Tydzień przed Kilimandżaro

Pozostał nam tydzień do wyjazdu do Tanzanii. Najwyższa pora rozpocząć pakowanie – ale najpierw krótki przegląd kwestii medycznych, bowiem okazało się, że moje notatki sprzed wyprawy azjatycko-australijskiej do czegoś się w końcu przydały. Oszczędziły one nam trochę researchu, ale też tu i ówdzię sprowadziły nas na manowce.

Zdrowie

Przy okazji poprzedniego wypadu w tropikalne rejony dwiema podstawowymi kwestiami zdrowotnymi były szczepionki i ochrona przed malarią. Szczepiliśmy się na dwa fronty: w publicznej służbie zdrowia wzięliśmy wszystko to, co dawali za darmo, czyli żółtaczkę typu A, tyfus, oraz kombo tężec/błonica/polio, zaś prywatnie zrobiliśmy cykl trzech wścieklizn. Zgodnie z książeczką szczepień, którą sobie zachowałem, ważność wszystkich tych szczepień, za wyjątkiem tężca et al., już wygasła. Zgłosiliśmy się więc do naszej lokalnej przychodni po nowe. Było to jakoś w październiku. Minął miesiąc zanim się do nas odezwali i kolejny miesiąc przed najbliższym wolnym terminem wizyty u pielęgniarki. Wizyta ta przebiegała z grubsza tak, że pielęgniarka, dowiedziawszy się dokąd się wybieramy, otworzyła kilka stron internetowych i z nich usiłowała wyczytać czego nam potrzeba. Było to wszystko dosyć konfudujące, ale skończyło się na tym, że zrobiła mi żółtaczkę A i tyfus. Ania miała wizytę kilka dni później i okazało się, że tyfus im wyszedł – szczęśliwie dowieźli po południu.

Prócz tych standardowych szczepionek, jedna, którą musimy mieć koniecznie, bo bez certyfikatu szczepienia nie wpuszczą nas z Kenii do Tanzanii, jest żółta febra. To szczepienie trzeba robić prywatnie i jest ono dość kosztowne (£40-60). Szczęśliwie na obrzeżach Canary Wharf znajduje się kilka tzw. “travel clinics”, czyli gabinetów, w których szczepią turystów in spe, a także wydają leki antymalaryczne, antybiegunkowe i ogólnie antyegzotycznoatrakcyjne. Poprzednio korzystałem z kliniki Masta, tym razem postanowiłem wypróbować mieszczące się tuż obok Nomad Travel. Wizyta przebiegła sprawnie, szczepiący mnie aptekarz miał rozeznanie w niebezpieczeństwach, jakie na nas czyhały, okazało się też, że w razie problemów z uzyskaniem recept na leki, których potrzebujemy, oni służą pomocą.

Ano właśnie, leki. Po pierwsze, malaria. Poprzednio każde z nas dostało receptę na Malarone w lokalnej przychodni (za każdą zapłaciliśmy po £20), później kupiliśmy lek przez Internet, bo tak było najtaniej. Planowałem powtórzyć ten manewr i tym razem, ale w porę dowiedziałem się, że jakiś czas temu wygasła wyłączność GlaxoSmithKline na ten lek i dostępne są tzw. wersje generyczne, czyli tabletki o tym samym składzie chemicznym (Atovaquone/Proguanil Hydrochloride) od innych producentów, o połowę tańsze. W dodatku nie trzeba brać recepty, wystarczy wypełnić formularz na stronie internetowej apteki, i apteka sama nam wystawi receptę, a następnie ją zrealizuje. Trochę przy tym oszukałem, bo zamiast zamawiać osobno dla każdego z nas, wypełniłem jeden formularz i zamówiłem dwa razy większą partię – przy większych zamówieniach cena za dawkę była niższa.

Drugim lekiem, na który próbowałem uzyskać receptę od naszego lekarza pierwszego kontaktu (po tutejszemu GP) był Diamox. Wedle etykiety jest to lek przepisywany przy jaskrze i epilepsji, ma on natomiast też nieoficjalne zastosowanie: łagodzi skutki choroby wysokościowej. Wydobycie recepty od GP okazało się porażką – albo nie wiedzieli co to jest, albo nie chcieli przepisać. Z ratunkiem przyszło znów Nomad Travel – piętnastominutowa konsultacja i £20 zaowocowała buteleczką z 14 pastylkami. Przy okazji w sklepiku kliniki zaopatrzyłem się też w czterdziestoprocentowy deet oraz generyczne kapsułki Loperamide Hydrochloride do likwidowania sraczki. Do Diamoxu dołączona była instrukcja, według której przed zastosowaniem leku w górach przeprowadzić należy dwudniową próbę na normalnej wysokości. Jej celem jest obserwacja, czy nie występują niepożądane efekty uboczne: mrowienie w palcach, mdłości, ból głowy, wysypki. Jestem w trakcie drugiego dnia, i prócz mrowienia w palcach żadnych innych efektów nie zaobserwowałem.

Sprzęt

No to rozpoczynamy pakowanie. Duże plecaki, do nich przede wszystkim sprzęt trekkingowy oraz ciepłe ubrania do wejścia na szczyt. Szybko się okazało, że kilku kluczowych części garderoby nie jesteśmy w stanie zlokalizować. Mój piankowy ocieplacz na nogi, którego używałem ostatni raz do nurkowania w Silfra, a który później przez wiele lat pałętał się gdzieś wśród ubrań narciarskich, wsiąkł. Ani szary soft layer z Islandii oraz spodnie przeciwdeszczowe, ostatnio widziane we wrześniu w Lake District, też zapadły się pod ziemię. Na szczęście mamy jeszcze kilka dni na uzupełnienie tych braków w sklepach na Covent Garden lub na Amazonie.

Zastanawiałem się nad obuciem się w moje stare Zamberlany – znacznie sztywniejsze od preferowanych przeze mnie od pięciu lat Teva Riva. Chodziłem w nich dawno temu przez miesiąc po Norwegii, później przez parę lat zabierałem je na wszystkie górskie treki, zaś ich sztywniejsza podeszwa i konstrukcja mogłyby sie okazać przydatne w pobliżu szczytu, na stromych i śliskich zboczach. Zabrałem więc Zamberlany we wrześniu na dwa dni chodzenia w Lake District, i już po pierwszym dniu i intensywnej pętli Stickle Tarn – High Raise – Helm Crag było jasne, że nie da rady – zbyt uciskały tak przód jak i tył stopy. Więc jednak Tevy. To rewelacyjne buty, muszę sobie sprawić kolejną parę póki są dostępne.

* * *

Kolejny wpis pewnie dopiero po powrocie, na przełomie stycznia i lutego. Podczas wejścia raczej nie będzie z nami kontaktu, natomiast dla tych, którzy chcieliby śledzić nasze postępy, Team Kilimanjaro udostępnia mapę z przybliżoną lokalizacją grup wspinaczkowych oraz bloga ze zdjęciami. Będziemy na nich występowali pod kodem MAMA x 3, 18th - 25th January.

10/01/2016