Surfing, oraz inne zabawy na deszczowe dni

Muszość spowodowała, że wyruszyłem w tę podróż niezbyt przygotowany. Zapisałem się byłem bowiem na dwa kursy online, wymyśliłem też, że wystąpię na pewnej konferencji, słuchanie wykładów, rozwiązywanie zadań domowych oraz przygotowywanie wystąpienia nie pozostawiło już czasu na nic innego. Mógłbym sobie zapewne odpuścić przynajmniej część tych wykładów i zadań, lecz muszość nie pozwoliła. Tak więc w samolocie do Las Palmas znalazłem się z niezbyt komfortowym poczuciem, że nawet nie potrafię po hiszpańsku zapytać gdzie jest kibel.

Gran Canaria przywitała nas kolejką do okienka wypożyczalni samochodów Goldcar, która może i nie była bardzo długa, ale przesuwała się w tak ślimaczym tempie, że zapowiadało się z półtorej godziny czekania. W sytuacji tej wykazaliśmy się rzadką u nas zaradnością, i dostrzegłszy przez szybę biura, że z przeciwnej strony kantorka też są stanowiska wydawania samochodów, i kolejki do nich są znacznie krótsze, odnaleźliśmy ową drugą stronę (trzeba było wyjść z hali odbioru bagażu na halę przylotów) i samochód dostaliśmy za minut dwadzieścia, zamiast za godzinę dwadzieścia. Miało być Mini One, jest Audi A1 – to niemieckie, to niemieckie, to ma jedynkę w nazwie, to ma jedynkę w nazwie, jeden pies, niech będzie.

Na pierwsze dwie noce Ania załatwiła nam pokój na obrzeżach Maspalomas przez AirBnb. Eduardo, nasz gospodarz, jest miły, tylko nie idzie się z nim dogadać po angielsku. Niewątpliwą zaletą naszej lokalizacji jest bliskość licznych knajpek, w których zdają się stołować również miejscowi, nie tylko turyści. Tanzlokal Pożywiamy się tapasem i zimną Rioją (tak się ją podobno w Hiszpanii pija) i wyruszamy na spacer przez Playa del Inglés. Na naszej trasie życie nocne ogranicza się do licznych, lecz dość pustych barów serwujących piwo w irlandzkim bądź teutońskim anturażu. Późnowieczornego wychodzenia życia na ulice, charakterystycznego, dla krajów śródziemnomorskich, tu nie ma – mieszkańcy hoteli i apartamentowców z których składa się kurort to raczej europejczycy z północy. Turyści odwiedzający Playa de Inglés najwyraźniej lubią czuć się swojsko ale nie stronią też od odrobiny europejsko-śródziemnomorskiej egzotyki, stąd urocze knajpki pod nazwą “Mr. Greek” serwujące piwo Bavaria prosto z Holandii. Bardziej konserwatywni przyjezdni mogą skorzystać z ofert barów i restauracji oferujących wyłącznie menu skandynawskie lub niemieckie. Wyobraźcie sobie, proszę, wsuwanie na kolację flaków i schabowego w “Chłopskim jadle” po dniu spędzonym na plaży w Maspalomas. Tak lubią się relaksować europejscy emeryci.

Wycieczka na plażę. Z reguły zbieranie się, wyszukiwanie odpowiedniej plaży, parkowanie itp. zajmuje cały dzień, z tego siedzenia w morzu jest może kwadrans. Jedziemy malowniczą drogą GC-500 z Playa de Mogán, która okazała się mikroskopijna i zatłoczona. Już po kilku kilometrach napotykamy Playa de Tritaña, która z racji trudnego dostępu jest prawie zupełnie pusta. Wiedzie na nią kilkusetmetrowej długości ścieżka wśród ostrych jak pumeks wulkanicznych skał. Sama plaża pokryta jest szarym piaskiem. Po piętnastu minutach pluskania się robimy sobie jeszcze spacer półką skalną wzdłuż klifu i zbieramy się w drogę powrotną.

Na marginesie: zwrócono mi kiedyś uwagę, po relacji z Islandii bodajże, iż moje podróżnicze wpisy są dość negatywne i sugerują, że wycieczki nasze nie są udane. Od osobistych moich odczuć abstrahując, uważam, że takie przedstawianie faktów ma swoje zalety. Jak to jest na wakacjach pięknie i wspaniale naczytać się można do znudzenia w folderach reklamowych i innych tekstach, które zachęcać mają do podróżowania. Mój cel jest inny: pokazać, jak było faktycznie, a także zmoderować nieco te nakręcone do granic realizmu oczekiwania. Foldery i przewodniki roztaczają rajskie wizje, a tu nagle albo spadnie deszcz, albo nie trafimy z knajpą, i od razu tragedia, urlop do bani, trzeba było siedzieć w domu a nie tłuc się przez pół świata. Przypominanie o niedoskonałościach, potknięciach, niesprzyjających okolicznościach niech stanowi antidotum na przerost oczekiwań, aby byle drobiazg nie zdusił w nas radości z wyprawy w nieznane.

Ania wynalazła gdzieś, że na Gran Canaria są darmowe campingi. Miejsca na nich rezerwować trzeba z trzydniowym wyprzedzeniem przez stronę lub telefon a papiery odebrać osobiście w urzędzie w Las Palmas. Trochę to kłopotliwe, bo do Las Palmas akurat nie mieliśmy żadnego interesu, ale papier być musi. Trzeba było się wylegitymować, podpisać jakieś druki po hiszpańsku, miła pani urzędniczka przystawiła wielką pieczęć, i już mogliśmy legalnie nocować. Chcieliśmy dwa noclegi w Tamadaba i jeden w Presa de las Niñas, z jakiegoś powodu zamiast Tamadaba dali nam Artenara (to był nasz drugi wybór). Montaña de Artenara to wielka góra (1455 m n.p.m.) a camping jest przy samym szczycie, co komplikowało nasz plan nocowania w pobliżu samochodu – nasz główny bagaż nie nadaje się do przenoszenia na duże dystanse. Spróbowaliśmy podjechać trochę drogą gruntową, pojazd nasz nie był jednak do takich warunków przystosowany.

Audi A1 z silnikiem 1.2 TFSI to rzęch jakich mało. Na miejscu firmy Audi wstydziłbym się nalepiać mój prestiżowy znaczek na to pudło. Nie dość, że przyspiesza wyłącznie w bardzo specyficznym zakresie obrotów, gdzieś między 2321 a 2326, to jeszcze w naszej wersji jedyne wyposażenie to kierownica i wajcha do zmiany biegów. Przepraszam, jeszcze obrotomierz jest. Ale poza tym nic, nawet regulacji kierownicy przód/tył ani tempomatu. Przez tylną szybę nie widać nic (to nagminne we współczesnych samochodach) a czujników parkowania brak. Jeśli to się w ogóle sprzedaje, to jest to niewątpliwy triumf marketingu nad zdrowym rozsądkiem i organoleptyką. Vorsprung durch Technik my ass.

Caldera Samochodzik nie radził sobie z jazdą pod górę, zostawiliśmy go więc przy drodze, zaś ostatni odcinek – dwadzieścia minut piechotą – pokonaliśmy na własnych nogach. Okazało się, że z tą Artenarą nie trafiliśmy nawet tak źle – nieco powyżej “pola namiotowego” (jest to w żaden sposób nie oznaczona, kamienista i niezbyt równa łączka) znajdowała się grań. Po wyjściu na nią oczom naszym ukazał się oszałamiający widok na kalderę Tejeda – dwudziestokilometrowej średnicy dziurę w ziemi pozostałą po zapadnięciu się wulkanu z którego przed milionami lat powstała wyspa. To najpiękniejszy górski krajobraz jaki widziałem od czasu National Pass.

Do Tamadaba dotarliśmy samochodem i w cztery i pół godziny zrobiliśmy trasę na Altavista de Tamadaba i z powrotem. Wyruszyliśmy, jak to mamy w zwyczaju, dość późno, do samochodu wróciliśmy gdy już zapadał zmierzch. Szlak jest bardzo prosty, płaski i wygodny – strome zejście i podejście jest tylko jedno, pod sam koniec – a także pięknie położony. Prowadzi grzbietem górskim, na przemian od południa, skąd podziwiać można ten sam krater który tak zachwycił mnie widziany z Montaña de Artenara, i od północy, skąd widać morze i w oddali Teneryfę. Przy dobrej pogodzie ładnie podobno wygląda trzykilkometrowa Teida, myśmy mieli trochę chmur więc wulkan nie był widoczny, ale i tak było pięknie.

Rankiem po drugim noclegu na górskim campingu obudziliśmy się przy akompaniamencie deszczu bębniącego o tropik namiotu. Z reguły brzmi to groźniej niż jest w rzeczywistości, w słodkiej niewiedzy wylegiwaliśmy się więc w śpiworach do momentu, gdy Ania zdecydowała się wyjrzeć na zewnątrz i oczom naszym ukazało się jezioro, w którego centrum rozbity był nasz namiot. Widok ten zaowocował nagłym przypływem energii, w dwadzieścia minut byliśmy zwinięci i w strugach deszczu i wśród płynących drogą potoków schodziliśmy do samochodu. Śpiwory i karimaty mieliśmy szczęśliwie zupełnie suche, ale i tak myśl o kolejnej nocy spędzonej w mokrym namiocie, pewnie w chmurach i w deszczu – Presa de las Niñas też jest położone dość wysoko w górach – niezbyt nam się uśmiechała. Z braku lepszych pomysłów postanowiliśmy tam jednak pojechać i zobaczyć jak sprawy stoją, Wiązało się to z przejazdem górskimi drogami przez centrum wyspy. We mgle, w ulewie i wśród zalegających szosę głazów, które podmyte ulewą posypały się z górujących nad drogą zboczy, jazda była dość emocjonująca. Okazało się, że droga do naszego campingu jest zamknięta w czasie deszczu, nie pozostało nam więc nic innego, jak jechać do Maspalomas i szukać dachu nad głową na najbliższą noc. Szczęśliwie poza sezonem nie nastręcza to specjalnych trudności, i Ani udało się wynająć niedrogi bungalow w jednym z ośrodków wypoczynkowych zanim jeszcze zjechaliśmy z gór.

Ostatnie dwa dni przeznaczone były na aktwyność zorganizowaną. Najpierw kurs surfingu. Miał być w niedzielę tuż po naszym przylocie, od szkoły dostaliśmy radosnego maila potwierdzającego termin. We wtorek przed naszym wylotem na Gran Canaria zatelefonowali do mnie z pytaniem skąd mają nas odebrać na kurs, który się tego dnia odbywa. Okazało się, że z tą niedzielą to jakieś nieporozumienie, bo w dzień święty szkoły w ogóle nie funkcjonują. Trzeba więc było przeorganizować plany i przełożyć kurs na koniec pobytu.

Surfowanie wymaga ciężkiej pracy i cierpliwości. Teorię wyłożyć można w dwie minuty. Wchodzimy z deską do morza i kładziemy się na niej w centralnej osi, tak, żeby na końcu wystawały same stopy. Goin' Surfin' Nogi mają być złączone, głowa uniesiona do góry patrzy przed siebie, tułów leży na desce. Machając rękoma jak do kraula wypływamy w morze, i gdy widzimy nadchodzącą dobrą falę, obracamy się razem z deską tak, by znaleźć się prostopadle do linii fali, tyłem do niej. Nim fala nas dosięgnie, kraulując nabieramy prędkości. Gdy deska znajdzie się na fali – tj. fala nas dogoni – chwytamy krawędzie deski na wysokości piersi, unosimy tułów, następnie stawiamy nogę prowadzącą (prawą dla “regulars” lub lewą dla “goofys”) centralnie z tyłu deski, stopa prostopadle do podłużnej osi, potem druga noga z przodu (stopa tak samo) i gotowe, surfujemy. Należy utrzymywać pozycję na mocno zgiętych nogach, balansując rękami, żeby nas nie wywróciło.

W praktyce nie jest to takie trudne, wymaga tylko wystarczającej liczby powtórzeń, aby sekwencja wstawania przebiegała automatycznie – przypuszczam, że aby to w podstawowej mierze wyćwiczyć próbować trzeba przez kilka dni. Pędząca na fali deska jest zaskakująco stabilna, gdy już się wstanie utrzymanie się na niej nie nastręcza wielkiej trudności. Wypływanie na niej na spotkanie falom to jednak ciężka praca, zaś wyczekiwanie na tę właściwą, na której można będzie pojechać, to nieraz solidna próba cierpliwości. Dodatkowo na stumetrowej może Playa des Hombres, gdzie miejsce miał nasz kurs, surfować próbowało trzydzieści osób, więc na “swoją” falę trzeba było czasem czekać przez wiele minut. Frajda była, ale umiarkowana.

Kolejnego dnia rano wybraliśmy się na zejście kanionem. Kanion znajduje się przy drodze łączącej Mogán i Presa de las Niñas, prócz nas dwojga jest tylko jeszcze jeden żądny wrażeń turysta oraz dwóch przewodników. Nie do końca wiedzieliśmy czego się po tej eskapadzie spodziewać, zaś pytania, którym przywitali nas przewodnicy wręczając kombinezony piankowe – czy jesteśmy gotowi na zimno i czy na pewno umiemy pływać – były trochę niepokojące. Niepokój nasz sięgnął zenitu gdy po krótkim zejściu przez krzaki stanęliśmy u szczytu kilkunastometrowego wodospadu i okazało się, że mamy się wzdłuż niego opuścić na linie aby na końcu wylądować w głębokiej wodzie. Shower Po pierwszym szoku spowodowanym zimną wodą i koniecznością płynięcia w butach przyszła andrenalina, i okazało się, że jest strasznie fajnie! Mokra pianka szybko nagrzała się od ciała, podobnie woda, która zatrzymała się w naszych nieprzemakalnych butach trekkingowch (pozostali uczestnicy wycieczki mieli lekkie, przewiewne buty i zazdrościli nam tego ciepła). To lekka euforia sprawić musiała, że zdecydowałem się na skok z wysokości czterech metrów do strumienia, który nie sprawiał wrażenia specjalnie głębokiego (przewodnik zapewniał, że to bezpieczne, o ile tylko trafi się we właściwe miejsce). Potem było jeszcze przeciskanie się przez wąskie szczeliny skalne, więcej zjadów na linie i brodzenia po pierś w zimnych potokach. Po trzech godzinach zakończyliśmy przygodę w doskonałych humorach. Z wodą podobno mieliśmy szczęście, bo w poprzednich tygodniach kanion był zupełnie suchy – to padające od kilku dni ulewne deszcze urządziły nam taką mokrą atrakcję.

W drodze do Las Palmas zahaczamy jeszcze o Roque Nublo (ledwo widoczny wśród chmury, która nas otacza) i Pico de las Nieves, najwyższy szczyt na wyspie (1943 m n.p.m.) na który wjeżdża się samochodem, i który tego dnia także znajduje się w gęstej chmurze, z racji czego widoku brak.

W Las Palmas świętujemy urodziny Ani kolacją w rybnej restauracji. W wyborze knajp kierujemy się na tym wyjeździe TripAdvisorem i dobrze nam to służy, jedzenie jest pyszne, choć nie zawsze tanie. Poza tym pół dnia które pozostaje nam przed wylotem przeznaczamy na poszukiwania starego miasta. Udaje się je w końcu odnaleźć – urocze uliczki z kolonialnymi budynkami ozdobionymi charakterstycznymi kanaryjskimi drewnianymi balkonami.

Zdjęcia są jak zwykle na Flickrze.