna, jedzenie znośne, ale nie wiem o co to halo, i kolejka na trzy kwadranse. Drugi raz nie odwiedzę – wolę Edley’s, gdzie też można dostać hot chicken, a także mostek wołowy – znacznie lepszy.

Wśród znajomych i nie tylko szerzy się wegetarianizm i weganizm, a mi też nie w smak jest zarówno masowe zarzynanie zwierząt jak i destrukcyjny wpływ przemysłowej hodowli na środowisko, wybieram się więc na impossible burger. Jest to hamburger zrobiony z substancji pochodzenia roślinnego, tak przetworzonych, że mają przypominać mięso – łącznie z czerwoną wydzieliną imitującą krew. Firma Impossible Foods dostarcza to do kilkudziesięciu knajp w USA, ja trafiam do Hopdoddy przy dwudziestej pierwszej alei. Substytut okazuje się znakomity, gdybym nie wiedział co to, uznałbym za bardzo przyzwoitego, wołowego burgera. Jest jeszcze nadzieja dla naszej planety.

Wino i śpiew

W poszukiwaniu weekendowych atrakcji udaję się do winnic w Arrington. To popularne miejsce na pikniki, w weekendy czasem można tu też posłuchać muzyki na żywo. Tym razem jest jazz na dzedzińcu i bluegrass w stodole, grać mieli od 14, ale zaczynają dopiero o 16, zaś po kwadransie zespół bluegrassowy musi się zwijać, bo zaczyna padać, a scena przed stodołą jest pod gołym niebem. Nie grali fajnie, nie jest mi szkoda. Na dziedzińcu jest zadaszenie, ale pod nim pełno ludzi, więc jazzu nie posłuchałem. Byłem za to na degustacji. W Arrington hodują różne gatunki winogron, ale większość win robią mieszając własne winogrona ze sprowadzanymi. Próbuję dwóch białych i dwóch czerwonych. Sauvignon Blanc i Riesling oba wodniste – gdzie im tam do nowozelandzkich czy niemieckich odpowiedników. Takie zresztą miałem dotychczas wrażenia ze wszystkich amerykańskich białych win, jakich próbowałem – jakby rozcieńczone wodą 1:1. Ciekawiej się robi przy czerwonych. Antebellum leżakowane jest w beczkach po whiskey, z tego pewnie ma trochę dymny, trochę skórzany smak, ostry, zmaderyzowany. Nie jest może super smaczne, ale na pewno oryginalne. KB 915 to Cabernet Sauvignon ze specjalnie wybranych winogron, wyższa półka. Bardzo ciężkie, czuć jak garbniki znieczulają jamę ustną. Chyba bardzo dobre, ale pewnie powinno trochę odstać.

* * *

Spośród wielu moich słabości jednej jestem w pełni świadom: sprzęt turystyczny, a zwłaszcza plecaki. W zeszłym roku jeden strasznie mi się spodobał, ale niezwykłym wysiłkiem woli powstrzymałem się przez zakupem. W tym roku przecena w REI to już zbyt wiele ma moje skromne możliości, kupiłem więc ów upatrzony rok temu model: oliwkowy North Face Kaban.

Western Style

10/06/2018