Krzyżne

W Bukowinie Tatrzańskiej, na stokach Wierchu Olczańskiego, stawiałem swoje pierwsze kroki na nartach, pierwszy raz skręciłem z pługa, pierwszy raz spadłem z orczyka i chyba też pierwszy raz poczułem, jaką frajdę może dawać zasuwanie z górki na dwóch deskach, przy zachowaniu elementarnej kontroli. To było grubo ponad 30 lat temu. Od tego czasu jeździłem do większych ośrodków, przywyczaiłem się do dziesiątków kilometrów tras, których zwiedzenie zajmuje wiele dni, wychodzenia z kwatery na nartach i tak też wracania do niej. Teraz, na skutek kombinacji okoliczności pandemiczno-towarzyskich, wylądowałem tam znowu.

Okazuje się, że da się tu jeździć. Karnet Tatry Super Ski działa na kilkanaście ośrodków; najrozleglejszym chyba jest Kotelnica i przyległe góry. To technicznie Białka, nie Bukowina, ale tak czy siak dojeżdża się samochodem, więc bez większej róznicy. My jeździmy dziurawą szutrówką na Jankulakowski Wierch stanowiący część kompleksu. Nie są to Alpy, czy nawet Szczyrk, najdłuższy zjazd trwa raptem ze trzy minuty, zaliczenie wszystkich połączonych ze sobą tras to może około godziny, ale stoki są dobrze przygotowane do sezonu, leży gruba warstwa śniegu i nawet w gorące dni można przyjemnie pojeździć. Trasy otwarte są od 9 do 22; między 9 a 10 można jeszcze liczyć na gładziutki, świeżo przeratrakowany śnieg. Potem robi się gęściej – choć i tak podobno znacznie luźniej niż w zeszłych latach, bowiem nie było żadnej pewności, że w tym tygodniu wyciągi wciąż będą czynne i że będzie pogoda do jeżdżenia. Najlepiej jest jednak po zmroku – robi się znacznie luźniej, śnieg z powrotem zamarza, a muldy pojawiają się tylko w nielicznych miejscach.

* * *

Nawet najlepiej przygotowany stok po kilkudziesięciu zjazdach może się znudzić. Prognoza słońca i ponad 10 stopni oraz stosunkowo niskiego zagrożenia lawinowego (drugi poziom) skłoniła mnie do zamiany jednego dnia jeżdżenia na spacer po Tatrach. Za cel obrałem sobie przełęcz Krzyżne. Przed 7 rano pojawiłem się na parkingu w Palenicy Białczańskiej (30 zł gotówką za wjazd, zaczyna się już zapełniać o tej porze!) i wyposażony w czekan, raki, mgliste pojęcie jak ich używać, oraz mocne postanowienie, że zawrócę pod byle pretekstem, wyruszyłem.

Najpierw lasem w stronę Rusinowej Polany. Od razu zaczyna się lód na szlaku, ale nie chcę zakładać raków, żeby nie tracić na to pięciu minut, a potem nie sciągać ich za 100 metrów, jak zaczną się kamienie. Po 10 minutach, i kilku zjazdach ze stromego podejścia, zakładam je jednak; okazuje się, że warunki są takie, iż spokojnie mogę w rakach pokonać resztę trasy. Po Rusinowej Polanie zaczyna się mordercze podejście na Gęsią Szyję. Pomimo wczesnej pory, wciąż ujemnej temperatury i cienia szybko zostaję w samej koszulce, tak moża się rozgrzać. Obawiałem się, że raki będą mnie spowalniały, w rzeczywistości chyba idę szybciej niż w warunkach letnich i bezśniegowych. Na Gęsiej Szyi jestem po półtorej godziny marszu, tu też czeka na mnie pierwsza nagroda: widok na masyw Koszystej.

Zejście do Równi Waksmundzkiej bez emocji, potem półtorej godziny doliną do szlaku z Hali Gąsienicowej. Póki co nie napotkałem żadnych przesłanek do odwrotu: pogoda jest piękna, szlak w śniegu przetarty, czas mam bardzo dobry. Stąd, wedle drogowskazu, już tylko dwie godziny na Krzyżne. Tu też widzę pierwszych dzisiaj ludzi na szlaku: parę skitourowców. Liczne ślady nart w dolinie sugerują, że to popularny tutaj środek lokomocji; śladów butów jest niewiele.

Stoicyzm jest chyba dość kompatybilny z moim usposobieniem. Jedną ze stoickich praktyk jest trening, który polega na celowym stawianiu się w niekomfortowych sytuacjach, zmuszanie organizmu do oswojenia fizycznych i psychicznych przeciwności. Nie wiem, czy ten spacer mogę zakwalifikować jako ów trening: owszem, jest męczący, ale i bardzo przyjemny, widoki są cudowne, poczucie swobody upajające. Ostatni odcinek to podejście żlebem: około godziny stromego śniegu, trzeba wbijać przody butów, asekurować się czekanem, przystaję co 10 kroków żeby zaczerpnąć tchu. Idę prosto pod góre, przede mną zygzakiem podchodzi kilkoro narciarzy.

Na przełęczy słońce, śnieg, widoki i masa endorfin. Piknikują tu narciarze, których widziałem na podejściu, pierwszy raz w trakcie tego marszu znajduję się na tyle blisko kogoś, żeby zamienić parę słów. Z akcentu sądząc, są miejscowi. Na stronę doliny Roztoki schodzi jednen samotny ślad piechura – nikt się tam teraz nie zapuszcza, to podobno bardzo niebezpieczny szlak zimą. Ślady nart widać na Orlej Perci.

Orla Perć

Spędzam na górze pół godziny, słońce grzeje i jest błogo, ale trzeba wracać. Zejście całkiem wygodne, gruba warstwa śniegu dobrze amortyzuje. Dalszy powrót bez przygód, tylko wody trochę brakuje, bo bryła śniegu, którą nabrałem do pustej butelki, nie chce się roztopić pomimo ostrego słońca. Na Gęsiej Szyi pojawiają się ludzie i jest ich sporo aż do parkingu. Sporo osób bez raków czy raczków, zjeżdżają po lodzie, ja zadwolony z siebie maszeruję fachowo w rakach.

* * *

Schronisko Bukowina otworzyło się nielegalnie. Zasadniczo jestem za przestrzeganiem wszelkich zakazów i odpowiedzialnym zachowaniem, ale nie mogłem sobie odmówić wizyty. Potrawy, od najbardziej do najmniej polecanej:

Pandemic Extravaganza

  1. tiramisu malinowe to niesamowita bomba kaloryczna, po ćwiartce nie byłem w stanie więcej, ale zjadłem, bo pyszne. Warto wymienić główne danie na ten deser.
  2. tatar z tuńczyka: awokado, chilli, jakaś śmiesznie spreparowana rzodkiewka, truskawki – wszystko bardzo fajnie skomponowane
  3. jagnięcina z pieca, krucha i delikatna, nie ustępowała dobrym pieczeniom jagnięcym, które jadłem w Anglii i Walii – a tam naprawdę wiedzą jak to mięso przyrządzać
  4. tatar wołowy ginął wśród dodatków: rukoli, marynowanych grzybków, ogórków konserwowych, suszonego chilli, musztardy z maliną. Wolę jak wołowina jest na pierwszym planie, może trochę cebulki i tyle.
  5. grillowany pstrąg – próbowali z niego zrobić wykwintne danie przy pomocy dekoracji, buraczków i wiśni, ale sama ryba bez właściwości, można taką zjeść w byle barze.

zdjęcia

10/03/2021