Kuzyni Any Rity

Alentejo

Mam do krajów śródziemnomorskich sentyment. Kombinacja klimatu, jedzenia, kultury, architektury, usposobienia, a pewnie w głównej mierze jakieś abstrakcyjne, atrakcyjne pojęcie “śródziemnomorskości”, ciągną mnie w ten rejon. Do Portugalii zawsze jednak przyjeżdżam pod jakimś pretekstem. Poprzednio było to rodzinne spotkanie w okolicach Porto, teraz odwiedziny u pary przyjaciół, Any Rity i Davida, mieszkających w Castro Verde, niewielkim miasteczku w regionie Alentejo, dwie godziny jazdy na południe od Lizbony. To dobra baza do wycieczek nad morze, zarówno na zachodnie (Alentejo) jak i południowe wybrzeże (Algarve). Mamy tylko półtora dnia, odwiedzamy więc Mértola, historyczne miasteczko nad rzeką Guadiana, a potem jedziemy na plażę w Monte Gordo, w pobliżu granicy z Hiszpanią. To podobno mało turystyczna miejscowość, w piątkowe popołudnie plażowiczów jest całkiem sporo, ale bez tłumów, woda przyjemna, na brzegu stosunkowo chłodny wiatr pozwala odpocząć od upału panującego w głębi lądu.

W Castro Verde co druga napotkana osoba to jakiś kuzyn Any Rity, albo przynajmniej przyjaciel. Wieczorem wybieramy się na festyn, który Ana Rita polecała jako miejsce gdzie jest “tanie piwo i muzyka”. Andrea (kuzyn) dość zagadkowo opisywał muzykę jako “tradycyjną, do zabawy, nie to co można usłyszeć w radiu i telewizji – pewnie w Polsce też takie coś macie”. Istotnie, pierwsze moje skojarzenie to coś jak Disco Polo, ale nie Polo, bo z lokalnym charakterem. Mieszkańcy dobrze się bawią, są stoiska z piwem, jedzeniem, ciastami, jest dmuchany zamek dla dzieci – jak to na południu, nikt nie oczekuje od najmłodszych, że po dobranocce będą zaraz w łóżku. Kuzyni zdają się dobrze tym miastem zarządzać, jest hub technologiczny, są maszyny do ćwiczenia w parku, lokalna społeczność wydaje się być dobrze zintegrowana i zaangażowana w sprawy miasta.

Lizbona

Znalazłem nam bardzo fajne mieszkanko na Alfamie. Przy jednej z tych wąskich uliczek, na pierwszym piętrze, schodami stromymi jak drabina, z widokiem na uliczkę z jednej strony, a na dachy Alfamy i Tagus z drugiej. Gustownie urządzone. Wieczorami głośno, bo na uliczkach imprezy, za to rano cichutko, nie słychać w ogóle miasta, tylko ptaki śpiewają. W Lizbonie też mamy tylko półtora dnia, więc nie spędzamy na kwaterze zbyt wiele czasu.

W sobotę odwiedzamy Castelo de São Jorge, z pięknymi widokami na wszystkie strony Lizbony i ciekawym obszarem prac archeologicznych, gdzie załapujemy się akurat na obchód z przewodnikiem. Rekonstrukcje mauretańskich domów, z zachowanymi oryginalnymi fragmentami dekoracji, bardzo ciekawe. Praça do Comércio podzielone na dwie części, na jednej strefa kibica, na drugiej LGBTQ pride, wszędzie atmosfera festynu. Wieczorem kolacja w restauracji Ponto Final w Almada, na południowym brzegu rzeki. Najpierw płynie się promem z Cais do Sodré, później kilometrowy spacer ścieżką nad samą wodą. W restauracji trzeba czekać na stolik, co umilamy sobie małą butelką vinho verde. Stoliki są nad samą wodą, zajadając sardynki możemy przyglądać się imponującemu mostowi 25 kwietnia, zachodzącemu słońcu oraz przypływowi. Bardzo malownicze miejsce.

Niedziela stoi pod znakiem kolejek. Chcieliśmy dostać sie do Belém komunikacją miejską, okazuje się, że metro tam nie jeździ, trzeba wziąć pociąg Cais do Sodré, a tam kolejka po bilety na pół godziny minimum. Wołamy więc taksówkę; aplikacja mytaxi jest trochę irytująca, bo nie da się łatwo skorygować miejsca na mapie, ale ogólnie działa. W Belém chcemy zjeść śniadanie w Pastéis de Belém, tam kolejka przed wejściem, ale każdy choć trochę ogarnięty przecież wie, że to na wynos, a w środku są setki stolików. Zagłębiamy się więc w niekończące się sale jadalne, a tam też kolejka – do stolików. Szczęśliwie posuwa się szybko, i przed południem jeszcze udaje nam się skonsumować śniadanie składające się z sześciu tradycyjnych ciasteczek z budyniem. Całkiem fajne, choć ja od ciasta francuskiego, czy z czego tam tych tart nie robią, wolę kruche.

Następnie klasztor Jerónimos, klejnot architektury manuelińskiej, podobno trzeba zobaczyć. Są dwie kolejki, jedna do kościoła, druga do klasztoru, stajemy w tej do klasztoru, na oko godzina czekania. Z nudów czytam recenzje na Google Maps, a te podpowiadają, że szybciej jest kupić bilety w muzeum archeologicznym – istotnie, jest tam trzecia kolejka, znacznie krótsza, przenosimy się więc, i bilety mamy już za pół godziny. Oglądamy zatem muzemum, skoro kupiliśmy i na nie bilety, a później klasztor i kościół. W klasztorze do zwiedzania jest właściwie tylko krużganek – dekoracje istotnie fenomenalne, lecz proporcje rozmiaru obiektu do czasu oczekiania w kolejce po bilet pozostawiają pewien niedosyt. Mimo tego na pewno warto było pójść.

W Belém jest też stojąca w wodzie wieża z której podobno jest ładny widok, oraz pomnik odkrywców, z którego szczytu również można podziwiać panoramę. Do obu obiektów były (niespodzianka) kolejki, postanowiliśmy się więc zadowolić widokiem z zewnątrz. Później, w Baixa chcieliśmy się przejechać windą z początku XX w., ale też kolejka nas zniechęciła. Bez kolejki, i z miejscami siedzacymi, udało się nam za to przejechać tramwajem linii 28E kluczącej ciasnymi i stromymi uliczkami Alfamy. Kolejki również nie było w Ginginha do Carmo, kantorku pod schodami, gdzie serwują likier wiśniowy w czekoladowych kubeczkach. W cenie są dwa polania, po drugim można kubeczek zjeść.

Włoskie jedzenie w Portugalii to dość podejrzany pomysł, ale Ana Rita i David tak nam chwalili Casanostra w Bairro Alto, że tam wybieramy się na ostatnią kolację. Linguine w sosie cytrynowym rzeczywiści bardzo dobre, jak i czerwone house wine, które choć portugalskie, przypominało mi wina, którymi nas raczono na Sardynii. Hitem wieczoru jest jednak deser: tort lodowy z gorącym sosem czekoladowym.

Kolejki czy nie, Lizbona to strasznie fajne miasto.

Cloister

30/06/2018