Przyroda i arystokracja

W zeszłym roku Z. wpadła na pomysł, żeby kupić samochód i robić sobie długoweekendowe wypady do parków narodowych. No więc kupiłem, trzynastoletniego Forda StreetKa, któremu po pięciu minutach jazdy wystrzeliła uszczelka z pod głowicy, tak że później bałem się nim jechać dalej niż 10 mil, i ostatecznie sprzedałem go dwóm Rumunom za 300 funtów. Do parków tym niemniej jeździmy, wynajętymi autami, co ma same prawie zalety: wychodzi taniej, samochody są nowiutkie, i można sobie zrobić testy jak się z różnymi autami żyje. Ostatnio dostaliśmy Mini Cooper Countryman w kolorze kremowym, śliczny samochód z dwuskrzydłowymi drzwiami z tyłu i przydającymi retro-uroku owalnymi detalami. Wszystko to trochę przerost formy nad treścią, którego kulminacją jest podświetlenie wielkiej, okrągłej konsoli centralnej, z kolorem zmieniającym się w zależności od aktualnej funkcji wyświetlacza oraz humoru autka. Choć jeździło się nim nawet nieźle, nie kupiłbym sobie takiego – może i urodziwy, ale mało ekonomiczny, Prius wciąż jest dla mnie na topie.

* * *

Wyjazd ten dostałem w prezencie urodzinowym od Z., ona pozałatwiała zakwaterowanie i wymyśliła co kiedy robimy. W odróżnieniu od poprzednich wyjazdów do parków narodowych, które składały się w głównej mierze z forsownych marszów przez mokradła, w Sout Downs skupiliśmy się w większej mierze na dzedzictwie kulturowym i okazach przyrodniczych. Niektóre z atrakcji okazały się nadspodziewanie efektowne. Chronologicznie:

Kaplica w Lancing College ma najwyższe w Anglii sklepienie. Gdyby nie to, że jest mało zabrudzona i że główne wrota wciąż są w budowie, nie zorientowałbym się, że to wiktoriańskie neo, a nie oryginalny gotyk. Efektowny obiekt, można go obejrzeć w 15 minut i jechać dalej. Sam koledż jest bardzo ładnie położony na wzgórzu i idealnie pasuje do stereotypu prestiżowej, prywatnej szkoły średniej z internatem, ale poza kaplicą nie ma w nim nic do zwiedzania.

Tulip Wall Zamek w Arundel to siedziba księcia Norfolk (skoro Norfolk, to czemu siedzi w West Sussex?), jego najstarsza część pochodzi z XI wieku, z czasów normańskich, zaś najnowsza jest wiktoriańska. Budynek jest okazały – na obejrzenie części otwartej dla zwiedzających warto poświęcić z półtorej godziny – a widoki z murów jak z bajki: zabytkowe miasteczko, w oddali wijąca się zakolami wśród zielonych wzgórz rzeka – po prostu idylla. Większą jeszcze atrakcją okazały się otaczające zamek ogrody, a w szczególności część położona w sąsiedztwie katedry, gdzie twórczo zakomponowane palmy, żywopłoty i łany tulipanów zrobiły na nas obojgu duże wrażenie. Chyba najciekawsze miejsce jakie odwiedziliśmy podczas tego wyjazdu.

W mieszczącym się na mokradłach rezerwacie ptaków Pullborough Brooks widzieliśmy pisklaka sowy – ledwo co, bo ukryty był w koronie drzewa – oraz dzięcioła zielonego. Był akurat sezon na słowiki, ale myśmy żadnego ani nie widzieli, ani nie słyszeli. W rozmieszczonych co kilkaset metrów kryjówkach do obserwacji ptaków można spokojnie spędzić z pół dnia, wpatrując się w łąki i wypatrując przez lornetkę (można wypożyczyć za £3) ciekawych okazów.

Petworth House jest, podobnie jak zamek w Arundel, posiadłością jakiegoś arystokratycznego rodu. Miejsce jest znane z dużej kolekcji pejzarzy Turnera, z których część została stowrzona jako część całościowego projektu wystroju sal pałacowych. Warta obejrzenia jest też wielka klatka schodowa, klasycystycznie wymalowana od podłogi do sufitu. Z. przyciągnęła tu wystawa o Elizabeth Illive, malżonce pana tej posiadłości, która uznawana była za niezwykle inteligentną – dostała między innymi medal królewskiego towarzystwa technicznego za ulepszoną wersję dźwigni do podnoszenia głazów w kamieniołomach. Wystawa składała się z jednej salki, w której umieszczono kilka plansz z biografią pani Illive oraz rekonstrukcję laboratorium, która owa zaradna kobieta zbudowała w celu prowadzenia eksperymentów nad wartością odżywczą ziemniaków.

Największą atrakcją sąsiadującego z Petworth House Petworth Deer Park nie są wcale jelonki, których setka przynajmniej pasie się na rozległych łąkach w centrum parku, lecz wiekowe drzewa – dęby i kasztany jadalne. Najstarszy dąb ma około tysiąca lat, jest bardzo gruby i wygląda na całkiem żywy. Na stronie National Trust znaleźć można opis trasy przechodzącej obok wszystkich godnych uwagi drzew, warto zarezerwować sobie na nią około dwóch godzin.

Tuż obok Brighton leży polodowcowa dolinka Devil’s Dyke. Ze szczytu wzgórza, gdzie mieści się spory parking i skąd rozciąga się piękna perspektywa South Downs, zaczyna się szereg tras. Najdłuższa pętla zajmuje około dwóch godzin, w połowie drogi odpocząć można w kawiarence na zabytkowej farmie. Dolinka jeste efektowna, o trawiastych zboczach i regularnym profilu litery “v”.

The Pavillon Brighton Pavillon to kuriozalny pałac, zlepek kolonialnych, indyjsko-chińskich inspiracji, pokazujący jak Europejczycy z początku XIX wieku wyobrażali sobie orient. Kazał go sobie wybudować książę regent Jerzy, żeby spędzać czas nad morzem i mieć gdzie ukrywać swoje rosnące brzucho. Gdy tron przejęła królowa Wiktoria, pawilon nie przypadł jej do gustu, bowiem pospólstwo miało do niego zbyt łatwy dostep – pałac mieści się na miejskim skwerze, w otoczeniu kamienic – a na domiar złego morza z niego nie widać, pomimo że odległe jest o raptem 200 metrów. Wyprowadziła się więc do zamku w Windsor, zaś pawilon sprzedała miastu Brighton, które używało go do celów reprezentacyjnych, jako szpitala podczas Pierwszej Wojny Światowej, a kilkadziesiąt lat temu zaczęło go restaurować i udostępniać zwiedzającym. Kicz to czy geniusz trudno powiedzieć, ale zobaczyć trzeba.

* * *

Jak widać, w cztery dni zaliczyliśmy sporo interesujących wycieczek, a i tak nie wymieniłem wszystkich – bardzo udany był to wyjazd, słowa uznania należą się Z. za plan i realizację. Co jeszcze? Nasza kwatera w King’s Arms w Fernhurst przyjemna, choć trochę słychać było przebiegającą obok A286. Na miejscu jedzenie pubowe (befsztyk bardzo smaczny) oraz, tuż obok, hinduska restauracja Banyan, curry bez rewelacji, ale w zupełnie jadalne (jak zwykle zamówiliśmy zbyt dużo). Inne przetestowane przez nas jadłodajnie to Angel Inn w Petworth – kuchnia trochę z ambicjami, ale nie nadmiernie wyszukana, dobrze wcelowali, moim zdaniem – oraz Robin Hood Inn w Rowland’s Castle – przyzwoity standard na lancz. W Brighton jedliśmy w wegetariańskim Food for Friends, dość efekciarskie, niby dużo różnych rzeczy na talerzu, ale bogactwem smaków nie mogło się równać z mistrzowskimi, wyrafinowanymi kompozycjami londyńskiego Vanilla Black. Aby dotrzeć do centrum Brighton odstaliśmy 30 minut w koszmarnym korku – warto o tym następnym razem pamiętać wybierając się nad morze w gorący, weekendowy dzień, i jakoś inaczej planować transport.

* * *

North Dominion

16/05/2018