Stolica Europy

img_0053

Z Brukseli pamiętam koronkowy Grote Markt i kupę restauracji zachęcających apetycznymi menu. Zawitałem tu w 2001 roku, na InterRailu, z miesięcznym budżetem w wysokości 500 złotych. Byłem w tym czasie zafascynowany Gryphonem, i gdy czwartego dnia po wyjeździe z Warszawy mieliśmy krótki postój w Hamburgu, zaopatrzyłem się w szałamaję. Przez resztę podróży bezskutecznie próbowałem wydobyć z niej jakiś dźwięk, aż w końcu stroik się rozsechł, i tyle było zabawy. Skutek tego zakupu był taki, że w Brukseli, podczas gdy Mierniczy z Młodożeńcem zajadali się risotto (to chyba była najtańsza pozycja w menu jednej z knajp przy Korte Beenhouwersstraat), ja mogłem się tylko z zazdrością przyglądać.

W dalszej części podróży żywiłem się głównie masą czekoladowo-orzechową i zakupionymi okazyjnie w dublińskim Aldim baked beans w puszce. Dzięki w ten sposób zaoszczędzonym funduszom nabyłem w Genewie kolejny suwenir z wycieczki: scyzoryk Victorinox Workchamp. Ten przedmiot też ma związek z obecnym wyjazdem: mianowicie, scyzoryk ów służył mi wiernie przez dziesięć lat, aż w końcu zostawiłem go na stole w Khao Yai. Stratę tę powetowałem sobie niedługo później, kupując identyczny nóż przy okazji wizyty w Zurychu. Przez kolejne półtora roku nie rozstawałem się z nim, aż tym razem, na bramce kontrolnej przy wejściu do pociągu Eurostar relacji Londyn – Bruksela, zarekwirowano mi go, argumentując, że noże z blokowanym ostrzem są w Wielkiej Brytanii nielegalne.

* * *

Tym razem budżet nas aż tak nie ogranicza, stołujemy się więc w Białej Róży przy Grote Markt gdzie w antycznych wnętrzach, przy sztucznym kominku sycimy się zupą cebulową i bitkami wołowymi po flamandzku. W etiopskim Toukoul koło kościoła Jana Chrzciciela usyfiamy się po łokcie sosem awaze, wcinając wołowinę na ostro i cielęcinę na łagodnie bez użycia sztućców, pomagając sobie tylko urwanymi fragmentami naleśnika. W Loli przy placu Sablon dają takie scampi z jajkiem sadzonym, że moja uprzednia niechęć do tego owocu morza przeistacza się w entuzjazm. W Aux Armes de Bruxelles – jedynej ponoć przyzwoitej knajpie przy najeżonej marnej jakości restauracjami dla turystów Beenhouwersstraat – homar na zimno i cielęcina. Gdzie się nie obrócić, można dobrze zjeść. Tylko wybór deserów – biorąc pod uwagę opinię, jaką cieszy się belgijska czekolada – nieco rozczarowuje; najlepiej pozostać przy gofrach.

Co jednak, jeśli fizjologiczne ograniczenia nie pozwalają nam na pakowanie w siebie kolejnych przysmaków przez cały dzień? Można popić piwem. Jak wiadomo, Belgia słynie z piw, a smaku tutejszych Blonds i trapistowskich Dubbels nie da się pomylić z niczym innym. W Moeder Lambic przy placu Fontainas, można spróbować kilkudziesięciu, o których się wcześniej nie słyszało – nie żadne Leffe, Chimay, czy Grimbergeny, ale Brasserie de la Senne i De Ranke. Szczęśliwie napoje podzielone są na kategorie jasne/ciemne, łagodne/gorzkie, tak, że mimo nieznajomości nazw, z wyborem nie powinno być problemu. Dla prawdziwych konserów jest lokalna specjalność, czyli piwa dziko fermentowane m.in. z rodziny Gueuze; nie-konserom nie polecamy, bo są dość kwaśne i mało chmielowe. Prócz Moeder Lambic, w centrum odwiedzić warto też Mort Subite, którego wystrój pozostaje niezmieniony od wczesnych lat XX wieku. Miłośnicy klimatycznych wnętrz zawitać też mogą do Fallstaffa koło giełdy, podobno pięknego przykładu secesji, gdzie można jeszcze dogłębniej poczuć ducha fin de siècle z racji tego, że nie przyjmują kart.

Co jednak, jeśli i piwa więcej w siebie nie wlejemy? Można się dla odmiany ukulturalnić, zapoznając z klasyką surrealizmu. Zaczynamy od Zaandstraat, gdzie po dotarciu na szczyt schodów oczom naszym ukazjuje się zrujnowany biurowiec z powybijanymi szybami i wystający zza jakiejś dziwnej skarpy cokół kolumny kongresowej – symbolu niepodległej Belgii. Dalej na południe bulwarem Berlaimontlaan, mijamy biurowiec z lustrzaną fasadą pod którym wyro z kartonowych pudeł i worków na śmieci sklecił sobie kloszard. Po tej rozgrzewce gotowi jesteśmy na danie główne, czyli zapoznanie z twórczością René Magritte’a. W galerii przy placu królewskim co prawda płonącej tuby nie ma (jest tylko ugaszona), faceta zasłoniętego jabłkiem też poza muzealnym sklepem nie przyuważyłem, za to sporo jest metalowych kulek ze szczelinmi i trochę fajek-niefajek. Jako że nabyliśmy bilet kombi, zaglądamy też do sąsiedniej galerii, gdzie w salce na piętrze zobaczyć można fajny obraz Pietera Breugela młodszego, “Spis w Betlejem”. Na ścianie obok wisi coś, co początkowow wygląda na marną kopię, a okazuje się oryginałem autorstwa Pietera starszego.

Co jednak, jeśli zachwyt sztuką nie wypełni nam całego w Brukseli pobytu? Pozostają tradycyjne spacery. Warto zaopatrzyć się w mapkę rozprowadzaną przez Useit, która proponuje kilka niezbyt długich tras i oferuje garść pożytecznych wskazówek. W północnej części centrum spacerujemy po biznesowej dzielnicy nowoczesnych biurowców, która murem nasypu kolejowego i bramą Gare du Nord odgrodzona jest od uliczek pełnych zamtuzów. Na południu, przy głównym bulwarze miasta, sklepy rybne i pralnie. Okolicje Gare du Midi przywodzą na myśl warszawski Dworzec Centralny, z arteriami komunikacyjnymi, rozległymi parkingami i ogólnym brakiem uroku. Z tamtąd przejść można kawałek ulicą Stalingradzką a następnie zapuścić się w uliczki Marolles. Na placu gry w piłkę w niedzielę odbywa się pchli targ. Stąd są dwa kroki do Pałacu Sprawiedliwości – monumentalnej budowli, która, jak większość centrum Brukseli, lata świetności ma już za sobą. Na wschodzie jest dzielnica europejska, z unijnym parlamentem i gigantycznym budynkiem Komisji Europejskiej, a także biednymi osiedlami imigranckimi. Nieco dalej na wschód mieści się park jubileuszowy, gdzie odwiedzić można dwa duże gabarytowo muzea: samochodów i wojska. Muzeum samochodów to po prostu hala z masą eksponatów – można sobie obejrzeć, ale nie opowiada żadnej historii i nie angażuje zwiedzających. Podobny anachronizm zaobserwować można i w innych brukselskich muzeach: cenione muzeum instrumentøw muzycznych (MIM) daje co prawda słuchawki, które przy gablotach odgrywają dźwięki oglądanych instrumentów, ale narracji brak, i po krótkim czasie wizyta się nuży. Nawet muzeum komiksu, choć ekspozycję rozpoczyna fajnie, od kontekstu historycznego, wkrótce rozdrabnia się na dziesiątki szpalt pelnych obrazków, które mija się bez specjalnego zainteresowania.

* * *

Bruksela – za wyjątkiem Grote Markt i przyległości – nie jest miastem specjalnie pięknym, a listopadowo-grudniowa aura, między mgłą a deszczem ze śniegiem, nie przysparza jej uroku. Cztery dni w zupełności wystrczają na zwiedzenie centrum. Trudno przy tym oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie instytucje Unii, miasto to byłoby głęboką europejską prowincją, pozostającą nawet w lokalnym cieniu Brugii, Antwerpii czy Gandawy. Podziwiać je najlepiej przez szyby dobrej restauracji, znad szklanki mocnego, ciemnego piwa, którego nazwy nigdy wcześniej się nie słyszało.