Między Ateną a Prorokiem Eliaszem

Αθήνα

Hotel Ionihos wystrojem przywołuje na myśl lata siedemdziesiąte: w foyer ściany wyłożone sklejką w tekowym, matowym pomarańczu, prostokątne zestawy kanapowe, spójność stylistyczną zaburza tylko posadzka z prawdziwego kamienia zamiast lastriko. Śniadanie skromne, na smażone jajka trzeba polować, bo szybko znikają, żadnych warzyw ani jogurtu, niedojrzałe kiwi w charakterze źródła witamin. W nocy kaloryfer grzeje, a na zewnątrz 17 stopni. O szóstej rano świergot ptaków, ryk syreny policyjnej i autobusowych silników skutecznie wyrywa ze snu. Jakby żyło się na ulicy, jak tysiące bezdomnych, z których wielu uczyniło sobie w podcieniach budynków permanentne legowiska, z materacami i pościelą – coś podobnego widziałem chyba tylko w Brukseli. Trudno powiedzieć, na ile jest to efekt obecnego kryzysu, ale łatwo sobie wyobrazić, że trzydziestoprocentowe bezrobocie przyczynia się do wzrostu populacji zamieszkującej ulice Aten. Innym widocznym świadectwem wydarzeń o których głośno w całej Europie są imigranci z Afryki. Na placu Monastiriaki Nigeryjczycy walą w bębny i udają Jamajczyków, w dość natrętny sposób wiążąc na nadgarstkach plecione bransoletki przechodzącym turystom.

Na Akropolu zawsze jest sezon, na szczęście nie musimy długo stać w kolejce do propylei – na słońcu, w dwudziestodziewięciostopniowym upale, byłoby to nieznośne. Ów symbol Aten i antycznej grecji w ogóle to sporo kamieni, ledwo stojące kolumnady i dużo zieleni porastającej zbocza wzgórza. Fajniejsza jest agora, gdzie Rockefeller zafundował odbudowę stoi Attalosa. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby resztę antycznych budowli też przywrócono do stanu sprzed 2400 lat. Nie widzę wyraźnego powodu, poza brakiem funduszy, dla którego należy ruiny zostawiać w takiej postaci, w jakiej akurat zostały odkopane w XIX i XX wieku. Podobnie mogliby odbudować rzymskie Koloseum. I urządzać tam spektakle z udziałem Chrześcijan i lwów.

Tymczasem zamiast antycznych budowli powstających z ruin, to okolice Monastiriaki, w samym centrum, popadają w ruinę. Być może jest to efekt zmowy mającej na celu wycyckanie obecnych lokatorów i sprzedaż gruntu za grube miliony euro. Taką teorię przedstawia nam Vanessa, przewodniczka zaangażowana przez nas za pośrednictwem serwisu Dopios. Dopios to kolejny krok na drodze do komercyjnego zestawiania miejscowych z turystami. Couchsurfing to piękna idea, ale bywa kłopotliwa, jeśli jest się zainteresowanym tylko konkretnym rodzajem interakcji z lokalsami. Czasem wolałoby się coś bardziej w stylu “płacę i wymagam”, ale zaaranżowane bezpośrednio z miejscowymi. AirBnB rozwiązuje problem zakwaterowania, zaś Dopios wycieczek i innego rodzaju “experiences”.

Myśmy wybrali wieczór z rebetiko – muzyką greckich uliczników z początków XX w. Postacie rebetes – trochę bandziorów, trochę artystów – tematyka piosenek a nawet niektóre melodie przywodzą na myśl popularyzowaną przez Grzesiuka muzykę warszawskiej ulicy. Vanessa sama na muzyce specjalnie się nie zna, ma za to przyjaciół, którzy grają rebetika, i to na ich koncert połączony z degustacją mezze nas zabiera. Przy okazji można się z pierwszej ręki dowiedzieć o życiu w Atenach w szponach kryzysu. Jedzenie całkiem tu smaczne, ale bez nowych odkryć. Faszerowana papryka, tzatziki i sałatka grecka to najlepsze co nam się zdarzyło w różnych, na chybił-trafił wybranych knajpach, próbować. Tą ostatnią mógłbym się żywić cały wyjazd – jest upał, więc moje potrzeby kaloryczne drastycznie spadają. Greckie wino stołowe nie zachwyca.

Inne atrakcje, czy raczej cechy charakterystyczne, stolicy, to pełniący wartę na placu Syntagma panowie z ministerstwa głupich kroków, urbanistyczny bałagan i bazgroły. Te ostatnio to raczej twórczość potomków Herostratesa niż Filoksenosa – pokrywające wszystko tagi i mazaje bez sensu i krzty estetyki. Ateny to europejskie miasto z domieszką bliskowschodniego chaosu. Egzotyka niczego sobie, ale na wakacjach należy nam się trochę spokoju. Wyjeżdżamy na Peloponez.

Στο δρόμο

Wypożyczyliśmy “Hyundai i10 or similar”, czyli Citroena C1. Samochód malutki, co jest niewątpliwą zaletą w mieście, ale też z maleńkim silnikiem, co daje się nieco we znaki na autostradach i górskich drogach. Ogólnie jednak to dobry wybór. Przy planowaniu trasy przez Peloponez brać pod uwagę należy, że jest to górzysty półwysep, z jedną autostradą między Koryntem a Kalamatą, a poza nią głównie krętymi, górskimi drogami. Przy przemieszczaniu się z punktu A do punktu B czas przejazdu oszacować można dzieląc odległość w linii prostej przez 20 km/h. Przejazdy to najmniej atrakcyjny aspekt wycieczki. Pomimo, że drogi są piękne a ruch niewielki, konieczność ciągłego zachowania czujności sprawiała, że czas spędzony za kierownicą – a było go dużo – nie był optymalną formą wypoczynku. Ostatnio z Anią nie jesteśmy w fazie jeśli chodzi o gust muzyczny, przez co jazda odbywała się bez ścieżki dźwiękowej. W końcu, w ramach kompromisu zapuściliśmy Purpendicular i z solo Steve’a Morse’a z Sometimes I Feel Like Screaming od razu lepiej się jechało.

Do Grecji kontynentalnej jeździ się oglądać antyczne ruiny. Tymczasem mnie interesują głównie góry i widoki, Anię zaś kotki, pieski, wróbelki i plaże – tacy z nas troglodyci. Klasyczną grecką architekturę, czy też to, co z niej pozostało, mamy już zaliczoną w postaci Akropolu. Dopychamy jeszcze Archeą Olympią, gdzie ogląda się podstawy kolumn oraz stadion. Załatwiwszy w ten sposób kwestię antyku skupić się możemy na zabytkach późniejszych. Akrokorynt, czyli twierdza na górze wznoszącej się nieopodal Koryntu, to tylko resztki murów, jednak w bardzo malowniczej okolicy. Podobnie położona jest forteca Palamidi w Nafplionie. To dość świeża sprawa, XVIII wiek, wybudowana przez Wenecjan a poźniej przejęta przez Ottomanów. Z racji młodego wieku forteca zachowana jest bardzo dobrze, przechadzając się po labiryncie bastionów czułem się niczym obrońca zamku w Mount&Blade. W końcu, najciekawszy punkt programu kulturalnego, czyli Mystras. Mieszczą się tam pozostałości bizantyjskiego miasta z kilkoma klasztorami (jeden wciąż funkcjonuje) oraz kościołami i kaplicami zdobionymi freskami w różnych stadiach zaniku i rozkładu. Położone bardzo pięknie, na zboczu góry między masywem Taygetus a Spartą.

Na najpiękniejszy zapach na świecie pierwszy raz natknąłem się w Singapurze, gdy w hotelu Four Seasons otworzyłem buteleczkę z szamponem. Kosmetyk był produkcji L’Occitane en provence i zawierał podobno ekstrakt z cytrusów. Trudno mi opisać radość, jakiej doświadczyłem gdy zbliżając się do campingu w Mykenach poczułem w powietrzu znajomą woń singapurskiego szamponu – wokół były sady cytrynowe. Dla samego zapachu drzew cytrynowych podczas zasypiania w namiocie warto się wybrać do Grecji.

Licząc na niewielki ruch turystyczny nie planowaliśmy noclegów i niczego nie rezerwowaliśmy. Przed wyjazdem wynotowałem tylko kilka ciekawie wyglądających hotelików i campingów; po południu danego dnia decydowaliśmy gdzie nam pasuje nocować, telefonowałem żeby upewnić się, że jest wolny pokój (zawsze był) i jechaliśmy na kwaterę. Poza wspomnianym campingiem Atreus w Mykenach mieszkaliśmy w hotelu Taleton w Xirokambi oraz w tawernie/hotelu Bacchus w Archea Pisa. Oba hotele godne polecenia. Pierwszy z wymienionych to przebudowany magazyn oliwy; obejrzeć w nim można ogromną piwniczną cysternę oraz pożywić się obfitym i bardzo smacznym śniadaniem. Jedzenie w Bacchusie trochę rozczarowało, za to widok z okna na wzgórza był piękny.

W maju bez wielkiego trudu znaleźć można zaciszne plaże, z parasolami, leżakami i bez okupującego je tłumu turystów. Kardamyli jest z dala od atrakcji, jednak dysponuje kilkoma knajpami tuż przy plaży. W Petrochori bar serwuje drinki wprost na leżaki, a uroku plaży dodają wystające niopodal brzegu skały. Spiantza koło Pyrgos jest mniej od wspomnianych wcześniej atrakcyjna, przynajmniej poza sezonem, na niej za to spodziewać się można największych fal i najwyższej proporcji miejscowych do przyjezdnych. Temperatura wody w Morzu Jońskim o tej porze roku jest dość orzeźwiająca, lecz nie stanowi przeszkody w kąpieli nawet dla tak konserwatywnie nastawionego plażowicza jak ja. Wypoczynek pasywny wiąże się nierozłącznie z lekturą. Na tym wyjeździe dokończyłem The Martian i rozpocząłem drugą część przygód Harrego Flashmana.

Ταΰγετος

Góra nas pokonała. W poddawaniu się najwyższym szczytom mamy już pewne doświadczenie, poprzednio na tarczy wróciliśmy z podejścia na Punta la Marmora. Tym razem skóry nie oddaliśmy łatwo: wchodziliśmy i schodziliśmy przez 10 godzin, do szczytu Profitis Ilias zabrakło nam 150 metrów w pionie. Gdybyśmy mieli dodatkową godzinę moglibyśmy byli się pokusić o zdobycie szczytu, jednak dzień dobiegał końca a schodzenie po ciemku stromym, skalistym zboczem poza szlakiem wydawało się zbyt ryzykowne. Tym, którzy chcieliby pójść w nasze ślady i dokonać zakończonego większym niż nasz sukcesem wejścia na Proroka Eliasza, radzę co następuje:

  • Standardowe miejsce rozpoczęcia wycieczki to źródło Magganiári. Prowadzi stamtąd świetnie oznaczony i bezproblemowy szlak do schroniska Varvara, około półtorej godziny.
  • powyżej schroniska szlak prowadzi wschodnim zboczem oraz północną granią. Jest duża szansa, że powyżej 1900 m n.p.m. będzie na nich zalegać śnieg. Przed wyruszeniem warto się górze dokładnie przyjrzeć z szosy E961, żeby rozpoznać położenie śniegowych łat.
  • Ze śniegiem poradzić sobie można na dwa sposoby: przejść przezeń, lub go ominąć.
  • W pierwszym przypadku czekan i raki, oraz umiejętność posługiwania się nimi mogą być pomocne, ale mogą nie załatwić sprawy. Pozostały o tej porze roku śnieg to wielokrotnie przetopiony firn, w który można się zapaść po pas, i który może całkiem ustąpić pod stopami umieszczając nas w potoku płynącym wytopionym pod śnieżną skorupą tunelem.
  • w drugim przypadku wykorzystać można dogodny układ warstw geologicznych. Ze szlaku należy zejść na wysokości około 1900 m n.p.m. i iść wprost pod górę – trzeba się trochę powspinać po skałkach do momentu, aż ujrzy się wschodzące łagodnie na południe skalisto-trawiaste pasy. Tymiż pasami iść należy w stronę szczytu, zdobywając dodatkową wysokość poprzez wspinaczkę w dogodnych miejscach.
  • Na szczyt prawdopodobnie najłatwiej dostać się będzie od strony południowej, gdyż jest mniej stroma niż wschodnie zbocze i śnieg znika z niej najszybciej. Nie jestem w stanie tego potwierdzić, bowiem zawróciliśmy zanim znaleźliśmy się na południowej grani.
  • Schodząc trudniej jest namierzyć ukośne “ścieżki”, tak, że należy sobie zostawić bezpieczny zapas światła dziennego na drogę w dół.

* * *

Jedną z pierwszych przeczytanych przeze mnie samodzielnie lektur była “Mitologia Greków i Rzymian”. To na jej podstawie, oraz malowanych w renesansie i później obrazów o tematyce antycznej, powstała w mojej głowie wizja Grecji jako kraju górzystego, o bujnej roślinności, z wynurzającymi się gdzieniegdzie z soczystej zieleni białymi, jońskimi kolumnami ruin świątyń. Rzeczywistość okazała się nie tak od tych wyobrażeń odległa. Po bogach i tytanach ślady są już dość skromne, jednak zamplifikowane przez majowy brak turystów wystarczają do przywołania obrazów mitycznych i historycznych wydarzeń. Zaś dla tych mniej sentymentalnie czy też poznawczo nastrojonych zawsze pozostają góry i plaże.