Obrazki z Rumunii

Gaz

Cholerne konkurencyjne standardy. W Timișoarze zaopatrzyć sie mieliśmy w prowiant na cztery-pięć dni oraz pojemnik z gazem. Razowy chleb zrobiliśmy w domu i przywieźliśmy ze sobą, na miejscu kupiliśmy suchą kiełbasę, kawałek wędzonki, rybki w puszce, ryż, zupy i sosy w proszku, suszone owoce, orzechy oraz kilo czekolady. Zakupiona w miejscowym sklepie turystycznym butla z gwintowanym przyłączem typu UNEF okazała się (oczywiście) nie pasować do naszego palnika typu Campingaz. W hotelu wyciągnąłem scyzoryk i sukcesywnie przycinając plastikowe ząbki na klemie mocującej palnik do butli zmusiłem w końcu ten zestaw do odpalenia. Ha.

Sukces okazał się pozorny. Później w górach, gdy w chwili kryzysu postanowiliśmy ugotować ryż, sztuki tej nie udało mi się powtórzyć. Ostatecznie po kwadransie daleszego przycinania klemy i mocowania się z mocowaniem palnika udało nam się uzyskać niewielki płomień, który pozwolił na ugotowanie torebki ryżu. Było to na tyle kłopotliwe, że prób gotowanie nie powtarzaliśmy i do końca pobytu w górach żywiliśmy się suchym prowiantem.

Przemysł

Industry

Leży. Tak przynajmniej wynikałoby z tuzinów hal fabrycznych, których dachy zapadły sie do środka, rdzewiejących silosów i innych metalowych konstrukcji. Widać je w miastach, ale bardziej jeszcze z okien pociągu: byłe zakłady przemysłowe stojące w szczerym polu i zarastające chwastami, budynki bez ścian, pomazane sprejem betonowe konstrukcje. Za czasów Ceaușescu musiały to być tętniące życiem kombinaty w których herosi pracy bili kolejne rekordy i wykuwał się sukces socjalistycznej gospodarki. W nowej rzeczywistości okazały się zombie, które odcięte od państwowej pępowiny padały jak muchy.

Z drugiej strony chyba nie leży, bo mają przecież Dacię – czołowego producenta tanich klonów Renault. Niech więc będzie, że stoi.

Fetească

“Sto dwadzieścia lei za dobre wino to nie jest dużo” – napomyka kelner w Casa del Sole. Dobra, niech będzie. Czerwone fetească neagră okazuje się wyśmienite, choć Ania uważa, że zbyt kwaśne. Casa del Sole wygrzebaliśmy z TripAdvisora; w Rumunii zdaje się nie ma zwyczaju jadania poza domem, więc przyzwoite knajpy należy wyszukiwać zawczasu, a nie liczyć, że spacer przez miasto zaprowadzi nas przypadkiem do rewelacyjnej jadłodajni.

W prowincjonalnych restauracjach bez większych aspiracji wina lokalne to w większości półwytrawne odmiany miejscowych szczepów. Fetească zajmuje wśród nich poczesne miejsce. Czarna może być znakomita, jak udowodniła butelka w Casa del Sole. Jeden egzemplarz białej, który piłem, przypominał nieco niemickie Rieslingi w wersji Kabinett i był całkiem pijalny.

Kolej

Nagrodą za wczesne zwleczenie się z łóżka jest możliwość oglądania wschodu słońca. Myśmy wstali przed piątą, należy nam się. Ten świt to czerwona kula wynurzająca się spoza spowitych mgłą pól usianych stogami siana. Kiedy ostatni raz widziałem stóg siana? Pewnie z piętnaście lat temu w Polsce. W ostatnich latach na skoszonych polach zobaczyć można tylko zafoliowane bele. Pociąg średniodystansowy z Timișoary do Simerii wygląda jak duży tramwaj, zdaje się dość nowoczesny, z zewnątrz duże graffiti nachodzące na fragmenty szyb. Później stacja w Simerii o poranku: rozsypujące się betonowe perony nie wystające zbytnio ponad poziom torów, wokół zrujnowane budynki, garstka pasażerów, lokalnych rzemieślników oczekujących na swoje połączenia, zupełnie jak z przewodnika po Molvanii. I łazienka damsko-męska: ciemny korytarz, brodzi się w cieczy której pochodzenia lepiej nie dochodzić, kabiny z których odpadły drzwi, w środku toalety w stylu azjatyckim: dziura w ziemi i miejsce do kucania. Za winklem, w zupełnej niemal ciemności, pisuary. Tu wyjaśnia się pochodzenie części substancji pokrywających podłogę: pisuar to miska na ścianie z dziurą, przez którą mocz spływa wprost na buty sikającego i następnie podłogę.

Kolejny pociąg to lokalny Simeria-Petroșani. Ten ma wagony z lat sześćdziesiątych z przedziałami. W przedziale drugiej klasy jest sześć foteli, jak w polskiej pierwszej. Tekstylne pokrycia siedzeń przez czterdzieści lat zgromadziły warstwy brudu i usiane zostały dziurami wypalonymi przez papierosy. Pociąg co jakiś czas zatrzymuje się w polu. Na jednym z takich polnych przystanków, w Ohaba de sub Piatra, wyskakujemy.

Milion

“Aceasta este o mulțime de bani! Milioane!” – tłumaczy mi bezzębny traktorzysta, pokazując stulejowy banknot. Gdy mijał nas, jak w upale, noga za nogą, ugięci pod ciężarem plecaków wspinaliśmy się szosą z Ohaba de sub Piatra i zachęcająco pokazywał na wypełnioną żwirem przyczepkę, oferta podwózki wydała się niezwykle kusząca. Pięć kilometrów drogi do Salasu de Sus minęło nam na podziwianiu widoków, wyobrażaniu sobie co to będzie gdy na jakimś wyboju wyrzuci nas pod koła przyczepy, przypominaniu sobie czy należy powiedzieć “a coborî” czy “a urca” jak się będzie chciało wysiąść (jedno z nich oznacza wsiadanie a drugie wysiadanie, nie mogłem zapamiętać które jest które) oraz kombinowaniu ile i jak zapłacić za podwiezienie. Wedle przewodnika, za samochodowego stopa zwyczajowo coś tam się płaci, furmanka jest za darmo, o traktorze nic jednak nie było wspomniane. Wypadałoby coś zaproponować, kłopot z tym, że mamy tylko kilka banknotów stulejowych, a sto lei to jednak trochę sporo za pięć kilometrów.

Ostatecznie traktorzysta wybiera sobie najmniejszy nominał jaki udaje mu się znaleźć w moim portfelu: dziesięć funtów. Nie mam serca mu wyjaśniać, że to pół miljuna, czyli też mulcu bani. Lekcja: zawsze mieć przy sobie drobne.

Dead Man

“You’re a dead man” – zawyrokował kolega z pracy gdy dowiedział się, że planujemy mieszkać u nieznajomych, poznanych przez internet.

Mihai ma dwa domy, do obu można wchodzić bez pukania i niezależnie od obecności bądź nieobecności gospodarza. Główna rezydencja, w Salasu de Sus, mieści się w dużym ogrodzie, który zaadaptowany został do mieszkania. W centrum ogrodu stoi kilka kanap i kuchenka opalana drewnem. Nieopodal, pod baldachimem, mieści się kuchnia, salon i pokój komputerowy. Obok przeszklona altana mieszcząca sypialnię i kolejną kuchnię. Podobna altana przylega do drewnianego domu. W głębi ogrodu, za zasłoną prysznicową, pod gołym niebem stoi wanna. Jedną granicę ogrodu stanowi wartki potok, nad nim, na linach wisi huśtawka zrobiona z fotela. W okolicy leży też kilka przykrytych makatkami trumien o niejasnym zastosowaniu. W ogrodzie nie ma w tej chwili żywej duszy, zostawiamy więc prezent dla gospodarza – paczkę surowej kawy – i ruszamy dalej, do domu numer dwa. Jest to górski chata mieszczący się przy kompleksie turystycznym Pietrele, w parku Retezat. W zapadającym zmroku trudno znaleźć ścieżkę. Przed wejściem świeżo rozłożone jedzenie: chleb, cytryna, jakieś resztki napoju. Czy ktoś tu teraz mieszka? Wewnątrz nikogo nie ma. Dwie izby na dole wyglądają dość obskurnie, piętrowe łóżka, na nich sienniki, jak więzienie w kraju trzeciego świata. Na piętrze jest trochę czyściej, tam więc się lokujemy.

Szkoda, że niektórzy z gości Mihaia nie zadają sobie trudu żeby chatę pozostawić przynajmniej w takim porządku, w jakim ją zastali.

Piąta rano

Po zapadnięciu zmroku, gdy leżę już zawinięty w śpiwór, pojawia się grupka surferów:

– Hi, I’m Anna, from Poland!

– Hi, I’m Anna, from Poland!

Trójka Polaków przeszła trasę, na którą myśmy potrzebowali siedmiu godzin w cztery godziny. Jutro wstają o piątej i udają się na najwyższy szczyt w okolicy, Peleagę, po czym planują wrócić do Pietrele, albo nawet do Salasu de Sus. Podróżują lekko, bez śpiworów nawet, korzystają więc z leżącej w chacie sterty koców.

Mapa

obrazek zawiera lokowanie produktu

Retezat

Gdzie ten szlak prowadzi? Wedle mapy miał zacząć schodzić w dolinę, na południe, lecz oznaczenia wyraźnie idą grzbietem, droga którym zajęłaby kolejne dwa dni. Nasza mapa to OpenStreetMap serwowana offline przez aplikację OsmAnd+. Do tej pory sprawdzała się znakomicie, precyzyjnie pokazując przebiegi i kolory szlaków – choć, prawdę powiedziawszy, po Retezat chodzić można i bez mapy, tak dobrze oznaczone są szlaki. Tu jednak, w mniej uczęszczanej okolicy, tworzona przez ochotników OpenStreetMap zaczyna szwankować. Na ratunek przychodzi GPS i rozszerzenie wyświetlające poziomice. Z ich pomocą żadne wyzwanie nawigacyjne nie jest straszne.

Moja główna obawa związana z używaniem elektronicznej mapy nie dotyczyła jej dokładności, lecz zapewnienia jej wystarczającej ilości prądu. Smartfony znane są z tempa, w jakim mogą wyczerpać akumulator, a przełączenie w tryb samolotowy to oszczędność starczająca na dzień lub dwa, lecz nie na tygodniową wyprawę. Szczęśliwie, od pewnego czasu dostępne są w sklepach przenośne panele słoneczne, takie jak używany przeze mnie Nomad 7 firmy Goal Zero. W pełnym słońcu jest on w stanie naładować Nexusa 5 w kilka godzin; na wypadek gdyby słońce gorzej dopisywało, warto się zaopatrzyć w przenośny akumulator, który ładuje się z panelu słonecznego nawet przy ograniczonym świetle, i z którego później naładować można telefon.

Sznycel

Z cabany na pole namiotowe wracamy po ciemku, lecz w dobrych humorach – po całym dniu marszu przez góry ciepły posiłek dobrze nam zrobił. Spieszyliśmy się wychodząc na poszukiwania cabany i zapomnieliśmy zabrać latarkę, szlak lokalizujemy więc świecąc telefonem. Po kilkunastu minutach marszu pod górę docieramy do namiotu. Jeszcze ubikacja – budka na skraju lastu, sto metrów od pola namiotowego, z dziurą w podłodze – mycie zębów, i idziemy spać.

Około pierwszej w nocy orientuję się, że coś jest nie tak – żołądek nie daje mi spać. W ciągu kilkunastu minut sytuacja zaczyna się wyjaśniać: Ania wymiotuje, na nieszczęście do namiotu, na szczęście brudząc tylko podłogę i zrobioną z pokrowca na śpiwór poduszkę. Wygrzebuję się ze śpiwora, zbieram wymiociny w ręcznik który wraz z pokrowcem zabieram do wypłukania. Poszukiwania źródełka trwają dobre dziesięć minut – nie jest łatwo je znaleźć w ciemności, w nieznanym terenie. Płukanie ręcznika i pokrowca zajmuje kolejne parę minut i owocuje mokrymi rękawami flanelowej koszuli. W międzyczasie próbuję zwymiotować – bezskutecznie, pomimo mdłości. Mokry i zziębnięty wracam do namiotu i jedyne, na co mam siłę to wpełznąć głową i tułowiem do śpiwora i tak leżeć, kontemplując zimno, mdłości, ponad dzień marszu dzielący nas od najbliższej cywilizacji oraz leżący w gruzach plan wycieczki. Ostatecznie i mi się udaje zwymiotować, szczęśliwie po wystawieniu głowy na zewnątrz namiotu. Potem, jak to przy zatruciach, zaczyna się “dawanie na dwa końce”, jak instruował niezapomniany profesor Sieńko na lekcjach przysposobienia obronnego, “czyli torsje i wymioty”. Spacery do latryny są wykańczające, każdy łyk wody wywołuje kolejną falę wymiotów. Oby dotrwać do rana.

Shepherd

Filcowy kapelusz

– Pierdut?

Pasterz pokazuje na chmurę z której parę minut temu wyszliśmy schodząc na przełaj grzbietem. Jest wieczór, jesteśmy na wysokości dwóch kilometrów nad poziomem morza, nie prowadzi tu żaden szlak, właśnie rozbijamy namiot. Pasterz jest młody, z bardzo ciemną karnacją, w filcowym kapeluszu, luźnej koszuli i z drewnianą, okutą lagą. Jak z obrazka. Wchodzi bez wyraźnego celu pod górę, nachylenie terenu zdaje się nie robić na nim najmniejszego wrażenia.

– Îmi pare rău, nu înţeleg.

Tyle pogadaliśmy. Dał sobie za to zrobić zdjęcie.

Papierosy

Przy zasypianiu wyostrza się zmysł chłodu. Wielokrotnie zasypiałem w komfortowej temperaturze, aby niedługo później obudzić się dygocąc z zimna. Podobnie może być z powonieniem. Nasz pokój w hotelu Petroșani wydawał się bezwonny, jednak po ułożeniu się w pościeli wszędzie rozchodzić się począł smród dymu papierosowego. Podobne zjawisko zaobserwoaliśmy w hotelu w Timișoarze.

Przed papierosami trudno się ukryć. Na stacjach kolejowych są wszechobecne, w pociągach nie wolno i nikt jawnie nie pali, ale skądś wciąż wydobywa się uporczywy smród tytoniu. W restauracjach siadać należy na zewnątrz, z brzegu, na nawietrznej. Pepierosy są w menu na końcu, za winami.

Ambicja

Na żółto odcinek, który szliśmy zgodnie z planem. Na czerwono część planu, której nie udało nam sie zrealizować. Na niebiesko to, co przeszliśmy w zamian.

Remont

Stare miasto jest kompletnie rozkopane. Poszukując księgarni mieszczącej się obok apteki przedostawać się musimy chwiejnymi kładkami, przemykać krawędziami głębokich wykopów. Ulice przynajmniej są remontowane, nie da się tego powiedzieć o większości kamienic. Budynki są urocze, lecz w dużej mierze zdewastowane, nie odnawiane i nie wiadomo, ile jeszcze postoją. W miejscach, gdzie ruina posunęła się zbyt daleko, wyrosły ohydne barakobiurowce z plastiku i szkła, mieszczące oddziały banków. Gdzieniegdzie między dziewiętnastowieczne domy wcisnęły się komunistyczne bloki. Brak ładu i składu, charakterystyczny dla gwałtownie rozwijającego się wolnego rynku. Oby Rumuni dorobili się na tyle, żeby dbałość o ład przestrzenny i estetykę miasta stały się bardziej palącymi problemami.

W konkursie piękności Timișoara wystawia secesyjną kamienicę zaś Craiova park Nicolae Romanescu. Uwielbiam naturę, ale gdybym ja był w jury, mój głos przypadłby Timișoarze.

* * *