Na południe od Nashville

Prius

Są pewnie miejsca w USA – Nowy Jork, na przykład – gdzie można przylecieć, nie mieć samochodu i nic na tym nie stracić. Tennessee nie jest takim miejscem. Kiedyś już się o tym przekonałem, pedałując dwadzieścia kilometrów do najbliższego sklepu po mleko. Powtórnie mi o tym przypomniały trzy tygodnie kiszenia się w biznesowym hotelu między Interstate 65, rozległymi parkingami i nielicznymi biurowcami. Tym razem wynająłem więc samochód. Najtańsza opcja to Ford Mustang, ale już z takich zabawek wyrosłem. Teraz troszczę się o planetę, wziąłem więc Priusa. Świetny wybór.

Szkółka niedzielna

Osoby:

Jonathan – właściciel ośrodka wypoczynkowego, emerytowany lekarz-patolog. Przy kości, łysawy, siwa broda. Pewny siebie.
Masood – chudy mężczyzna pochodzenia irańskiego, długie włosy, spodnie do kolan, wiek 50-60 lat, hipisowski wygląd.
Jane – partnerka Jonathana, lekarka, sympatyczna, w podobnym do Jonathana wieku.
Michael – biodynamic farmer, na oko 70-80 lat. Wysoki, szczupły, siwa broda.

W ośrodku Jonathana. Świetlica, kilka stolików, na jednym trochę wegetariańskiego jedzenia, owoce. Z tyłu scena ze sprzętem nagłośnieniowym, instrumentami. Jonathan siedzi przy stoliku, Jane na kanapie, z laptopem, próbuje pracować.

Jonathan: leczy się raka, ludzie żyją dłużej, ale czy to w czymś pomaga? Jak ciało przetrwa, to demencja dopadnie. Nasz organizm nie jest przystosowany do tego, żebyśmy tak długo żyli.

Wchodzi Masood.

Masood: Ja też, tak jak Jonathan, zajmuję się rakiem, ale bardziej od psychologicznej strony – może można nawet powiedzieć, że holistycznie. Byłem na takim warsztacie, profesor ze Stanford to organizował. No i zastanawiam się, jaką rolę dla mnie ma odgrywać nowotwór? To w końcu część mnie – można mówić że są złe komórki i dobre komórki, ale moje ciało to moje ciało, wszystko to ja. Ale ciało to nie wszystko, jest jeszcze dusza, i cały świat, którego częścią jestem… pochodzę ze wschodu, tam patrzy się na te rzeczy bardziej całościowo. Kiedyś wszystkie rzeczy, które są dla mnie cenne, znikną – ludzie poumierają. Więc lepiej jest myśleć, że wcale się nie umiera, tylko przechodzi w kolejną formę, ale esencja pozostaje.

Wchodzi Michael, kieruje się do stolika z jedzeniem.

Jane: pracować się tu nie da, Internet do niczego. Jak to jest, że banki rozwiązały problem komunikacji między systemami, żeby to wszystko się dogadywało, a my w służbie zdrowia wciąż żeby przejrzeć karty pacjenta to musimy do jednego systemu, a żeby obejrzeć raport specjalisty to do innego?

Michael (zjadając czereśnie): co to znaczy biodynamic farming? Chodzi o alternatywę dla sztucznych nawozów i innych chemikaliów, które pakuje się w ziemię. Wymyślił to w latach dwudziestych XX w. Rudolf Steiner. Było to po pierwszej wojnie światowej, w Europie pełno było półproduktów do broni chemicznej, często na bazie azotu. Przemysł zastanawiał się co z tym zrobić, i wymyślił, że wciśnie to rolnikom. No i rzeczywiście, na krótką metę rezultaty były super, ale szybko zaczęto się zastanawiać, o co z tym chodzi: ludzie chorują, krowy chorują, pasożyty zżerają plony… no i Steiner przedstawił wizję, w Polsce zresztą to było. To jest taka homeopatia dla ziemi: robi sie różne preparaty, z łajna, innych rzeczy, żeby ziemi pomóc, żeby ją uzdrowić. Ja na przykład zajmuję się kryształami. Bierze się kryształy, najlepsze wulkaniczne, z Apalachów, ale w tutejszych rzekach też można znaleźć. Sciera się między szklanymi płytkami na pył, taką mąkę. Później biorę krowi róg, napełniam tym proszkiem, i wkładam w ziemię. Może tak parę miesięcy siedzieć w ziemi, choć trzeba mieć świadomość, że od pory dnia zależy, na ile to będzie skuteczne. To jest cosmic principle: rośliny są łącznikiem kosmosu z Ziemią: korzenie mają w ziemi, ale resztę ponad. Tak, że ziemia wieczorem zgarnia do siebie, a rano wydala. Ten kryształ można trzymać w słoiku i naświetlać od czasu do czasu.

Jonathan: mam problem z definicją co to znaczy być Amerykaninem. Rdzennych mieszkańców wykończyliśmy, wszyscy jesteśmy imigrantami. Moi rodzice przyjechali tu z Niemiec. Problem jest z religią. Judeochrześcijaństwo nie ma problemu z rozdziałem Kościoła od państwa, ale w Koranie jest zapisane, że państwo musi być religijne. Więc to jest niekompatybilne z Ameryką.

(głos z radia): Te rozróby w Charlottesville to wina Antify. Prawda, ktoś z nich zginął, ale po co się tam pchali? Jak ktoś skacze na wybieg lwów i lew go zabije, to co, też wina lwa?

Nastanie ciemności

21 sierpnia nastąpić miał Armageddon. Brak paliwa na stacjach, miejsc w hotelach, koszmarne korki na autostradach. Dlatego, że wielu Amerykanów akurat w okolicach Nashville postanowiło oglądać zaćmienie słońca. Niektórzy nie zdawali sobie sprawy, że całkowite zaćmienie mogliby obserwować bliżej domu. Na przykład para Kalifornijczyków, która wynajęła sypialnię w chacie, w której mieszkałem. Nie wiedzieli, że w Oregon też można było oglądać. A chata im się nie spodobała, i po jednej nocy wyprowadzili się do najbliższego wolnego pokoju hotelowego. W Memphis, trzy godziny samochodem od nas, i od linii całkowitego zaćmienia.

Aby więc nie utknąć w największym korku jaki kiedykolwiek Tennessee widziało, Do Long Hunter State Park – wcześniej upatrzonego miejsca obserwacji zaćmienia – wyruszyłem wcześnie, o szóstej rano. W parku byłem o siódmej, godzinie otwarcia. Przywitał mnie miły strażnik i skierował na ogromną łąkę, gdzie poodgradzane zostały pasy do parkowania samochodów – zmieściłoby ich się tam grubo ponad tysiąc. Wyruszyłem w stronę jeziora aby zająć dogodną pozycję obserwacyjną zanim spodziewane masy ludzkie nadciągną i zapełnią każdy wolny skrawek przestrzeni. Ciemno miało się zrobić około 13:20. Czytałem więc książkę i czekałem na tłumy. A tu nic, kilkanaście osób w zasięgu wzroku. Okazuje się, że w USA jest jednak dużo miejsca. Nawet jeśliby je ograniczyć do pasa, na którym księżyc miał całkowicie przesłonić tarczę słońca.

Zaćmienie zaczęło się około 12:00. Przez kolejną godzinę z kawałkiem robiło się stopniowo, prawie niezauważalnie, coraz ciemniej i chłodniej, aż do półtoraminutowego apogeum. Podczas całkowitego zaćmienia oświetlenie było dość niespotykane, jakby słońce schowało sie za horyzontem ze wszystkich stron na raz – niebo w okolicach horyzontu było jeszcze jasne, natomiast w zenicie zupełnie ciemne. Zobaczyć można było koronę słoneczną – włóknistą strukturę o średnicy ze cztery razy większej niż tarcza słońca. Tuż przed i po całkowitym zaćmieniu wszędzie pojawiły się falujące cienie, jakby światło przefiltrowane zostało przez bardzo rzadką chmurę. Przez dłuższy czas przed i po cienie rzucane przez liście drzew miały kształt półksiężyców – efekt camera obscura utworzony przez wąskie prześwity między liśćmi.

The Station Inn

Chciałem pójść na coś lokalnego, prawdziwy tenesjański bluegrass. Za pierwszym razem się nie udało, do Station Inn dotarłem pięć minut przed koncertem, bilety były wyprzedane. Za drugim poszło lepiej. Station Inn z zewnątrzy wygląda jak szopa czy barak, piętnaście metrów na siedem. Wewnątrz mieści się bar, kilka rzędów przykrytych podartą ceratą stolików, scena – miejsca jest na sto osób z hakiem. Dwieście lat temu Fanny Trollope narzekała na amerykańskie maniery przy stole. Siedzenie w nakryciu głowy – kowbojskich kapeluszach, bejsbolówkach – wciąż ma się dobrze. Szczęśliwie, zwyczaj plucie tytoniem gdzie popadło odszedł w niepamięć. Tego wieczora występuje zespół Becky Buller. Na banjo Ned Luberecki, kandydat do nagrody dla najlepszego bandżeonisty roku; na gitarze profesor bluegrassu z East Tennessee State University; na kontrabasie Daniel “The Hook” Hardin, brygadzista z destylarni Jacka Danielsa. Becky, radośnie:
– Hey, Dan, say something to the fine people here!
Dan, patrząc spode łba, z ponurą miną:
– How y’all doin’?
Jest coś forsownego, sztywnego w grze muzyków bluegrassowych, instrumenty wiszące tuż pod szyją, palce zaciśnięte na gryfie – przeciwieństwo luzu jazzmanów. Ale wymiatają. Prawie tak dobre jak zaćmienie słońca.

Harvey

Dzień przed wylotem przyszły popłuczyny po Harvey. Huragan wcześniej zmył niemal z powierzchni ziemi okolice Houston w Teksasie, do nas dotarł już zdegradowany do tropikalnego niżu. Wystarczyło go wciąż na alarm powodziowy i tornadowy. Niefortunnie, bowiem z mojej kwatery prowadzi jedna, wąska droga, częściowo doliną, wzdłuż potoku, więc szansa na zostanie odciętym od świata była nie była zaniedbywalna, zaś kolejnego dnia w południe miałem stawić się na lotnisku, oddać samochód i rozpocząć dziesięciogodzinną podróż do domu. Pod wieczór zaczęło padać. Po zmroku rozszalała się ulewa, z jakimi spotkałem się wcześniej w tropikach – lecz z reguły nie trwały one wtedy godzinami. Co ma być, to będzie.

Rano prawie już nie padało. Wyruszyłem z mojej bazy na wzgórzu, ostrożnie, by się nie wpakować w jakąś niespodziewaną wodę. Droga okazała się przejezdna, tylko zalegające gałęzie i błoto stanowiły dowód nocnego zalania przez potok. Teraz wciąż nie mieścił sie w korycie, ale jezdni już nie zagrażał.

Log House

Driveway

Jeśli miałbym sobie wyobrazić mój wymarzony dom, byłaby to jakaś chata w lesie, najlepiej na wzgórzu. Z dala od miast i ruchliwych dróg, ale dobrze skomunikowana, tak, że w razie potrzeby można wsiąść w samochód i w nie więcej niż godzinę powrócić do cywilizacji. Wolałbym też, żeby nie padało bez przerwy – więc Szkocja raczej odpada. Log House w Big East Fork spełnia natomiast wszystkie te wymagania. Jedyny minus to szum klimatyzacji, lecz jest to cywilizacyjne udogodnienie w tym klimacie niemal nieodzowne. Dom ma cztery sypialnie, wynajmowane osobno; czy to lokalizacja, czy standard – bo nie cena, ta jest zdecydowanie niewygórowana – zniechęcają przyjezdnych, stąd wyjąwszy weekend zaćmieniowy miałem całą rezydencję dla siebie. Tak, zdecydowanie wyobrażam sobie życie tutaj. Jedno z moich ulubionych miejsc na świecie.

12/09/2017