Nigdy więcej na Bałtyku

Żeglowałem po morzu trzy razy, za każdym razem po Bałtyku, we wrześniu, na Warszawskiej Nike. Namówili mnie przyjaciele – żeglarze, czyli Jerzy, Mierniczy oraz Piotr. Najpierw był tydzień Świnoujście – Kopenhaga – Gdynia. Było chłodnawo, ale pogoda niezła, i nie chorowałem (wachty kambuzowe miałem w portach), tak, że nawet mi się podobało. Kolejny raz był krótki wypad Łeba – Bornholm – Gdynia, z niezapomnianym kapitanem Achtelikiem, w wolnym czasie sztygarem z Bytomia. Zaczęło się od kambuza po wypłynięciu. Morze dość niespokojne, ale trzymałem się dobrze, dopóki nie otworzyłem szuflady z zapałkami i nie poczułem zapachu siarki. Później przez całą wachtę jedną ręką mieszałem w garze gołąbki a drugą trzymałem duży czarny worek na śmieci, do którego wymiotowałem. Po zejściu z kambuza było tylko gorzej. Podczas wachty 20-00 pogoda była okołosztormowa, do kokpitu co i rusz wlewały się wielkie, zimne fale. Raz akurat kuk podawał nam przez okienko herbatę, gdy przyszła fala większa niż zwykle i wypełniła kokpit jak wannę, znajdując ujście w okienku kuchennym. Piotr, który robił za kuka, musiał pobiec zmienić majtki na suche, a my na pokładzie zamiast gorącej herbaty mieliśmy trochę morskiej wody w kubkach i rozgrzewać nas mogły tylko fantazje, jak to za cztery godziny ten zimny, mokry i rzucający na wszystkie strony horror się kończy, schodzimy pod pokład i zlegamy w kojach na sześć godzin twardego snu. Na zakończenie tej eskapady kpt. Achtelik pożegnał nas słowami:

– Fajnie było. Ale, kurwa, nigdy więcej.

Z jakiegoś powodu zdecydowałem się płynąć kolejny raz. Znów pod Achtelikiem. Tym razem ekipę wzmocnili Kozło i Młodożeniec. Ten ostatni po powrocie napisał wiersz:


Dziennik jachtowy

21-30 września 2003

Wybierz szoty od baksztagu,
Ciągnij, klinuj, wiąż i knaguj;
Korbę bierz i stawiaj grota,
Mocuj bom na kontraszota;
Oddaj korbę, klaruj liny –
“Ruszać się, wy sukinsyny!”.
Zawiąż krawat na wyblinkę –
“Szlag by trafił tę #%&@ linkę!”.
Rozkaz: “Dziesięć stopni lewiej,
Zwrot przez rufę i przed siebie.”
Ster się złamał? Włóż nań rumpel –
“Przypnij-no się!” – wrzeszczy kumpel;
Szczać chce ci się? Szczaj na wantach!
Piękne jest żeglarstwo… w szantach.
W łeb dostałeś wielką szeklą,
Mokryś, rzygasz – co za piekło!
Nie unikniesz tu kataru,
Smrodu potu, szczyn i smaru;
Słońce słońc dla Ciebie wzejdzie,
Kiedy wreszcie na ląd zejdziesz.


Odwidziliśmy Kalmar i Visby, ogólnie dobrze tę wycieczkę wspominam, ale z jakiegoś powodu na jej koniec wbiłem sobie do głowy: nigdy więcej rejsów na Bałtyku. Wiele lat minęło od tej historii, szczegóły zatarł czas. Maksyma “nigdy więcej na Bałtyku” pozostała jednak w mojej pamięci i stosuję się do niej dogmatycznie od lat dwunastu.

Parę lat później był jeszcze weekend na Solencie, ale to praktycznie jezioro, i nocowaliśmy w marinach, więc się nie liczy.

Nigdy więcej na Bałtyku. O innych akwenach nie było mowy, więc gdy Jerzy osatnio zaproponował dwutygodniowy rejs między Wyspami Kanaryjskim a wyspami Zielonego Przylądka, nie odmówiłem z przyczyn pryncypialnych, a z braku wakacji. W praktyce mogę brać wolnego ile chcę, ale wyjeżdżałem w tym roku na narty, do Grecji, do Gruzji, brałem kilka tygodni wolnego na naukę i konferencje, a w styczniu wybywam na kolejne dwa tygodnie do Tanzanii, więc niektórzy koledzy z pracy trochę zaczęli kręcić nosem na ten nierówny podział obowiązków i wolnego czasu między kontraktorów a pracowników etatowych.

Tymczasem w tym tygodniu okazało się, że z ważnych przyczyn budżetowych wszyscy pracownicy tymczasowi Bank of America Merrill Lynch mają stawki redukowane o 10% i wysyłani są na przymusowy dwutygodniowy urlop. Było to dla mnie pewnym zaskoczeniem, bowiem zdarzały mi się już redukcje stawki, lecz było to na ogół spowodowane szerszą sytuacją ekonomiczną i odbywało się we wszystkich bankach w podobnym czasie, tymczasem tu trudno się dopatrzeć obiektywnych przyczyn. Jeden z doświadczonych kolegów wyjaśnił mi, że chodzi o poprawienie wyników finansowych w czwartym kwartale 2015, bowiem od tych wyników zależą premie najwyższego szefostwa banku. Jak by w rzeczywistości nie było, o ile redukcja stawki mnie nie cieszy, to wakacje wypadły w całkiem dogodnym momencie. Tak, że jadę – czy też raczej płynę.

Plan jest następujący: w piątek 30 października po południu lecę na Teneryfę. Zaokrętowanie jest następnego dnia o 16:00, po czym wypływamy, zahaczamy o La Gomera i El Hiero a później prujemy na południe, na wyspę Santiago. Tydzień bez zawijania do portu będzie dla mnie zupełną nowością. Wyokrętowanie 14 listopada w Praia, skąd po północy dnia kolejnego lecę do Lizbony, godzina na przesiadkę i około 9 rano w niedzielę 15 jestem na Gatwick.

Miejsca ponoć jeszcze są.