Wesoła rozpierducha

Prolog

Statek stoi. Rozpierducha jest totalna, bosman z kapitanem czekają na Jose który umie zrobić, żeby lodówka działała na morzu, a nie tylko w porcie, bo bez tego nie da się płynąć na Karaiby. Jest sobota, Jose ma przyjść we wtorek. Spierdolił się ekran od sondy i wiatromierza, to może naprawić Juan który przyjdzie w poniedziałek. Juan może też wydać papier na pławę EPIRB, której przegląd się skończył we wrześniu. Wspomaganie steru działa tylko w jedną stronę, bosman planuje wymienić uszczelki. Na koncie jachtu nie ma pieniędzy ani na Jose, ani na Juana, ani na paliwo. Armator pieniędzy nie może przelać, bo cośtam, a w ogóle to się cieszy, że to nie my zatonęliśmy u wybrzeży Maroka, tylko jakiś inny polski jacht.

Wulkan

Koło mariny i przystani promów są wypożyczalnie samochodów, gdzie od ręki można wziąć auto na dzień.

Teide

Teida to główna atrakcja Teneryfy. Wulkan często tonie w chmurach, jednak na wysokości około 2000 m n.p.m. wyjeżdżamy ponad nie i ukazuje nam się stożek w całej swej trzyipółkilometrowej okazałości. Na 3000 można wjechać kolejką, drogo, i długo się czeka, ale warto – o ile nie chce się większej części dnia przeznaczyć na pieszą wspinaczkę na tę wysokość. Ostatnie kilkaset metrów przewyższenia pomiędzy górną stacją kolejki a szczytem pokonać można tylko pieszo, i tylko posiadając odpowiednie pozwolenie – starać się o nie należy na miesiąc przed terminem wejścia. Przy górnej stacji kolejki dotkliwie odczuwam rzadkość powietrza, zwykły spacer powoduje zadyszkę. Ciekaw jestem, jak będzie na Kilimandżaro.

Zjazd w stronę Los Gigantes jest oszałamiająco piękny, krajobrazy wulkaniczngo płaskowyżu są nieziemskie. Później jeszcze klify Los Gigantes i wioska Masca, i można zamknąć pętlę do Santa Cruz najszybszą trasą, czyli wzdłuż północnego wybrzeża.

Wyjście

Jose przyszedł we wtorek, ale myślał, że go nie potrzebujemy, więc sobie poszedł i następny wolny termin ma w piątek. Juan przyszedł, dał papier na EPIRB i był gotów wymienić ekran, ale nie było kasy, więc powiedzieliśmy, żeby przyszedł kolejnego dnia, może będzie. Z dnia na dzień morale załogi spadało, nikt nad niczym nie panował. Spuśćmy na całą sytuację zasłonę milczenia; dość powiedzieć, że wspólnymi siłami wyszliśmy w morze w środę wieczorem. Bez działającej lodówki, za to z ekranem i papierem na pławę.

Ge+F Następnego dnia po wyjściu postawiliśmy wszystkie główne żagle: genuę, grota, foka i bezana. Zrobiliśmy zdjęcia, po czym zrzuciliśmy wszystko poza genią, dołożyliśmy silnik, i tak zostało do końca przelotu; z tym, że jak słabiej wiało to zostawialiśmy sam silnik, a jak raz wiało przyzwoicie, siódemka, to daliśmy odpocząć silnikowi i jechaliśmy na samej genui.

Załoga

Pora poznać załogę. Jest młody morski wilk, dusza towarzystwa, jest zadeklarowany wyznawca spiskowej teorii dziejów, ksywa “Macierewicz”, jest nie czująca respektu przed nikim szesnastolatka, jest majtek w stopniu kapitana, jest kilkoro informatyków.

Macierewicz i kapitan-majtek, obaj po sześćdziesiątce, żrą się o to jak rozbijać jajka do jajecznicy. Szesnastolatka strofuje obu w kwestiach żeglarskich oraz kambuzowych. Morski wilk tryska koszarowym humorem i bierze szesnastolatkę pod opiekę. Weteran siedmiu mórz i oceanów nie umie poprawnie nanieść pozycji na mapę, doświadczony motorowodniak kręci sterem nie w tę stronę. Niekontrolowane zwroty przez rufę co kilkanaście minut. Jedziemy.

Koja

Płyniemy na południe, kurs 205, niezmiennie przez pięć dni. Pojawiają się latające ryby, żółwie morskie, rekiny, delfiny. Z każdym przeciętym równoleżnikiem podnosi się temperatura, tak na pokładzie jak i w koi. Na Bałtyku koja była oazą spokoju, ziemią obiecaną, w której zaciszu i cieple, owiniętym w śpiwór przesypiało się godziny wolne od obowiązków nawigacyjnych i kambuzowych. Na Zjawie moja koja, dolna prawa burta na rufie, ma metr osiemdziesiąt długości, pół metra szerokości i tyleż wysokości. Wymiary trumny, mniej więcej. Kiedyś na Mazurach Jerzy spał w bakiście, jeszcze mniejszej. W nocy obudził nas jego krzyk, że został żywcem pogrzebany, i żeby iść mu na ratunek. W moim przypadku wrażenie przypominało raczej topienie się w zupie. Po przekroczeniu zwrotnika Raka, co noc budziłem się mokry od potu, wynurzałem głowę z zejściówki żeby zaczerpnąć powietrza i nurkowałem z powrotem do koi, na kolejną godzinę beztlenowego snu.

Próbowałem spać na pokładzie, z wątpliwym powodzeniem. Najpierw nie chciałem zasolić śpiwora, więc kładłem się w ubraniu, przypięty szelkami do masztu. Było twardo i niewygodnie, a do tego wiatr powodował, że pomimo 27 stopni temperatury powietrza, marzłem. Później w Prai poszedłem po rozum do głowy i spałem w śpiworze. Było zupełnie w porządku, dopóki nie nadeszła ulewa. Koniec końców zawsze lądowałem w koi.

Prowiant

Week-Old Jamon

Do zaprowiantowania wydelegowano dziewczyny, nie opierały się specjalnie. Agnieszka była nawet dobrze przygotowana do roli kwatermistrzyni, z rozplanowanymi posiłkami na 10 dni rejsu. Po poprzedniej załodze zostało parę kilo kuskusu i litry sosu chińskiego. Z braku lodówki dokupujemy do tego sporo konserw i kilkaset jaj. Prawdziwym hitem jest jednak jamon Serrano – cała świńska noga, która wisi najpierw w kambuzie, a później na pokładzie. Duże uznanie u całej załogi znajduje też nowatorski pomysł pieczenia chleba na pokładzie, przy użyciu lidlowskiej mieszanki. Wyżywienie, jak na żaglówkę, bardzo przyzwoite.

Kąpielówki

Zrosłem się z kąpielówkami, stały się moją nieodłączną częścią. Z logistycznych względów wziąłem ze sobą tylko 6 kilo bagażu, miejsca na zbędne luksusy, takie jak zapasowa para majtek, nie było. Kąpielówki są w takiej sytuacji bardzo praktyczne: przewiewne, szybko schną i można się umyć razem z nimi. W czasie siedmiodniowego przelotu miałem dwa prysznice – na tyle starczyło słodkiej wody. W Prai było gorzej: nie tankowaliśmy wody, bo była niewiadomej jakości, a w porcie pryszniców nie było. Trzeba się było wbijać do hoteli.

Keja

Kwestia wymiany załogi i zaprowiantowania w Prai nie została dobrze przemyślana. W stolicy Cabo Verde nie ma mariny, jest tylko kotwicowisko. Mamy na pokładzie ponton, ale silnik się zepsuł, zaś wożenie wszystkich bagaży i prowiantu pontonem, na pagajach, wydaje się wysoce niepraktyczne, więc z telefonu satelitarnego dzwonimy do kapitanatu portu i dogadujemy się, że zacumujemy przy murowanej kei przeznaczonej dla dużych statków. Ze względu na pływy zostawiamy cumy i szpringi luźne, statkiem rzuca o keję. Wisząca na niej opona o średnicy dwóch metrów wyciera dziurę w pokrywającej burtę farbie; odbijacz się urywa i odpływa w siną dal; co kilka godziny przeciera się jedna z cum, wachty nawigacyjne mają za zadanie wiązać ich pozostałości i wymieniać. Niekiedy statkiem rzuci akurat tak, że fragment burty nie chroniony odbijaczami ani oponą uderza o beton kei, lecą drzazgi. Przechadzający się po kei czarnoskórzy pracownicy portu zatrzymują się obok naszej łódki i albo kręcą z politowaniem głową, albo wprost śmieją się z idiotyzmu białasów, kórzy postawili jacht w takim miejscu. Co jakiś czas przychodzi ktoś z portu i prosi, żebyśmy przesunęli statek, bo przeszkadza. O przestawieniu łódki mowy nie ma, bo przy przybijaniu spieprzyło się chłodzenie w silniku, jakiś gwint się urwał. Statek stoi. Rozpierducha jest totalna.

Wiza

Na stronie brytyjskiego rządu napisano, że uzyskanie wizy Cabo Verde na miejscu nie jest sprawą oczywistą. Hard At Work Wizę zawczasu załatwić można u konsula honorowego. Nazywa się Jonathan Lux, bywa w Londynie dwa razy w miesiącu. W celu uzyskania wizy należy panu Luksowi przesłać 40 funtów w gotówce lub czeku wystawionym na jego nazwisko, paszport, wypełniony wniosek oraz kopertę zwrotną. Istotnie, po kilku dniach paszport wraca ze stosowną pieczątką.

Cały ten proces okazuje się zbędny, bowiem wizy bez problemu – i taniej, po 25 euro od sztuki – załatwić można w porcie w Prai. W ogóle te wizy to jakaś ściema, bo potrzebne są jedynie przy wylocie z wysp samolotem. Część załogi, która płynać będzie dalej jachtem, wiz w ogóle nie potrzebuje.

Praia

Praia, czyli plaża. Najlepiej Quebra Canela, w willowej dzielnicy. Obok, w barze Kebra Kabana, można zjeść niedrogą i smaczną grillowaną rybę i wypić koktail. W okolicy są też jedyne okazałe budowle stolicy: parlament Cabo Verde oraz, naprzeciwko, ambasady Chin i Rosji. Inne instytucje rządowe, jak ministerstwa i komitet olimpijski, mieszczą się w pobliskich blokach mieszkalnych.

Życie turystyczne toczy się na Plateau, w knajpach przy deptaku Avenida 5 de Julho. Przy placu Alexandre Albuquerque mieści się relatywnie luksusowy hotel Praia Confort, gdzie przy łucie szczęścia wynegocjować można dostęp do prysznica i skąd podebrać można WiFi (hasło: confort@praia). Na linii port – plateau – Kebra najwygodniej poruszać się taksówkami, tak oficjalnymi jak i nie. Standardowa stawka to 200 escudos, czyli 2 euro, zawsze negocjowane z góry, płacone z dołu. Euro przyjmowane jest praktycznie wszędzie w przeliczeniu 100 escudos za euro, co jest dość uczciwą stawką. Lepszy kurs można uzyskać wypłacając z bankomatów (nie stanowi to żadnego problemu), wymieniając euro u cinkciarzy zaludniających Avenida Amilcar Cabral, lub w banku (uważać na prowizję).

Afrykańskich miast dotąd nie widziałem, ale podejrzewam, że Praia stanowi względnie łagodne do nich wprowadzenie. Poza ścisłym centrum architektura to w przeważającej liczbie klockowate konstrukcje z pustaków, na ogół nie otynkowane i niedokończone – stoją ściany pierwszego piętra, jednak dachu brak, otwory okienne są puste. Ulice są raczej czyste, ale odpadki różnej maści – plastik, złom, gruz – walają się na terenach zielonych, w suchych korytach rzek, w pobliżu plaż. Po zmroku nie jest bezpiecznie, poza rejonami typowo turystycznymi poruszać się należy taksówką. Lokalsi są z reguły przyjaźni i nie natarczywi. Znajomość angielskiego jest nikła, również w branży turystycznej. Przy braku znajomości portugalskiego przydaje się francuski albo Google Translate.

Yellow Haze

Ilha de Santiago

Po zapoznaniu się z urokami miasta warto zagłębić się w teren. Wystarczy pogadać z dowolnym taksówkarzem, który za około 70 euro przewiezie naokoło wyspy swoim autem, albo za 100 euro załatwi minibusa. Standardowa trasa to Praia – Assomada – Tarrafal (przez centrum wyspy) i powrót brzegiem, przez Pedra Badejo; przeznaczyć na nią należy cały dzień. Wnętrze wyspy to zapierające dech w piersiach skały i doliny. W Tarrafal warto zatrzymać się na obiad w Baia Verde. To knajpa dla białasów, droga, ale grillowane ryby oraz owoce morza są pyszne, a widoki piękne.

Wkład do szamba

Żeglarz to macho. Laski są do kręcenia dupą, nie kabestanem. Ewentualnie do kambuza. Ja jestem zindoktrynowany przez zachodni liberalizm, wojujący feminizm i gender, i takie podejście powoduje u mnie dyskomfort.

Żeglarz się bawi. Jest towarzyski. Chleje i śpiewa szanty. Ja kiedyś, może piętnaście lat temu, też się tak bawiłem. Jak John Blackthorne, Anjin-san, po spędzeniu kilku miesięcy z Japończykami, zaczął odczuwać odrazę do barbarzyńskich zwyczajów swoich dawnych towarzyszy, tak ja z niesmakiem i zażenowaniem obserwuję żeglarskie imprezy.

Żeglarz wykazuje inicjatywę. Jak trzeba coś zrobić, w czymś pomóc, to nie rozgląda się, nie pyta “dlaczego ja?”, tylko to robi. I ja się staram, bo wiem, że tak należy; ale moje wyuczone odruchy każą mi tak się ustawiać, żeby to nie mnie poproszono, żeby to ktoś inny odwalił calą robotę.

Kapitan Achtelik tak rzekł kiedyś do trzeciego, który wydał niewłaściwy żagiel:

– Trzeci: ty się nie nadajesz na trzeciego. Ty się na żeglarza nie nadajesz. Ty się nadajesz tylko na wkład do szamba.

Ja też się chyba nie nadaję na żeglarza.

Haiku

Portowe chlanie
Zapierdol na silniku
Znów fuckinszanty

* * *

Zdjęcia, jak zwykle, na flickrze.