Tam, gdzie mówią w Kartuli

Jest trochę przed piątą rano. Podchodzimy do lądowania, wokoło zupełna ciemność. Czy w tym kraju nie mają elektryczności?

W kolejce do wymiany dolarów na lari. Tuż obok szklana ściana terminalu. Za szybą taksówkarz z kartką, na której wymienione są wszystkie turystyczne miejscowości między Tbilisi a Batumi. Co chwila puka w szybę, żeby zwrócić uwagę oczekujących w kolejce turystów. Chętnie wszedłby do środka, ale wstępu broni uzbrojony w pistolet maszynowy ochroniarz.

Kierowca chlusta wodą z wiadra na przednią szybę Transita, ta jednak jest kompletnie zaparowana od wewnątrz. Odpala na pych, na wstecznym – jest egzotycznie. Później już nie gasi silnika – ani podczas półgodzinnego postoju w przydrożnej knajpie, ani podczas tankowania z butelki w jakimś gospodarstwie przy bocznej drodze.

(Ein Klein) Heldenleben

Pensjonat “Andzu” mieści się w środku Mazeri. Nazwa pochodzi zapewne od imienia właścicielki – tak przynajmniej wnioskuję po donośnych krzykach “Andzuuu!!!” rozlegających się regularnie z obejścia obok. Z gospodynią komunikuję się miaszaniną jezyka migowego i rosyjskiego. Jestem jedynym gościem. Obiad składa się z mocno pikantnego rosołu – pływa w nim duża ilość jakiegoś zielska, może kolendry, oraz porąbana na kawałki kura – jogurtu, sera sukhtumi (zbyt słony), pomidorów, chleba, ziemniaków oraz ciasta. Jest tego tyle, że rezygnują z kolacji. Po nocnym locie, czterech godzinach jazdy marszrutką, dwóch godzinach marszu w słońcu i upale, licznych spotkaniach z policją i wojskiem, którym tłumaczyć się musiałem dokąd idę i gdzie nocuję, w planach na dziś już tylko relaks. Czytam dwie powieści Zajdla i idę spać.

Wyruszam przed dziewiątą rano, po obfitym śniadaniu, którego hitem było khaczapuri z serem. Plecak waży akurat tyle, ile trzeba. W Retezat był trochę zbyt ciężki, tym razem ograniczyłem jedzenie do kabanosów, czekolad i mieszanki suszonych owoców i orzechów, zaś wody zamiast dwóch litrów mam 3/4. Do przełęczy Gul mam ponad kilometr przewyższenia. Widoki na Uszbę wspaniałe, pogoda piękna i słoneczna, idzie się powoli, ale bardzo przyjemnie. Wodą muszę gospodarować oszczędnie; nie ma wyjścia, przed przełęczą będe musiał zejść kilkaset metrów ze szlaku i trawersem dotrzeć do źródła. Na mapie nie wygląda to groźnie, jednak gdy przychodzi co do czego zbocze okazuje się łupkowym piargiem, który nie sposób przetrawersować bez zjeżdżania. Na kombinowaniu, którędy dotrzeć do potoku, tracę godzinę. Ostatecznie natrafiam na ścieżkę, którą ani chybi pasące się tu licznie krowy chadzają do wodopoju. Na przełęczy jestem po piętnastej. Dalej powinno być prosto: trochę w dół i trawersem do drogi, którą z powrotem pod górę, do jezior Koruldi. W praktyce zejście jest trudniejsze niż droga na przełęcz: nie ma ścieżek, trzeba iść na przełaj przez strome łąki, niestabilne piargi, przekraczać rwące potoki i omijać zdradliwe łaty śniegu. Do jezior docieram po dziewiętnastej, kompletnie wyczerpany. Nie mogę się powstrzymać, żeby się nie ochlapać trochę letnią wodą z jednego z “jezior” – w rzeczywistości są to niewielkie stawy, które za dnia służą krowom za legowisko. Septyczna kąpiel nie służy skaleczeniom, których nabawiłem się podczas wyprawy po wodę – nie chcą sie goić przez następne kilka dni.

✠ ✠ ✠ ✠

Peter Naysmyth twierdzi, że na grani Koruldi nie trzeba się wspinać, wystarczy się trochę powdrapywać po kamieniach. Gówno prawda. Trzy punkty podparcia, przyleganie brzuchem do pionowej ściany, schodzenie na rozpór, kruche i ostre jak noże łupki – tego się uniknąć nie dało. Wiem, bo spędziłem dobrą godzinę kombinując, jak przekroczyć tę cholerną rozpadlinę na 3050. Gdyby pojawiła się kolejna przeszkoda tej rangi pewnie bym się poddał; psychicznie bym nie wytrzymał tych nieudanych podejść, cofania się, zastanawiania się przez parę minut nad kolejnym krokiem.

Wejście na Koruldi stało pod znakiem zapytania od rana, gdy obudziło mnie znajome bębnienie kropel o tropik namiotu. Na zewnątrz chmura. Próbuję obrócić tę przeciwność losu na swoją korzyść i złapać trochę kropel spływających z tropiku do pojemnika skonstruowanego z nieprzemakalnej płachty na plecak, jednak nie ma szans by tą metodą zgromadzić więcej niż kilka łyżeczek płynu, konieczna więc będzie wyprawa do źródła, które mieści się dwadzieścia minut marszu w stronę grani. Skoro już i tak się tam wybieram, mogę i się przyjrzeć dalszej trasie. Ostatecznie przejaśnia się na tyle, że widoczność nie stanowi przeszkody w pokonaniu Koruldi. Gdy po czterech godzinach wspinania się najtrudniejszą technicznie trasą, z jaką dotąd przyszło mi się zmierzyć, staję na szczycie, pod moimi nogami rozciąga się imponujący widok na lodowiec Chalaadi. Uszba i okoliczne czterotysięczniki pozostają niestety ukryte w chmurach.

Narzekam na Naysmytha, ale jego opis wejścia na Koruldi podniósł mnie na duchu. Nie sam opis nawet, ale możliwość przeczytania go w chwili zwątpienia, gdy zastanawiałem się, czy się nie wycofać. Trzymać w ręku smartfon z mapą offline i zdjęciami stron z przewodnika to jak korzystać z przewodnika Autostopem przez Galaktykę, z zasobem praktycznych rad na wszystkie przeciwności, oraz z dużym, przyjaznym przyciskiem “nie panikuj”.

✠ ✠ ✠ ✠

Po dwóch wyczerpujących dniach i dwóch nocach w namiocie bardzo uśmiecha mi się myśl o – chwilowym przynajmniej – powrocie do cywilizacji, i PRYSZNICU. Nic prostszego, wystarczy zejść do Mestii. Prawda? Prawda – chyba, że jest się takim niecierpliwym palantem jak ja, i zamiast uważnie szukać tej właściwej ścieżki tam, gdzie się powinna zaczynać, wybiera się pierwszą lepszą i zakłada że jakoś to będzie. Otóż, zapamiętaj to sobie, cymbale: idź ścieżką, która zaznaczona jest na mapie. Nie ma “ale”. Nie ma wyjątków. Wszystko inne to fałszywa oszczędność. Koniec końców wybrałem coś, co zapowiadało się dobrze, i po niezbyt długim czasie znalazłem się w środku lasu, na niezykle stromym zboczu, gdzie zejście było skrzyżowaniem zjazdu na dupie po piachu i schodzenia po drzewie. Było to kosz-mar-ne i w efekcie do Mestii dotarłem niemal tak wyczerpany jak po eskapdach poprzednich dni.

Five Miles Out

Na placu Seti wszystko jest pod ręką. Hostel za 20 lari, knajpa Laila z dobrym jedzeniem i gruzińską muzyką ludową na żywo, park ze źródełkiem, z którego bije zdrojowa woda pachnąca i smakująca siarką, i do którego przychodzą poić się krowy. Oraz sporo nowych budynków nieznanego zastosowania. Wybudowane najwyraźniej w ostatnich latach, z dużym rozmachem, stylowo nawiązujące do tradycyjnej architektury Svaneti, i zupełnie puste. Zza powybijanych szyb wyzierają nie wykończone wnętrza. Mestia ma specyficzny klimat backpackerskiej przystani. Kilka knajp w okół centralnego placu wystrojem i tematyką celebruje setki przyjeżdżających tu turystów; tym niemniej, za shaker służy butelka po coli. Plastikowe stoliki z napisem “bus terminal” są jak żywcem przeniesione ze wschodniej Azji albo równikowej Afryki. Trudo się też oprzeć wrażeniu, że nowoczesne pomysły architektów i projektantów nie zawsze znalazły zrozumienie u wykonawców i obsługi. W hostelu nie sposób dostać się do papieru toaletowego, zamkniętego na klucz w przezroczystym dozowniku. Automatyczny dozownik papierowych ręczników też, oczywiście, nie działa. Ażurowe konstrukcje z linkami, na których możnaby rozpiąć osłaniające przed słońcem daszki, stoją nie używane przy restauracji, która dla ochrony przed słońcem rozstawia kilka połamanych parasoli – reklamówek piwa Natakhtari.

W Laili mam wreszcie okazję spróbować kuchni dla turystów – bardzo to wszystko dobre – i wina. Podziwiam kiperów, którzy po jednym łyku są w stanie stwierdzić “wyczuwam tu skórzaną podeszwę oraz lekki aromat zjełczałego masła”. Mi czerwone saperavi po prostu smakuje czymś dziwnym – jakimiś ziołami może, nie wiem sam. W każdym razie, bardzo fajne, trochę jak we włoskich winach. Robię kelnerowi awanturę gdy dostaję kolejny kieliszek, a ten smakuje zupełnie inaczej, zwyczajniej. Później się orientuję, że saperavi to gatunek winogron, z których robiona jest większość wytrawnych czerwony win w Gruzji, i rozpiętość smaków mogą mieć taką jak cabernet sauvignon albo syrah.

✠ ✠ ✠ ✠

Wyżebrawszy co się dało od pary Rosjan, Kałmanawardze przyczepił się do mnie – choć, słowo honoru, w żaden sposób go nie zachęcałem. Droga do jęzora lodowca Chalaadi, który dwa dni wcześniej oglądałem z góry, była długa, płaska i nużąca. Do tego słońce i upał przez całe dziesięć kilometrów, które pokonywało się drogą gruntową. Kałamanawardze właził do wszystkich napotkanych oczek wodnych i leżał w nich przez minutę lub dwie, chłodząc się, po czym wyskakiwał, by mi dalej towarzyszyć. Mijani lokalsi cmokali z uznaniem jakiego to dużego i kudłatego towarzysza wziąłem na tę wyprawę. Ania byłaby zachwycona. Raz się w końcu przydał, gdy krowa strzegąca młodego cielaka pogoniła Kałmanawardze a nie mnie, jak przechodziliśmy zbyt blisko.

Czoło lodowca – imponujące. Wydaje się, że lodowiec zaczyna się dopiero kilkaset metrów dalej, ale to rumowisko głazów, pyłu i innego badziewia, to właśnie pierwsza linia naporu milionów ton lodu, które wolniutko spływają w dolinę. Na dole, z otwierającej się w lodzie jamy, wypływa – czy raczej wystrzeliwuje, tyle w tym energii – potężna rzeka. W drodze powrotnej siadam na kamieniu, wyciągam flet i odgrywam motyw z (Ein Klein) Heldenleben – ten, gdzie wspina się lasem i alpejską łąką, by w końcu szybować nad ośnieżonymi szczytami.

Z Mestii nie ma gdzie chodzić na jednodniowe wypady. Są krzesła na Zuruldi, jest Chalaadi – do tego też jednak lepiej dojechać samochodem – jest góra z krzyżem, poza tym jednak albo się idzie dalej, z namiotem, albo wynajmuje samochód terenowy z kierowcą i jedzie do bardziej odległych atrakcji. W samym mieście jest też muzeum Svaneti, z ikoną Jezusa – zombie oraz manuskryptami z IX wieku.

✠ ✠ ✠ ✠

Zauważyłem podczas wojaży po Azji, że dbałość o estetykę otoczenia to przywilej bogatych narodów i społeczności. Gdy dni schodzą na walce o przetrwanie, trudno poświęcać uwagę temu, gdzie się wyrzuci jakiś papierek albo butelkę. Jeden z pierwszych obrazków, na jakie natrafiłem w Gruzji: kierowca kupuje paczkę papierosów, rozrywa celofan po czym upuszcza go tam, gdzie stoi – choć kosz na śmieci jest tuż obok. Niemal jak w opowiadaniu Mięso, które mi tata czytał jak miałem siedem lat: gdy człowiek idzie ulicą i potrzebuje się wypróżnić, to robi kupę nie zatrzymując się nawet.

✠ ✠ ✠ ✠

IMG_20150726_122842 Marszrutką jechałem z Kutaisi do (prawie) Mestii. Było fajnie, młodzieżowo i egzotycznie, ale wystarczy. Do Tbilisi polecę samolotem. Kosztuje to co prawda dwa razy tyle co bus, ale w cenie są dodatkowe atrakcje, czyli lot samolotem śmigłowym zabierającym maximum 15 pasażerów z maleńkiego lotniska położonego w sercu gór. Bilet kupić można tylko w terminalu lotniska, wydrukowana godzina nie zgadza się z tą, o której mam polecieć, ale przychodzę wcześniej i załapuję się na wcześniejszy lot. Samolot nazywa się Praga, pilotuje go brodaty Czech, nawigując przy pomocy tabletu przyczepionego na przyssawce do szyby kokpitu. Lot takim czymś, w porówaniu z rejsowymi odrzutowcami, to jak pływanie po morzu małą żaglówką przy dużym promie. Poczucie bezsilności wobec potęgi żywiołów jest namacalne, a cienkie ściany nie dają żadnego złudzenia ochrony przed naturą. Ciśnienie wewnątrz takie jak i na zewnątrz, powiewy wiatru rzucają samolotem o metry w prawo i w lewo. Trudno powiedzieć, czy jestem rozczarowany, że pogoda była dobra i lot nie dostarczył większych emocji. Lądujemy w szczerym polu, obok pasa startowego jest jedynie jakiś ośrodek wypoczynkowy z basenem i wczasowiczkami w bikini leniwie śledzącymi kołujący samolot.

In te Domine Saperavi

Bus z lotniska do Tbilisi. Podsufitka z białej imitacji skóry, na niej wielkie logo Mercedesa wykonane z plastikowej imitacji drewna. Nowoczesna maszyna, ma komputer, kóry przy starcie raportuje o nie działającym przednim prawym reflektorze, lewym świetle stopu, lewym tylnym świetle pozycyjnym oraz którymś reflektorze do długich świateł. Radzi też, żeby sprawdzić poziom płynu w chłodnicy oraz przypomina o przeglądzie B, który się należał już dawno temu. Z radia najpierw płynie gruziński rap, czy inny hip hop, później pop w stylu arabskim, na melodię Hava Nagila. Kierowca ma ręce pełne roboty: jedną trąbi, drugą przewija wiadomości w komórce, trzecią się żegna znakiem krzyża co parę minut, jak tylko mijamy jakąś cerkiew. Przypuszczam, że którąś z rąk czasem też trzyma kierownicę oraz zmienia biegi, ale nie przyglądam się wystarczająco długo, żeby zauważyć – wolę gapić się za okno, na inne samochody. A jest na co. Są spatynowani, wyblakli weterani sowieckich szos. Są Łady Nivy, od takich z lat 80 do tych produkowanych obecnie jako Łada 4x4. Osobowe Mercedesy i BMW z dorobionymi znaczkami. Nie spotykane w Europie modele marek japońskich, na ogół z kierownicami po prawej stronie. Dostawczaki w stanikach, czyli czarnych osłonach na maskę, mających chronić przed żwirem i kamieniami wyrzucanymi spod kół innych samochodów. Policyjne Fordy i Skody na felunku jak ze zjazdu tuningowców. Wyklepane młotkiem błotniki, pęknięte przednie szyby, brakujące zderzaki i przednie reflektory. Cała ta menażeria trąbi i jedzie nie zważając na pasy ruchu.

✠ ✠ ✠ ✠

Budzę się o siódmej. Temperatura w nocy nie spadła chyba wiele poniżej 30 stopni. Klimatyzacja niby jest, ale ktoś wyłączył, oddychać się nie da. Dźwięki wszelakie nie przeszkadzają mi na ogół w zasypianiu, tym razem jednak chrapanie delikwenta z dolnego łóżka pod drugim oknem, w połączeniu z gorącem i zaduchem, wytrąca mnie z równowagi. O siódmej trzydzieści dołącza dźwięk budzika dobiegający z jednej z szafek. Przez następne piętnaście minut budzik najpierw budzi a później wygania z pokoju pięcioro pozostałych miekszańców. Zostaję tylko ja i chrapiący sobie w najlepsze sąsiad spod drugiego okna z dołu. To jego budzik musiał być. W końcu i ja się poddaję i wyruszam na śniadanie składające się z czterech kromek chleba o przedłużonej świeżości, trzech kawałków masła oraz trzech mikroskopijnych plasterków sera.

Hostel Envoy ma oddziały w Tbilisi, Erewaniu i Phnom Penh, oraz całkiem niezłe opinie na TripAdvisor. Abraham to to nie jest, ale położony jest bardzo wygodnie, tuż przy twierdzy Narikala, z łatwym dostępem do knajp i sklepów ulic Afkhazi i Sioni. Podróżuję sam, i po tygodniu wałęsania się po górach zaczyna mi doskwierać brak towarzystwa, więc wieczorami wyłażę na dach hostelu i dyskutuję z Kanadyjką, Amerykanką i Duńczykiem na temat systemu wizowego oraz życia w Moskwie, zaś z Finem i Holenderką wymieniam uwagi na temat narkoturystyki w Holandii. Od serbskiej couchsurferki z Paryża dowiaduję się o życiu w kibucu i jak działają samogłoski w języku hebrajskim.

Po Tbilisi wałęsam się bez celu. W parku Mtatsminda, pod wieżą telewizyjną, znajduje cedrowy lasek nieopodal kolejki górskiej, i tam drzemię przez godzinę. W ogrodzie botanicznym mógłbym spędzić cały dzień. Jest wielki, położony w dolinie między malowniczymi, stromymi klifami, środkiem płynie górski potok, jest wielki wodospad, w którym można się chłodzić podczas trzydziestopięciostopniowych upałów, na jakie tu akurat natrafiłem. W koło setki gatunków drzew i krzewów, niektóre nawet opisane. I to wszystko dziesięć minut spacerem od hostelu. Jest tylko jeden mankament: ładnie się prezentujące, ale koszmarnie niewygodne ławki. Dwa mankamenty: niewygodne ławki oraz niezidentyfikowane owady gryzące w kostki. Gdyby nie to, przesiedziałbym tam cały dzień, czytając książkę w cieniu wielkiego cedru albo sosny.

Wałęsając sie bez celu po starym mieście w Tbilisi trudno nie zauważyć a) jak pięknie zdobione są stare budynki, b) jak bardzo popadły one w ruinę i c) jak dużo buduje się nowoczesnych konstrukcji, zamiast ratować te stare (i ładne). Z nowymi inwestycjami jest trochę jak w Mestii, czyli coś tam napoczęto, wybudowano z wielkim rozmachem, po czym jak rząd się zmienił to zostawiono tak jak było, nie dokończone, świecące stalą i szkłem zza płotów budów na których nikt już nie pracuje. A propos rządu, z anglojęzycznego Voice of Georgia dowiedziałem się, że były prezydent Saakaszwili jest obecnie gubernatorem Odessy na Ukrainie. Co by o nim nie mówić – a na sumieniu ma ponoć wojnę z Rosją i oddalenie o dekady jakiejkolwiek perspektywy przywrócenia południowej Osetii oraz Abhazji pod kontrolę Gruzji – z przestępczością w dużej mierze sobie poradził, i w Gruzji turyści czuć się mogą bardzo bezpiecznie.

✠ ✠ ✠ ✠

Co było pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po przyjeździe to Tbilisi? Wyprawa na degustację wina. Bary z Mestii pozostawiły w tym względzie pewien niedosyt, a wystarczy wystawić nos na ulicę Afkhazi na turystycznym starym mieście, żeby pozbyć się wszystkich wątpliwości co jest flagowym produktem Gruzji. Degustację ograniczyłem, z jednym może wyjątkiem, do win wytrawnych. Jak uczono na kursie, po pierwsze – kolor. Wina gruzińskie mają bardzo intensywne kolory: białe są bursztynowe, czerwone podchodzą pod czerń. Jest tak za sprawą procesu produkcyjnego: do glinianej amfory, qvevri, wrzucane są owoce wraz z pestkami i szypułkami, czasem też rodzynki, i to wszystko razem jest fermentowane. Bursztynowe rkatsiteli marki Pheasant’s Tears było jak soczek gruszkowy, smaczne i oryginalne, ale bez szczególnej głębi. Również bursztynowe tsitska z winnic rodziny Gotsa dużo bardziej wytrawne, tsalikouri z małej serii (140 butelek) tak pomiędzy. Czerwone: bardzo wytrawne, aż łaskoczące w koniec języka szavkapito, dość lekkie, ale wysublimowane odżelaszi, no i w końcu saperavi. To sztandarowy gatunek gruzińskich wingron, wino z niego jest bardzo intensywne, aż gęste, zaś bogactwem smaku dorównuje najlepszym trunkom jakich próbowałem. Dwie odmiany, które szczególnie mi przypadły do gustu to Mukuzani, mocno owocowe i bardzo popularne, kupić je można w każdym niemal sklepie, oraz Dżakeli – najwyższa półka w restauracji Organique, trudniejsze do zdobycia, bardzo wyrafinowane.

✠ ✠ ✠ ✠

Mniszki z klasztoru Phoka pojechały z wizytą do Francji i tam się nauczyły robić sery. Cztery tych serów gatunki degustować można w restauracji Organique. Zapijam je różnymi odmianami saperavi oraz cabernet-saperavi; wspomnienie aromatycznych serów, miodu z fragmentami plastra oraz najintensywniejszych win, jakie znam, towarzyszy mi przez cztery godziny w busie, cztery godziny na lotnisku oraz trzy godziny w samolocie, aż do chwili, gdy o siódmej rano wysiadam z samolotu na warszawskim Okęciu.

PS. zdjęcia są, ale tylko z telefonu, bo zapomniałem spakować duży aparat.