Osiem dni na szczycie Afryki

Team Kilimanjaro ma dość skomplikowaną strukturę: płaci się firmie Lewin Ventures Limited zarejestrowanej na Gibraltarze, zaś pieniądze wpłynąć mają na konto banku w Rydze. Adresy kontaktowe są w Londynie. Pomimo tego organizacyjnie wszystko okazało się dopięte na ostatni guzik, z jednym tylko drobnym potknięciem: nasze formularze z zamówieniem sprzętu do wypożyczenia nie dotarły do przewodnika, tak, że trzeba je było odtwarzać z pamięci. Ania i ja pożyczaliśmy tylko śpiwory i jedną parę getrów, Magda natomiast miała długą listę, zawierającą też kurtkę, latarkę i rękawice. Ostatecznie udało się wszystko to wypożyczyć, i w poniedziałek 18 stycznia rano wsadzono nas do Land Rovera, na trzech siedzeniach z tyłu zasiadło dwóch przewodników i czterech tragarzy, i ruszyliśmy w stronę góry.

Naszła mnie wówczas refleksja – trochę poniewczasie – że z wielu wypraw, które planowałem bardzo ambitnie, wracałem wcześnie, gdyż obozowanie na dziko dawało mi w kość, a wygody typu gorący prysznic i miękkie łóżko, kusiły. W związku z tym być może nie fair było wyciągać na tę eskapadę bardziej jeszcze ode mnie do komfortów cywilizacji przywiązaną Anię, oraz Magdę, moją siostre, której doświadczenia z nocowania w namiotach są bardzo skąpe i jednoznacznie negatywne, i która nigdy dotąd nie chodziła na dłuższe górskie wycieczki.

Martwi mnie pogoda. Styczeń-marzec to ma być krótka pora sucha, z bezchmurnym niebem, zalegającym w wyższych partiach góry śniegiem, i ogólnie dobrymi warunkami do trekkingu. W tym roku deszcze się opóźniły, góry nie widać spoza warstwy chmur. W Arusha poprzedniego dnia spadł ulewny deszcz. Nie wiem jak to będzie, mamy niby ubrania wodoodporne, ale chodzenie przez cały dzień w deszczu nieszczególnie mi się uśmiecha. Widoki też diabli wezmą.

Dni 1-2: las tropikalny

Wybrany przez nas szlak to Lemosho w wersji Team Kilimanjaro, czyli okrążający górę od północy zamiast od południa, gdzie prowadzi oryginalne Lemosho i większość pozostałych szlaków. Ma on zapewniać dobre warunki do aklimatyzacji powyżej 4000 m n.p.m. oraz stosunkowo mały ruch turystyczny – zdecydowana większość wycieczek idzie południem. Tym niemniej, na starcie szlaku natykamy się na duże grupy tragarzy. Lemosho ostatnimi czasy zrobił się dość popularny, szczęśliwie trzeciego dnia odbijamy na północ, na ścieżkę TK, i powinniśmy zgubić większość tłumu. Wśród tragarzy kręci się odziany w puchową kurtkę Hesbon, nasz główny przewodnik. Temperatura powietrza około 25 stopni.

First Steps

Ruszamy! I od razu zaskoczenie, niezwykle powolnym tempem nadanym przez Alexa, zastępcę przewodnika. Mottem Kilimandżaro jest pole pole, czyli: powoli. Idziemy więc stawiając stopę za stopą przez tropikalną dżunglę. Na wąskiej ścieżce co i rusz wyprzedzają nas tragarze niosący na plecach własny dobytek, zaś na barkach lub głowach worki ze sprzętem, który został im powierzony. Przepisy mówią, że dodatkowego bagażu do dźwigania nie może być więcej niż 20 kg, i w każdym obozie są wagi przy pomocy których owo ograniczenie się weryfikuje. Od czasu do czasu mijamy tragarzy palących marihuanę – zapewne ma to im pomagać w aklimatyzacji, na pewno też poprawia humor.

Po dwóch i pół godzinie bardzo spokojnego marszu docieramy do pierwszego obozu: Forest Camp. Nasze namioty są już rozstawione, czekają na nas miseczki z gorącą wodą (po litrze na osobę) oraz mydło. Wkrótce słyszymy wezwanie na herbatę i popcorn. O 18:30 dostajemy kolację: zupę, pieczywo, wołowinę, ziemniaki, surówkę, owoce. Na koniec przychodzi Hesbon i omawia plan na kolejny dzień. Ciemno się robi około 19. Siedzimy jeszcze do 20 rozmawiając z Hesbonem, po czym rozchodzimy się do swoich namiotów. My z Anią mieszkamy w jednym, Magda w pojedynkę w drugim. Każde z nas ma do dyspozycji gruby materac z gąbki – nierówności podłoża nie są nam straszne. Hesbon i Alex śpią w komorach przy mesie, zaś pozostałych piętnastu członków naszej załogi tłoczy się w dwóch namiotach tej samej wielkości, co nasze i Magdy dwójki.

Podczas wstępnego przeglądania informacji na temat wejścia na Kili rozbawiła mnie opcja wynajęcia, po cenie 20 USD za dzień, specjalnego tragarza do noszenia toalety. Lo and behold, nasza ekspedycja jest w takie udogodnienie wyposażona, i okazuje się to całkiem przydatnym wynalazkiem, bowiem publiczne toalety w obozach mają standard afrykański, tj. dwa betonowe bloki, na których się staje, oraz dziura w ziemi, nieraz równo obesrana. Wychodki jak wychodki, od biedy da się z nich korzystać, ale dostęp do prywatnego kubełka zamkniętego w specjalnym namiocie to spora wygoda, zwłaszcza dla dziewczyn.

Dnia kolejnego pobudka o 6:30 i ruszamy dalej przez las, w kierunku grani Shira, za którą rozpościera się położony 3500 metrów n.p.m. płaskowyż Shira. Po drodze opuszczamy las i wkraczamy w strefę kosodrzewiny i wrzosowisk. Podobno niektórzy na tym etapie odczuwają pierwsze skutki choroby wyskościowej. Magdzie dokucza kolano i zawroty głowy, ale po krótkim odpoczynku idzie dalej bez problemu, i do obozu Shira 1 docieramy przed 14. Wszyscy troje jesteśmy na Diamoksie, póki co wyskość znosimy bardzo dobrze – tylko sika się od tych tabletek często. W obozie dostajemy lancz, potem herbatem z dyżurnym popcornem oraz kolację. Jedzenia jest bardzo dużo, apetyty nam jeszcze dopisują, ale nie na tyle, żeby to wszystko zjeść. Mamy nadzieję, że siedemnastu członków załogi nie pozwoli się resztkom z naszego stołu zmarnować.

Dzień 3: wrzosowiska

Na płaskowyżu Shira nasza droga oddziela się od głównego Lemosho. Idziemy dziś po płaskim. Mijamy drogę gruntową, którą na płaskowyż docierają samochody do zwożenia na dół chorych turystów, którzy nie są w stanie kontynuować treku – ewakuacje takie mają ponoć miejsce codziennie.

Shira 1

Dotychczas, pomimo początkowych obaw, pogoda nam dopisywała – było pochmurnie, ale z przejaśnieniami, i nie padało. Dzisiaj nad Shira snują się nisko zawieszone chmury. Na pół godziny przed obozem zaczyna padać. Początkowo deszcz nie jest zbyt silny, idę więc w kurtce przeciwdeszczowej ale nie zakładam spodni wodoodpornych. Po dziesięciu minutach deszcz zmienia się w ulewę, i na wszelkie operacje ochronne jest już za późno. Do obozu Moir Hut docieram z kompletnie przemoczonymi butami i skarpetami. Nasz namiot jest jeszcze okopywany, więc z Anią lądujemy w mesie, tam sciągamy z siebie przemoczone ciuchy. Jeśli nie wyschną, to dalsza wspinaczka będzie bardzo nieprzyjemna, bowiem ja mam już tylko jedną parę suchych skarpetek, zaś Ani zapasy suchej garderoby też nie są przepastne.

Szczęśliwie, wkrótce po naszym zagnieżdżeniu się w namiocie, przejaśnia się. W planach na ten dzień był jeszcze opcjonalny aklimatyzacyjny trek na większą wysokości i z powrotem. Pomimo mokrych ciuchów namawiam Hesbona na tę wycieczkę, i już mamy wyruszać, gdy znów zaczyna lać. Wieczór upłynął pod znakiem suszenia butów i skarpet. Najlepszy pomysł, jaki nam przyszedł do głowy, to napełnić butelki gorącą wodą (dostajemy ją co wieczór w dużych ilościach do parzenia herbaty) i wsadzić je w buty, tudzież nałożyć na nie skarpety. Trudno sobie wyobrazić, żeby totalnie przemoknięte buty wyschły do rana przy użyciu tej metody, bowiem przy nocnej temperaturze powietrza poniżej 5 stopni ciepło z butli uchodzi szybko. Hesbon proponuje, że tragarze wysuszą mi skarpety – nie wiem na czym ma to polegać, ale z braku lepszych pomysłów przekazuję mu moje mokre, grube Smartwoole. Na szczęście, poza mokrą garderobą, nic nam praktycznie nie dolega. Anię trochę pobolewa głowa i jesteśmy nieco śnięci, ale ogólnie trzymamy się nieźle.

Rano dostaję skarpety prawie suche. Buty są jeszcze mokre, ale gruba warstwa wełny wystarczy, żeby przynajmniej na początku odizolować się od nieprzyjemnej wilgoci. Ruszamy dalej, obchodzić górę od strony północnej. Znów sporo chmur, ale sucho, i podczas marszu moje buty schną zupełnie.

Dni 4-5: alpejska pustynia

W jeden dzień robimy północny trawers na wysokości około 4000 m n.p.m. Pogoda jest zmienna: rano chmury przesłaniają widok na Kenię, podczas lanczu w obozie po drodze świeci mocne słońce, ale jak tyko zbieramy się w dalszą drogę zaczyna się mżawka. Szczęśliwie nie kończy się taką ulewą jak dnia poprzedniego, ale gdy docieramy do obozu Thrid Caves buty znów mam mokre, a skarpety wilgotne. Sir E. H. Shackleton radził:

Frozen gloves and helmets undoubtedly are very uncomfortable, and the proper thing is to keep these articles thawed by placing them inside one’s shirt during the night.

Tak więc i ja wsadziłem mokre skarpety za pazuchę, na gołe ciało. W nocy było mi z ich powodu trochę niewygodnie, założyłem je więc na dłonie, i tak spałem do rana, kiedy to okazało się, że są praktycznie suche. Buty znów pozostawiały nieco do życzenia, ale suche skarpety to podstawa – jeśli będą warunki (były), to buty wyschną w drodze.

Looking Up

W międzyczasie nastąpiła też istotna zmiana planów. Zgodnie z oryginalnym programem wycieczki, dnia szóstego mieliśmy wspiąć się na szczyt, po czym zejść do krateru Kibo, gdzie mielibyśmy nocleg. Dnia kolejnego zwiedzalibyśmy krater a następnie rozpoczęli zejście z góry. Nocleg w kraterze był od początku wątpliwy, bowiem jest tam bardzo zimno, a Magda, pomimo solidnego śpiwora, marzła w nocy już na niższych wysokościach. Postanawiamy więc tam nie nocować. Zamiast tego, za sugestią Hesbona, spróbujemy trochę krateru obejść po zdobyciu szczytu, a potem zejść na nocleg do obozu Barafu.

Tymczasem, piątego dnia rano, wszystko wygląda optymistycznie. Przed wschodem słońca Kibo ukazuje się nam poraz pierwszy w całej swej okazałości, ze zboczami pokrytymi śniegiem, jak na pocztówce. Magda co prawda nie ma apetytu i ze śniadania rusza tylko owsiankę; ta pogardzana początkowo potrawa z upływem czasu staje się naszym ulubionym, bo najbardziej neutralnym, elementem śniadania. Tym niemniej humor jej dopisuje, ruszamy więc pod górę, do base campu School Hut (4700 m n.p.m.). Docieramy tam przed południem, i przed lanczem zaliczamy jeszcze aklimatyzacyjne wejście na 4825. Tempo wchodzenia jest niesamowicie wolne, lecz wszyscy przyjmujemy to z wdzięcznością – nawet wyprawy z namiotu do kibla kończą się na tej wysokości zadyszką. Szczęśliwie pogoda się poprawia, po południu mamy dużo słońca, i wszystkie nasze wilgotne jeszcze części garderoby schną w oka mgnieniu.

Dzień 6: szczyt i krater

W końcu przyszedł dzień, na który, z pewnymi obawami, czekaliśmy od początku wyprawy. Wyruszamy o 5:20. Większość ekip wejście na szczyt rozpoczyna około północy, tak, by do celu dotrzeć przed południem i mieć czas na zejście większego kawałka w dół. Dla nas Hesbon zaordynował wejście dzienne, które jego zdaniem daje większe szanse powodzenia, tzn. mniejsze szanse, że któreś z nas odpadnie z powodu choroby wysokościowej, zimna i ogólnego zmęczenia.

Gdy ruszamy pod górę jest jeszcze zupełnie ciemno, ale w przeciągu godziny słońce wschodzi nad drugim co do wielkości szczytem Kilimandżaro, Mawenzi. Poza naszą trójką i dwoma przewodnikami idzie z nami jeden z tragarzy, Malete. Jego kurtka jest w strzępach, na łokciach są dziury niemal na wylot, wystają z nich fragmenty ocieplenia. Idziemy w szyku Hesbon, Magda, Ania, ja, Alex i Malete. Od pierwszego dnia idę za Anią, i przyzwyczaiłem się już, że widoki, które dane mi jest podziwiać zawierają głównie tyły jej butów, i od czasu do czasu, gdy podniosę głowę, Ani plecak – zielony Karrimor Sabre 35 Delta, który przez wiele lat wiernie mi służył jako codzienna torba.

Idziemy zakosami, w górę stromego zbocza prowadzącego do Gilman’s Point. Na tym odcinku mamy zyskać większość wysokości, około 700 metrów. Idziemy. Bardzo. Powoli. Co jakiś czas Magda żąda przerwy – wygląda na to, że wysokości daje jej w kość, od wczoraj mało je i choć jest jak zwykle pogodna, widać, że wchodzenie kosztuję ją bardzo wiele wysiłku. Ania też musi w przerwach łapać oddech, ja nie doświadczam żadnych nadzwyczajnych trudności – nie jest dużo gorzej niż na Teidzie. Wyprzedzamy siedemdziesięcioparoletnią panią, która z przewodnikiem wspina się w tempie znacznie wolniejszym, niż nasze. Kilka innych grup widzimy na stoku ponad nami.

Ice Fields

Dojście do Gilman’s point zajmuje nam sześć godzin, co jest podobno dobrym czasem. Na miejscu zasłużony odpoczynek, zdjęcia i Red Bull – nawet ja się skusiłem, w końcu okazja niecodzienna. Wokół śnieg, i objawia się pierwsza wtopa ze sprzętem: moje Ray Bany Aviatory nadają się może do paradowania po deptaku w kurorcie, ale nie na górskie lodowce. Przyciemnienie szkła jeszcze dałoby radę, ale duże przerwy na około przepuszczają tylko światła, że iść mogę tylko z mocno zmrużonymi oczyma. Ania się lepiej znalazła, bo wzięła gogle narciarskie. Magda ma okulary-wynalazek, które też zupełnie osłaniają z boków, tylko trzeba je co chwila wsuwać z powrotem na nos. Nic to jednak. Idziemy dalej, po płaskim, do Stella Point, czyli miejsca, gdzie kończy się stroma wspinaczka dla tych, którzy zdecydowali się na szlaki inne niż TK Lemosho lub Rongai.

Stella Point. Niby nic, szliśmy po płaskim, w sumie wciąż czuję się dobrze. Symboliczny postój, i ruszamy dalej.

Ze Stella Point jest jeszcze 150 metrów przewyższenia. Łagodne, bardzo łagodne wzniesienie, zaczyna stanowić coraz większą przeszkodę. Krok, oddech. Krok, oddech. Po lewej stronie pojawiają sie kaskady śniegu. Krok oddech. Nie jestem w stanie dotrzymać kroku reszcie grupy. Oddychanie staje się bolesne. Krok. Oddech. Oddech. Chyba nie powinienem iść dalej. Głupio tak, tuż przed szczytem. Jeszcze parę kroków. Jeszcze parę. Szczyt już w zasięgu wzroku. Ale jeszcze daleko. Jeszcze parę krokow.

Na szczycie ulga. Doszedłem. Doszliśmy. Pamiętam, że koniecznie chciałem zrobić fist bump z Magdą. Pamiętam, że Ania chciała zdjęcie z koszulką swojego klubu MMA. Ania i Magda zdają się być w lepszej formie niż ja. Ania szuka czegoś w jakiejś skrzynce. Dużo zdjęć. Czuję się szczęśliwy, nie wiem czemu. Płaczę z radości.

Przed nami jeszcze krater. Prowadzą tam dwie drogi: z powrotem przez Stella point, albo dalej na zachód, zboczem, po śniegu. Hesbon wybiera drugą opcję. Jest w dół, więc dużo łatwiej. Kopny śnieg, schodzimy po śladzie założonym przez Hesbona, Magda przedem, pewnie, Ania w środku, ja dalej, wciąż nie do końca kojarząc co i jak. W końcu znajdujemy się przy maleńkim obozie, kilka namiotów – to tu mieliśmy nocować. Pod skałą zatrzymujemy się na lancz, jest gorąca zupa z termosu i smażone ziemniaki. Nie mam na nie najmniejszej ochoty, ale wmuszam w siebie kubek zupy i plasterek ziemniaka. Z lodowca zostały maleńkie skrawki. Hesbon oferuje wejście na wewnętrzny stożek i obejrzenie ash pit. To jakieś sto metrów pod górę, nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie dam rady tam wejść. Szkoda, to tak blisko.

Wchodzimy na fragment lodowca. Schodzimy. Wracamy. Droga powrotna prowadzi znów przez Stella Point. Orientuję się, że jest mi zimno w głowę. Było mi zimno już przed szczytem, tylko niedotleniony mózg tego nie zarejestrował. Zmieniam kapelusz na ciepłą czapkę. Idziemy. Idę jak przez sen. Do Stella Point trzeba podejść pod górę. Po śniegu. Nie ma szans, nie dam rady.

Daję radę. Muszę dać, bo innej drogi nie ma. Na Stella Point jestem wykończony. Dalej już tylko w dół.

Pokonanie stromego zbocza ze Stella Point do Barafu Camp zajmuje name dobre trzy godziny. Schodzi się po piargach, wśród wulkanicznego pyłu, który osiada na wszystkich częściach garderoby i dodatkowo utrudnia i tak niełatwe oddychanie. Nie mogłem się doczekać obozu: czułem się fatalnie i byłem przekonany, że się poważnie rozchorowałem. W obozie zmusiłem się do miseczki zupy, połknąłem dwa paracetamole, i tak ja stałem, w ocieplających warstwach i bieliźnie ze szczytu, wpakowałem się do śpiwora na dziesięć godzin twardego snu.

Dni 7-8: zejście

Na ogół niewiele się mówi o zejściu z góry. W programie większości treków szczyt zdobywa się rano, po czym schodzi się przez cały dzień kawał drogi do jednego z obozów na szlaku Mweka. Niektórzy nawet decydują się na zejście do bramy w jeden dzień. Nie wiem jak to robią, ja poprzedniego dnia byłem tak wykończony, że samo dotarcie do Barafu uznałem za nie lada wyczyn.

Rano dnia siódmego czułem się już zupełnie dobrze. Reakcja organizmu na wysokość była dość spektakularna, ale i krótkotrwała. Interesujące, że do Gilman’s trzymałem się zupełnie nieźle, podczas gdy dziewczyny miały problemy, za to za Stellą trafiłem na ścianę, podczas gdy Ania z Magdą szły dalej i wydawały się radzić sobie lepiej niż ja. Przypuszczam też, że choć po zejściu miałem wrażenie, że już ani kroku więcej nie będę w stanie zrobić, to gdyby było trzeba mógłbym schodzić jeszcze godzinę. To tak jak z robieniem pompek: jak się postanowi, że się robi dwadzieścia, to przy dwudziestej ma się poczucie, że akurat na tyle było sił, i więcej nie da się zrobić. Jak się zaplanuje trzydzieści, to się zrobi trzydzieści.

Na zejście z Barafu do bramy Mweka mamy dwa dni, czyli mnóstwo czasu, zważywszy, że samego schodzenia jest może z sześć godzin. Uważa się, że schodzenie to masakra dla kolan, mi z kijami idzie się dobrze, amortyzuję stopnie w dół opuszczając się na rękach, i szybkiego dość schodzenia nie odczuwam bardziej niż wcześniejszej powolnej wspinaczki.

Last of Kibo

Sprawą która nas w największej mierze zaprzątała przez ostatnie trzy godziny zejścia z zatłoczonego obozu Mweka do bramy o tej samej nazwie były napiwki dla ekipy. Standardem na Kilimandżaro jest, że każdy ze wspinających wręcza swojemu zespołowi napiwek w wysokości 10-15% kwoty, którą zapłacił za wycieczkę. Początkowo zakładaliśmy, że będziemy się trzymali raczej dolnej granicy tego przedziału, jednak po tygodniu z ekipą byliśmy pod takim wrażeniem ich ciężkiej pracy, profesjonalizmu i przyjaznego nastawienia, że postanowiliśmy zwiększyć pulę o 1/3. Większym problemem okazał się podział całej kwoty pomiędzy siedemnastu członków załogi. Było to o tyle skomplikowane, że poza 8 szeregowymi tragarzami, pozostałych dziewięciu miało specjalne funkcje, które powinny być stosownie premiowane. Szczegóły podziału napiwków przemyśliwaliśmy od wieczora dnia siódmego aż do bramy Mweka, i ostatecznie zdecydowaliśmy się na następujące proporcje:

główny przewodnik 12.50%
zastępca przewodnika 9.58%
kucharz 7.50%
tragarz szczytowy 5.83%
tragarz toalety 5.83%
kelner 5.83%
zastępca kucharza 5.42%
pomywacz 5.42%
namiotowy 5.42%
tragarz (x8) 4.58%

Koniec końców wszyscy wydawali się zadowoleni, Hesbon nawet wspomniał o hojnych napiwkach w podsumowaniu treku.

Przy bramie Mweka sporo turystów, większość w kolejce po odbiór certyfikatów zdobycia szczytu. Hesbon załatwił nasze poza kolejnością, musieliśmy pójść do jakiegoś kantorku i wpisać się do księgi, po czym dostaliśmy certyfikaty in blanco. Na koniec jeszcze tylko lancz w knajpie w Moshi z wierchuszką ekipy – Hesbon, Alex oraz Baraka, kucharz – po czym odstawieni zostajemy do naszej kwatery w Arusha, skąd następnego dnia Magda leci do Berlina zaś my z Anią ruszamy na safari.

* * *

Skąd się w ogóle wziął ten wyjazd? Najpierw chyba był jakiś Top Gear Special, w którym jeździli na około Jeziora Wiktorii w poszukiwaniu źródeł Nilu. Stąd zrodził się pomysł kilkutygodniowego backpackingu po Kenii, Ugandzie, Rwandzie i Tanzanii. W trakcie researchu atrakcji regionu natknąłem się na Kilimandżaro. Kolega kiedyś tam był i polecał. Rozważałem opcję, w której pójdę na pięciodniowy trek, a Ania w tym czasie porobi sobie coś innego, po czym pojedziemy dalej w Afrykę. Stopniowo, jak czytałem coraz więcej na ten temat, Kilimandżaro wyszło na plan pierwszy, a reszta wałęsania się gdzieś znikła.

Jednym z moich pierwszych pytań do kolegi, który wiele lat temu zdobył szczyt, było: czy trzeba brać tę całą ekipę? Czy da się wejść samemu? Podobnie, gdy zacząłem na poważnie zabierać się do organizowania treku, jeden z potencjalnych uczestników wycofał się, bowiem nie uśmiechała mu sie perspektywa, że jego manatki będzie na górę wnosił ktoś wynajęty. Jak to więc jest – można samemu, czy nie?

Zupełnie samemu, bez przewodnika, nie da się legalnie wejść. Przepisy parku narodowego wymagają, żeby wszyscy wspinacze wchodzili w grupach zorganizowanych przez licencjonowane firmy turystyczne i pod kierunkiem przewodnika z odpowiednimi uprawnieniami. Jest natomiast możliwość targania całego sprzętu samemu – TK oferuje tego rodzaju treki w swojej serii “superlite”. Jestem to nawet sobie w stanie wyobrazić: wejście do base campu nie było specjalnie forsowne, taki dłuugi spacer, więc gdybym niósł zamiast dziesięciu kilo w day packu dwadzieścia w dużym plecaku, też dałoby pewnie radę. Pożegnać by się wtedy trzeba było z wygodami takimi jak przestronny namiot i gorące posiłki – prowiant pewnie trzeba by było brać suchy i superenergetyczny. Trudno powiedzieć, na ile regularne i obfite posiłki pomogły nam w zdobyciu szczytu, prawdopodobnie odegrały istotną rolę, tak, że być może zbyt optymistycznie podchodzę do kwestii wchodzenia bez wsparcia – ale nie wydaje się to zupełnie niemożliwe.

Inna sprawa, że z perspektywy tej wycieczki rezygnacja z tragarzy wydaje mi się podwójnie słabym pomysłem: nie dość, że samemu się bardziej zmęczysz i zmniejszysz swoje szanse na zdobycie szczytu, to jeszcze pozbawisz grupę Arushan i Moshitów jednej z niewielu możliwości godziwego zarobku. Z punktu widzenia zachodniego turysty tragarze mają bardzo nędzne warunki, sprzęt w złym stanie (choć legendarnych rozpadających się tenisówek nie zauważyłem) i w ogóle jest wyzysk; realia tanzańskie są jednak takie, że każda okazja do zarobienia kilkudziesięciu dolarów to dla nich dar niebios, i uważam, że w miarę naszych możliwości powinniśmy dawać tragarzom zatrudnienie.

Inna kwestia, która może trochę od Kili odstręczać, to fakt, że wchodzenie na tę górę to wielki przemysł, rozrywka masowa – średnio ponad setka turystów dziennie staje na szczycie. Łącznie z kilkakrotnie bardziej licznymi grupami wspierającymi stanowi to taki tłum, że nawet w najwyższych partiach góry woda musi być chemicznie odkażana, ze względu na zagrożenie bakteriami z ludzkich odchodów. Szczęśliwie, spragnieni bardziej unikalnych przygód górskich w najbliższej okolice Kilimandżaro znajdą znacznie mniej popularne wyzwanie: Meru. To spektakularny wulkan górujący nad Arushą, stożek o wysokości ponad 4.5 kilometra. Hesbon twierdzi, że wejść tam trudniej niż na Kili, bo jest bardziej stromo, i że turyści wchodzący na Meru w ramach aklimatyzacji przez Kilimandżaro często nie wiedzą w co się pakują – wielu z nich rezygnuje z Kili po zdobyciu Meru.

Ja tam nie żałuję. Było pięknie. Było mokro. Było ciężko. Ale przede wszystkim strasznie fajnie było wejść na ten szczyt z naszą ekipą, z Anią, no i z Magdą, której humor i pozytywne nastawienie sprawiły, że nawet w najtrudniejszych momentach wspinanie się było frajdą.

6/2/2016