Robale z Wharfedale

W Yorkshire Dales byliśmy po raz pierwszy. Obawiałem się, że na północy Anglii pogoda może nie dopisać, ale weekend wielkanocny był słoneczny i bardzo ciepły również tam; do tego stopnia, że Z się przegrzewała, i musieliśmy robić dłuższe postoje w cieniu.

Pętla z Kettlewell

Mieszkaliśmy w Kettlewell. Myślałem, żeby w sobotę rano wstać wcześnie, pojechać do Ribblesdale, zaparkować gdzieś i z tamtąd zrobić pętlę przez największą górę regionu, Pen-y-ghent, ale szczęśliwie poszedłem do rozum do głowy i zdecydowałem jednak przejść się po Wharfedale. Do Ribblesdale jechałoby się z godzinę w jedną stronę, potem pewnie nie byłoby nigdzie miejsc parkingowych, a na trasie do Pen-y-ghent byłyby tłumy. W Wharfedale natomiast cicho i spokojnie, ładna trasa grzbietem po wschodniej stronie doliny. Po drodze na Buckden Pike jest monument upamiętniający bombowiec który się tam rozbił podczas drugiej wojny światowej. Pilotowali go Polacy, w katastrofie zginęli wszyscy poza jednym, któremu udało się później dotrzeć do wsi w dolinie.

Słońce grzało, co niezbyt odpowiadało Z, a jak usiedliśmy w cieniu murka po 20 minutach namierzyły nas owady – takie małe żuczki, których tysiące zaczęły wokół nas krążyć i nas obłazić. Mi to zbytnio nie przeszkadzało, bo nie gryzły, ale Z była negatywnie do tej sprawy nastawiona, tak że pospiesznie zakończyliśmy wypoczynek, a później jak tylko wiatr przestawał wiać i robale się zbierały, maszerowaliśmy żwawo aby utrudnić im lądowanie.

W Buckden chcieliśmy pójść do West Winds Tearooms, ale były zamknięte, więc wylądowaliśmy w pustym prawie pubie Buck Inn. Wróciliśmy dnem doliny, wzdłóż rzeki Wharfe, pod koniec wchodząc jeszcze na wzgórze i schodząc kamienistą drogą służącą kiedyś jako dojazd do kamieniołomu. Miałem też w zanadrzu dłuższą opcję, na którą nie starczyło nam czasu: z Buckden przez Birks Fell do Litton, później kawałek w dół Littondale do Arncliffe, a potem z powrotem przez grzbiet do Kettlewell.

Malham Cove i Gordale Scar

Atrakcji nie odpuściłem do końca, bo drugą planowaną trasę przez okoliczne hity zrobiliśmy w niedzielę. Zobaczyliśmy Malham Cove i Gordale Scar, oba spektakularne, ale najbardziej chyba jestem zadowolony ze obranego szlaku: start i meta na parkingu przy Malham Tarn. Tak Cove jak i Scar są łatwo dostępne dla spacerowiczów z wioski Malham, tak że przy nich, i na szlaku pomiędzy, był dziki tłum, natomiast na większości naszej trasy, na północ od tych dwóch punktów, przepiękne ścieżki wąwozami lub łąkami, i prawie nikogo. Po drodze można też zobaczyć ładny wodospad Janet’s Foss, ale o tym zapomniałem jak szliśmy.

W ramach tej wycieczki można też obejść zbiornik wodny Malham Tarn, ale myśmy z tego zrezygnowali, bo chcieliśmy jeszcze tego dnia obskoczyć prywatne wodospady w Ingleton. To było trochę nieporozumienie, bo wodospady owszem, bardzo piękne, ale tego dnia oblężone przez turystów w stopniu nieznośnym, do tego części odwiedzających brakowało kultury osobistej, co przejawiało się w paleniu papierosów an szlaku. Pewnie warto to odwiedzić, bo na przykład wodospad Thornton Force prezentuje się bardzo pięknie, ale jakoś poza sezonem, w dołku popularności. Teraz była długa kolejka żeby wejść na półkę za wodospadem.

York

York prezentuje się bardzo sympatycznie, na ile przez trzy godziny byliśmy w stanie ocenić. Czasu starczyło nam na lancz na Shambles Market (rewelacyjny kurczak po persku w Los Moros), zwiedzenie York Minster i kawę w kawiarni Mad Hatter, nad sklepem z pluszakami. Minster to ogromna katedra, lecz jej rozmiarów nie byliśmy w stanie w pełni docenić, bowiem tuż za transeptem stanęło rusztowanie zasłaniające tak z jedną trzecią długości. Wdrapaliśmy się na wieżę, bardzo fajne widoki na York. W podziemiach jest wystawa o historii katedry i archeologii okolic. Można też zobaczyć końcówki dziesiątek prętów zbrojeniowych które trzymają ten kościół w kupie – w latach 50 XX w. okazało się, że może się zaraz zawalić, bo fundamenty mają problem z utrzymaniem ciężaru całej struktury.

King’s Head w Kettlewell

Słowo uznania należy się pubowi w którym mieszkaliśmy, i to nie akurat za warunki zakwaterowania – nasz pokój był malutki, z oknem wychodzącym na wylot kuchennego wentylatora – lecz za jedzenie. Tu mówię głównie za siebie, bo odkąd Z przerzuciła się na weganizm, sprawą numer jeden jest żeby nie było produktów zwierzęcych, a walory smakowe schodzą na dalszy plan; tym niemniej jej śniadaniowe tosty z awokado i kolacyjne risotto z grzybami wyglądały bardzo apetycznie. W moim przypadku natomiast tak śniadania jak i kolacja (tylko raz jednliśmy ją w King’s Head) były znakomite. Na śniadanie raz wziąłem full English, i było bardzo dobre, choć bez rewelacji, natomiast kolejnym razem zamówiłęm breakfast classics, czyli owsiankę, a potem jajka w koszulce i wędzony plamiak (coś w stylu dorsza) w sosie holenderskim. Danie takie samo w sobie to nic specjalnego, wszystko to kwestia wykonania – tu było pierwsza klasa, i podane też w bardzo atrakcyjny sposób. Na kolację zjadłem zrazy z bażanta zawinięte w pancettę. Ten bażant przyszedł mi do głowy jak jeździłem po dolinach i co kilkadziesiąt metrów widziałem takiego ptaka w postaci rozpłaszczonej na drodze. Mięso, prawdę mówiąc, niezbyt ciekawe, natomiast wszystkie dodatki i sposób podania zrobiły z tego super danie. Ale i tak hitem wieczoru było wino: libańskie Chateau Musar z 2007 roku. Wybitne. Nawet sześć przegranych z rzedu partii Magica nie zepsuło mi po tym humoru.

Zdjęcia dostępne po kliknięciu w obrazek poniżej.

Lower Wharfedale

28/04/2019