W sawannie i w buszu

Safari polega na tym, że się je, je i je, aż się nie można ruszyć, a później wsiada się w Land Cruisera albo (znacznie rzadziej) w Defendera i jest się wożonym po niesamowitych wertepach. Poza tym ogląda się dzikie zwierzęta – pomimo moich obaw, czy w porze deszczowej jakieś w ogóle można zobaczyć, było ich mnóstwo.

Zaczęło się od tego, że dzień przed wyjazdem Gerrard, nasz kierowca i przewodnik, przyszedł do naszej kwatery w Arusha aby omówić plany safari. Gerrard jest Tanzańczykiem w średnim wieku, z wąsikiem, po angielsku komunikuje się w dość specyficzny sposób, ma się wrażenie, że mówi trochę na okrętkę i że nie do końca rozumie pytania, które mu zadajemy. Do omawiania nie było wiele, bowiem harmonogram mieliśmy z góry ustalony: Tarangire, jezioro Eyiasi, Ngorongoro i jezioro Manyara. Z braku czasu odpuściliśmy sobie słynne Serengeti.

Przy rezerwacji safari do wyboru mieliśmy trzy standardy: podstawowy, z zakwaterowaniem w namiotach, “półluksusowy”, gdzie zamieszkuje się kwatery o bardziej stałym charakterze, oraz luksusowy, z noclegami w hotelach z najwyższej lokalnie dostępnej półki. Zwykle nie jesteśmy specjalnie łasi na luksusy, ale po siedmiu nocach spędzonych w namiocie woleliśmy odbyć safari w nieco bardziej cywilizowanych warunkach, wybraliśmy więc opcję środkową.

Pierwsze zwierzaki nad jeziorem Manyara

Land Cruiser

Rano pierwszego dnia safari okazuje się, że program jednak ulegnie pewnej zmianie, bowiem zdaniem Gerrarda Tarangire najlepiej odwiedzać jest wcześnie rano, a my wyruszamy z Arusha dopiero o 8:30. Jedziemy więc najpierw nad jezioro Manyara. Jest to park narodowy położony wokół rzeczonego jeziora, u podnóża ściany doliny ryftowej. Prócz jeziora, w jego skład wchodzą przybrzeżne trawiaste równiny oraz duża połać tropikalnej dżungli. W dżungli napotykamy napierw pawiany: samce siedzące w rozkroku i zabawiające się długimi, cienkimi penisami oraz samice z młodymi, noszonymi na brzuchu albo na plecach. Prócz pawianów w dużej liczbie występują małe koczkodany (kotawce sawannowe), zwane też blue scrotum monkeys, z tytułu jaskrawobłękitnego koloru jąder samców. Ania przyuważa w krzakach słonia. Na trawie i w bajorach przyjrzeć się możemy też gnu i bawołom, oraz zebrom, żyrafom i hipopotamom. Całą tę menażerię podziwia się z samochodu, który krąży po gruntowych drogach; gdy natkniemy się na interesujące zwierzę lub stado, kierowca zatrzymuje auto i wyłącza silnik, abyśmy mogli się naoglądać i nafotografować w spokoju. Samochody do safari wyposażone są w podnoszony dach: kierowca otwiera go przy wjeździe do parku, a potem możemy sobie stać i wystawiać głowy przez dziurę, podczas gdy podniesiona część dachu stanowi chroniący od słońca baldachim.

Opuszczamy w końcu park, lecz przed nami jeszcze jedno odkrycie tego dnia: standard i charakter kwater.

Kisima Ngeda: wypasione namioty

Kisima Ngeda Tented Camp leży nad jeziorem Eyiasi, na końcu świata, a przynajmniej na końcu kilkudziesięciokilometrowej drogi gruntowej, której przebycie zajmuje naszemu Land Cruiserowi ponad godzinę. Jest idyllicznie i sielsko: znad niewielkiego basenu, poprzez ciąg kładek i pomostów biegnących w zaroślach, wśród stawów z rybami, dojść można na łąkę rozpościerającą się nad brzegiem jeziora. Inny pomost prowadzi nad staw, gdzie chmary wikłaczy wiją gniazda na pobliskich drzewach i polują na owady. W oddali widać brzeg jeziora i sylwetki rybaków powracających z połowu. Jest zbudowana wokół palmy wieża obserwacyjna, z której rozpościera się widok na okoliczne mokradła i jezioro. W centrum stoi restauracja i bar – wiata, z bocznymi ścianami z moskitiery, zaś frontem otwartym w stronę jeziora. Wewnątrz kilka pięknych stołów oraz kanap z egzotycznego drewna i skóry.

Tent No. 2 Śpi się w czymś, co nominalnie jest namiotem, natomiast faktycznie domkiem o drewnianej konstrukcji z murowaną łazienką (toaleta, prysznic i umywalnia), krytym dachem z liści palmowych. Ogromny, płócienny namiot jest rozpostarty pod tym dachem, zapewaniając drugi dach oraz cztery ściany. W ścianach umieszczone są wielkie okna z moskitiery, tak, że z łoża ustawionego na środku pokoju oglądać można przez przezroczystą praktycznie ścianę frontową las palmowy oraz leżący kilkaset metrów dalej brzeg jeziora. Detale wystroju tego locum co i rusz wywołują u mnie reakcję: “ale wypas!”. Porównać to mogę tylko z tratwami, na których mieszkaliśmy podczas pobytu na Don Khon – z tym, że tu jest jeszcze bardziej zacisznie i luksusowo.

Pod restauracyjną wiatą dostajemy kolację – dwa wielkie kawały befsztyka, cegła puree, do tego dużo dodatków warzywnych, wszystko doskonałej jakości i świetnie przyprawione. Jedzenia jest tyle, że z trudem na koniec konsumujemy bardzo smaczny mus czekoladowy.

Z racji położenia i utrudnionej komunikacji ze światem zewnętrznym, Kisima Ngeda nie stanowi optymalnej bazy wypadowej do zwiedzania parkow narodowych. Jeśliby się natomiast chciało spędzić kilka dni w ciszy, wśród pięknego krajobrazu, z pysznym jedzeniem i dyskretną obsługą, trudno mi sobie wyobrazić lepsze miejsce. Jest to ośrodek jak z tych folderów z azjatyckich spa, gdzie uśmiechnięta błogo pani leży na brzuchu, otoczona przez wodę i kwiaty lotosu. Okazuje się, że takie miejsca faktycznie istnieją.

Buszowanie nad jeziorem Eyiasi

Nie jest nam dane wylegiwanie się w naszym “namiocie” i oglądanie wschodu słońca nad jeziorem Eyiasi, bowiem na dzień kolejny mamy od rana zaplanowane bliskie spotkanie z dzikimi homo sapiens – buszmeńskim plemieniem Hadzabe. Atrakcję tę nadzoruje oddelegowany specjalnie na tę okazję przez Team Kilimanjaro przewodnik Casper, lub Gaspar, trudno stwierdzić po wymowie. Casper od dziesięciu lat pracuje z Hadzabe, koordynując projekty mające na celu zapewnienie plemieniu ich tradycyjnego funkcjonowania w środowisku, gdzie ich tereny łowieckie kurczą się z każdym rokiem. W ramach tej pomocy do buszmenów przywozi się turystów, których pieniądze w części finansują program pomocowy.

Po przybyciu na miejsce (ponad pół godziny jazdy po takich wertepach, że głowa odpada) i kilku krokach ścieżką wśród chaszczy, oczom naszym ukazuje się dorodny baobab obwieszony czaszkami pawianów (to jeden z podstawowych składników mięsnego pokarmu Hadzabe) oraz małymi łukami First Shot ozdobionymi fragmentami futra jakichś zwierząt. To podobno miejsce spotkań myśliwych. Po paru kolejnych krokach znajdujemy się pod sporą skałą, w cieniu której płonie ognisko, przy którym siedzi kilku buszmenów. Na ich strój składają się zupełnie współczesne i zachodnie szorty, do tego kolorowa afrykańska chusta, na plecach zaś każdy z nich ma skórę pawiana. Po krótkim przywitaniu (nie mówią w swahili, staram się więc powtarzać słowa, którymi nas pozdrawiają) zabierają nas na trening łuczniczy. Każde z nas oddaje po kilka strzałów do oddalonego o jakieś dziesięć metrów drewnianego pieńka – lecz wcześniej popis swoich umiejętności dają sami Hadzabe. Nie powiem, żeby ich celność wprawiła mnie w zachwyt – w pieniek trafiali raz na kilka strzałów, podobną skutecznością mogłem się pochwalić i ja, pierwszy raz w życiu trzymający ich łuk w rękach. Technikę strzelania mają dość ciekawą, łuk napinają w pozycji na w pół zgiętej, trzymając go nie prostopadle do podłoża, lecz pod kątem około 45 stopni.

Po treningu przyszedł czas na polowanie. Trzech młodych Hadzabe wzięło łuki i ruszyło w busz, Casper i my, nie uzbrojeni, za nimi. Biegaliśmy tak przez dwie godziny, w którym to czasie nasi myśliwi ustrzelili jednego gołąbka i wyciągneli cztery pisklaki z gniazd. Najeść się im tym będzie trudno, ale podobno to nic niezwykłego – w rzeczywistości polują trochę dla sportu, bo większość wyżywienia zapewniają im kobiety, zbierając owoce i korzenie. Polowanie wyglądało tak, że gdy myśliwy dostrzegł na drzewie jakieś interesujące zwierzę, zaczynał się skradać pod same drzewo, i – o ile zwierzę nie uciekło już podczas skradania – strzelał, z reguły chybiając. Później następowały poszukiwania strzały, i po odnalezieniu ruszliśmy dalej tropić zwierzynę.

Po powrocie do obozu buszmeni oskórowali, wypatroszyli i nadziali na patyk ładnego, centkowanego kotka, którego upolowali przed naszym przybyciem. Ania nie mogła patrzeć. Nastepnie miał być pokaz rozpalania ognia, ale polegał on na tym, że tlącą się szczapę przyniesiono z innego ogniska, i tym sposobem rozpalono pod kotkiem ogień. Game On Ostatnią atrakcją było robienie strzał. Przypominało to nieco działania wuja Ryśka podczas wakacji w Tuchlinie. W trakcie naszej wyprawy łowieckiej myśliwi nazbierali trochę gałęzi sandpaper tree – rosnącej w buszu rośliny o wąskich, w miarę prostych gałęziach. Sciągało się z nich korę jak z wikliny, następnie zgrubienia były ostrugiwane, w końcu patyk prostowany był poprzez rozgrzewanie w ognisku, łapanie krzywizny w zęby i wyginanie. Do tego przytwierdzona ściegnem pieczonego właśnie kotka lotka z piór jakiegoś ptaka (podobno kury w tym przypadku), zaostrzenie – nie było w tym wypadku metalowego grotu tylko zaostrzony koniec – oraz wycięcie na końcu strzały wzoru, “podpisu” myśliwego, i strzała gotowa. Dostaliśmy ją, ku naszej wielkiej radości, w prezencie.

Na tyle tylko starczyło nam czasu. Podobno spedzając z Hadzabe kilka dni można nabyć umiejętności bardziej przydatnych do przetrwania w buszu, takich jak budowa schronienia przed hienami, gotowanie trucizn i identyfikacja leczniczych roślin. Zajrzeliśmy jeszcze do kobiet, gdzie jedno małe buszmeniątko przybiegło do Ani, a po wzięciu na ręce zaczęło przymierzać jej kapelusz i okulary.

W drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do innego plemienia, które zajmuje się wypasem bydła oraz kowalstwem, i od którego Hadzabe kupują metalowe groty do strzał. Mieliśmy okazję zobaczyć jak taki grot jest wyrabiany, i znów techniki Ryszarda Okonia stanęły mi w pamięci: grot był klepany z gwoździa, ostateczne zakończenie i specjalne zadry do nanoszenia trucizny uformowane zostały przy pomocy przecinaka. Miałem nadzieję, że może dostaniemy ów grot jako komplet do naszej strzały, ale tym razem nie było suwenirów.

Ngorongoro Wildlife Lodge: moloch

Nasza kwatera na kolejną noc to położona na obrzeżu karteru Ngorongoro Ngorongoro Wildlife Lodge. Wybrana ze względu na piękne widoki do wnętrza krateru, okazuje się sporym hotelem z nadgorliwą obsługą. Od razu po wyjści z samochodu plecak z moich rąk wyrywa korpulentna odźwierna. Zaraz prowadzeni jesteśmy na taras widokowy, gdzie dyżurny specjalista od wypatrywania zwierzyny każe nam patrzeć przez wielką lornetę tak długo, aż zobaczymy nosorożca. Ostatecznie udaje się nam wyrwać do pokoju, urządzonego jak typowa sypialnia hotelowa, z tą różnicą, że przez zajmujące całą ścianę okno oglądać możemy krater. Właściwie to oglądać moglibyśmy, gdyby nie mgła, która ogranicza widoczność do kilku kilometrów – krater zaś ma 600 metrów głębokości i 19 kilometrów średnicy.

Kolacja jest bufetowa i całkiem nienajgorsza, trzeba jednak płacić za wszystkie napoje (2 dolary za wodę, 4.5 za kieliszek wina). W restauracji większość stołów zdaje się być zajęta przez japońskie wycieczki.

W kraterze Ngorongoro

Rano widoczność nie jest lepsza, wsiadamy więc w auto i zjeżdżamy do krateru pooglądać zwierzęta z bliska. Ngorongoro specjalizuje się w nosorożcach – nie wiadomo ile ich tam jest, bo liczba Savanna osobników jest tajemnicą władz parku, co ma podobno w jakiś sposób zapobiegać kłusownictwu. Jest ich na tyle niewiele, że żaden nie pojawia się w pobliżu samochodu – kilka osobników udaje nam się tylko dostrzec obejrzeć przez lornetkę. W Ngorongoro po raz pierwszy mieliśmy też okazję zobaczyć lwy. Nie są one specjalnie interesujące do oglądania, bo większość czasu spędzają wylegując się i przewracając z boku na bok. Pasące się kilkaset metrów dalej antylopy i zebry nie wydawały się zaniepokojone – może dlatego, że to były lwie samce, a one z reguły nie polują, tylko przychodzą na gotowe upolowane przez samice. Atrakcją dnia była też czarna kania polująca na lancz, który spożywaliśmy na kamieniach nad brzegiem jeziora.

Migunga: mniej wypasione namioty

Znów nocujemy w namiotach, konstrukcja podobna jak w Kisima Ngeda, ale ośrodek mniej ekskluzywny, bliżej cywilizacji i bez jeziora. Cały ten pomysł z namiotami rozpiętymi na domkach ma się chyba odwoływać do czasów kolonialnych i białych państwa polujących za dnia na dziką zwierzynę podczas gdy czarna służba rozstawiała obóz. Pomimo tych konotacji zasypianie i budzenie się z widokiem na las, gdzie jedynie siatka moskitiery dzieli nas od palm, akacji i hasających w ich koronach małp, jest bardzo przyjemne.

Lwice w Tarangire

Znów pobudka bladym świtem i znów wertepy, znów zwierzęta do oglądania. Tarangire słynie ze słoni, i rzeczywiście, możemy się ich naoglądać do upadłego: chodzą na około samochodu, żrą trawę, wachlują się uszami. Widząc takie ich nagromadzenie trudno uwierzyć, że populacja tych zwierząt w Tanzanii zmniejszyła się przez ostatnie pięć lat o blisko połowę. Stało się to za sprawą kłusowników, którzy pozyskują kość słoniową na potrzeby rynku chińskiego i wietnamskiego. Pounce W trakcie naszego pobytu w Tanzanii, kłusownicy zestrzelili helikopter, który ich śledził, uśmiercając przy okazji brytyjskiego pilota.

Sam park Tarangire jest bardzo piekny: mokradła i sawanna położone u brzegów rzeki. Wyjeżdżając już z parku dostrzegamy duże zgromadzenie samochodów – oznacza to, że dzieje się coś ciekawego. Istotnie, w oddali widać biegnące stado lwic i młodych lwów. Po chwili grupa ta przecina drogę wśród stojących samochodów. Jedna z lwic niesie w zębach jakiś krwawy ochłap, pozostałe członkinie i członkowie grupy też usiłują się do niego dobrać, słychać groźne pomruki – dużo to ciekawsze niż przewracające się z boku na bok samce.

* * *

Po namyśle obciąłem Gerrardowi napiwek o prawie połowę w stosunku do początkowo planowanego; dostał ostatecznie około 5% kwoty, którą w sumie zapłaciliśmy za safari. Biedak pewnie się starał, ale jego ograniczony angielski i osobowość niezbyt kompatybilna z naszymi stworzyła barierę, poprzez którą trudo było rozwinąć poczucie sympatii i zaufania. Ania wciąż jest zniesmaczona tym, że Gerrard dostał więcej premii niż Hesbon, nasz przewodnik z Kilimandżaro. Podejrzewam, że Gerrard też jest rozczarowany wysokością napiwku. Ostatecznie nikt na tym interesie nie wyszedł w pełni usatysfakcjonowany; ale co się naoglądalismy zwierząt i nabiegaliśmy za buszmenami, to nasze.

7/2/2016