GSS, etap I

Droga

Jest szeroko, wygodnie, choć bywa stromo pod górę. Najpierw szosa, potem szutrówka grzbietami gór, czasem chodnik z finezyjnie ułożonych kamieni, to znów trylinka inkrustowana granitem z okolicznych gór. Tak jest przez Góry Izerskie i Karkonosze. Później, w Rudawach Śląskich, Górach Kruczych i Kamiennych, też jest droga, ale czasem szlak się gubi, odchodzi mało znaczącą dróżką przez łąkę, przerwany jest wiatrołomem. Znaki znikają na kilkaset metrów. Zagadujemy się – na temat Houellebecqua, muzyki, płci mózgu, związków… my idzemy tam, szlak gdzie indziej. Trzeba wracać się, szukać. Trafia się też szosa, ale to najwyżej kilka kilometrów, da sie wytrzymać. Jest raczej sucho. Kilka przejść przez błoto w Izerskich, po ulewie, i później, na mniej uczęszczanej części szlaku. Pod koniec też łapie nas deszcz. Przydaje się parasolka – Marek myślał, że to obciach, że dla bab, ale następnych razem chyba sam weźmie. Buty przemakają, ale tułów jest chroniony. Droga też bez zarzutu.

Jest pusto. W okolicach Polany Izerskiej sporo rowerzystów (przednia zębatka mniejsza niż tylna), przy Śnieżce też tłumy, dużo Czechów, ale gdzie indziej można iść cały dzień i poza miejscowościami nie spotkać żywej duszy. Koło Kowar, Bukową chadzają miejscowi, ale przejeżdża też strażnik leśny. Rozbijanie się przy drodze to był zły pomysł. Każe nam się wynosić, bo w lasach nie wolno biwakować. Gdybyśmy mieli hamak i tarpa to co innego, ale namiot jest absolutnie niedozwolony. Potem robi mu się chyba nas żal, i wskazuje wiatę na Wilczysku, gdzie możemy przenocować na stole. Ale w namiocie – w żadnym wypadku.

Jedzenie

Okazuje się, że nie wystarczy zapytać, czy befsztyk aby na pewno jest z polędwicy. Przynoszą kotlet mielony. Za to pierogi z kapustą i grzybami w Świeradowie bardzo dobre, ze słodkiej kapusty. Później, w schroniskach, będą już gorsze, z kiszonej, zbyt słone. Inne staple foods w schroniskach to placki po węgiersku i naleśniki z jagodami (nie próbowałem ani razu, ale Marek jadał chętnie). W czeskim schronisku były też knedliczki, niedopieczona bułka z bigosowo-gulaszowym sosem, zupełnie w porządku. Highlight kulinarny to Gościniec Kowalova w Kowalowej: finezyjne podane, duże porcje, niedrogo; do tego rzemieślnicze piwa z lokalnego mikrobrowaru.

Mamy Jetboila, więc żywimy się też we własnym zakresie. Urządzenie jest przystosowane przede wszystkim do szybkiego gotowania wody, co Marek wykorzystuje do zalewania chińskich zupek marki Vifon (złoty kurczak i curry). Ja jestem sceptyczny, ze względu na niską wartość kaloryczną i wysoką zawartość substancji, które podejrzewam o niekorzystny wpływ na organizm. W jetboilu można też zaparzyć kawę i herbatę – pokrywka ma nawet specjalne dziurki, które pozwalają na odfiltrowanie fusów podczas picia. Gorzej jest z substancjami innymi niż woda: zakupione w Dino gotowe dania, ryż z kurczakiem i kaszotto, nawet dają się odgrzać, ale trzeba bezustannie mieszać i usuwać kawałki, które przywarły, w długim procesie płukania i skrobania palcem. Jest też owsianka, overnight oats, z orzechami i suszonymi owocami. Podobnie skomplikowana w podgrzaniu, i Marek kręci nosem, wspomina coś o smakach z przedszkola, ale mi daje to energię na cały czwarty dzień.

W miasteczkach bywa cienko z jedzeniem. W Lubawce jest pizzeria, i to nie mikrofalowa, z prawdziwym piecem. Marek w porę orientuje się, że sosy na pizzy to spirale majonezu i ketchupu, zamawiamy więce bez tego dodatku. Jest za to patriotycznie:
– czeskie piwo? Nie wypiłbym tego nawet za darmo! – deklaruje szef lokalu.

Z Wałbrzychem mamy na pieńku od samego początku.
– Przepraszam pana, którędy do centrum? – pytamy.
– Tu jest centrum!
Na śniadanie nie ma co liczyć. Najwyżej McMuffin z jajkiem z proszku. My, nie obeznani w realiach, szukamy jakiejś kawiarni, albo miejsca, gdzie można zjeść jajecznicę. Jest Caffe M przy dworcu Miasto, ale tam dają tylko piwo. Trafiamy do baru mlecznego Kanka, tam długa kolejka budowlańców i hydraulików, po dania obiadowe. Stajemy w niej, ale po kilku minutach przychodzi jakiś facet i odzywa się do nas napastliwie. Atmosfera jest napięta, nie chcemy tu jeść. Lądujemy w ciastkarni Frąckowiak, dwa ciastka i kawa muszą posłużyć za śniadanie. Resztę przedpołudnia spędzamy na stacji benzynowej Circle K – mają tu przynajmniej kawę, kanapki i lody.

Hotel

W Świeradowie wszystko jest pod Niemca. Nawet nazwa hotelu: Kurhaus St Lukas. Może plastikowe ozdoby udające stare drewniane belki i żelazne okucia też. Dobrze by się komponowały z gipsowymi krasnoludkami. Ogłoszenie o koncercie na ksylofon jest po polsku i po niemiecku. Na koncercie same szlagiery: Beatlesi, Abba, Lambada. Facet gra melodię na ksylofonie, do tego elektroniczny podkład z playbacku. Ośrodek niby pusty, bo covid, bo turyści poodwoływali urlopy, ale połowa stolików kawiarnianych zajęta, ludzie słuchają z uwagą, biją brawo. Na śniadaniu też raczej pełno, już od początku, od ósmej rano. Nie chciałbym tu być gdy mają pełne obłożenie.

Odwieczny problem z namiotem: znalazienie miejsca wystarczająco równego, suchego, osłoniętego, blisko wody. Hilleberg jest wielki, za każdym razem zaskakuje mnie ile miejsca potrzebuje na długość. Ale to jest uzasadnione, w przedsionku można zdjąć mokre ciuchy i nie moczyć śpiwora. Marabut rozkładał się w trzy minuty i był malutki, za to nie miał przedsionka i ważył więcej. Wolę Hilleberga, tylko trzeba chodzić głębiej w las, żeby strażnik nie znalazł.

Osławiony Hotel Gołębiewski w Karpaczu widać dobrze ze Skalnego Stołu, pewnie ze Śnieżki też, choć akurat wtedy nie patrzyłem w tym kierunku. Wrośnięty w zbocze góry, laureat krajowych nagród architektonicznych (makabryła). Rozumiem oburzenie, ale jak dla mnie tragedii nie ma. Tryumf ducha przedsiębiorczości nad siłami przyrody. Pomnik późnego kapitalizmu. Może kiedyś będzie atrakcją taką jak dziś gigantyczne socjalistyczne monumenty w krajach posowieckich. Albo piramidy w Gizie.

W Lubawce jest jeden hotel, a my jesteśmy jedynymi jego gośćmi. Dostajemy klucz od drzwi wejściowych do hotelu, bo recepcjoniście nie kalkuluje się siedzieć po godzinach i czekać aż wrócimy z kolacji (hotelowa restauracja nie działa). Nasze pojawienie się chyba spowodowało zamieszanie, na śniadanie sciągają obsługę – nas dwóch, sześć osób personelu. Facet kłóci się z kobietą wydająca śniadania o zepsutą rybę, miała ją zostawić dla kota, ale chyba wyrzuciła.

Sokołowsko jak z Grand Budapest Hotel, uzdrowisko, którego świetność przypadła na rządy Habsburgów, a od tego czasu było tylko gorzej. Pozostały fantazyjnie rozrzeźbione budynki, w tym ogromna, ceglana bryła sanatorium gruźliczego – je przynajmniej ktoś robi, może się znów otworzy. Murale ze scenami z Kieślowskiego, atmosfera art i hip. Warto tu kiedyś, w lepszych czasach, przyjechać, pewnie są festiwale i inteligentne rozmowy. My się zadowalamy czytaniem 27bslash6 na kwaterze.

W Wałbrzychu, nieopodal dworca Miasto, straszy hotel Sudety. Kiedyś to musiał być wypas, największy budynek w mieście, zaraz przy stacji, wokoło góry i uzdrowiska. Teraz ponury gmach, zamknięty na głucho. Przypomina bloki w czernobylskiej zonie, przez brudne szyby wyzierają porozwalane szafy sprzed pół wieku. Symbol minionej epoki i upadku miasta. Nie ma gdzie zjeść śniadania.

05/07/2020

foty