Angkor

Po opuszczeniu parku Khao Yai przedostaliśmy się przez granicę, dotarliśmy do Siem Reap, spotkaliśmy się z od dawna nie widzianą przyjaciółką z Japonii, uczciliśmy urodziny Marty i odwiedziliśmy jeden z głównych punktów naszej wizyty w Azji, ruiny świątyń z okresu świetności królestwa Khmerów. Angkor Wat zobaczyć na pewno warto, choć trzeba być przygotowanym na to, że pomimo niezbyt dogodnej lokalizacji turystów przybywają tam tysiące i że proponowane standardowo sposoby zwiedzania nie mają wiele sensu. Ale po kolei:

Przez granicę

nasze plecaki na granicy O przedostawaniu się z Tajlandii do Kambodży i podróży z granicy do Siem Reap naczytałem się na TalesOfAsia, forach i w przewodnikach i obraz, który się wyłaniał, to lawirowanie między sprytem naciągaczy, korupcją urzędników i niepozorną powierzchownością kieszonkowców. Nasza podróż tymczasem przebiegła bez kłopotów. Z Khao Yai wydostaliśmy się, jak zwykle, stopem, na pickupach, które dowiozły nas do głównej drogi łączącej Bangkok z leżącym na granicy Aryanprathet. Tam, tuż przy skrzyżowaniu, złapaliśmy przejeżdżający dziesięć minut później autobus, który dowiózł nas wprost na granicę (według naszej wcześniejszej wiedzy, autobusy jeździły tylko do dworca w Aryanprathet, skąd trzeba było na granicę dojechać tuk tukiem). Tam odczekaliśmy krótką chwilę w kolejce dla cudzoziemców – była znacznie krótsza od tajskiej, którą okupowały setki hazardzistów udających się do zajdujących się w strefie międzygranicznej kasyn.

Zaraz po wyjściu z budynku tajskiej służby granicznej przywitał nas sympatyczny i mówiący nieźle po angielsku Khmer, który zaprowadził nas najpierw do miejsca, gdzie kupuje się wizy, potem do kambodżańskiej straży granicznej a w końcu wsiadł z nami w darmowego busa, który zawiózł nas na dworzec autobusowy. Przez calą drogę tłumaczył jakie są możliwości transportu, jakie waluty warto mieć ze sobą i dlaczego, i pomimo szczerych chęci i dużej dozy podejrzliwości ani razu nie złapaliśmy go na naciąganiu na skorzystanie z jakiejś usługi o cenie wyższej niż rynkowa.

Z opcji transportu do Siem Reap wybraliśmy autobus. TalesOfAsia ostrzega, że autobus odjeżdża dopiero wtedy, gdy zbierze się komplet pasażerów i że czekać można bardzo długo. W naszym przypadku komplet prawie już był i wyjechaliśmy nie później niż godzinę po tym, jak wsiedliśmy. Podczas postoju na jedzenie wykazaliśmy się też pewną dozą sprytu i zamiast jeść w restauracji dla turystów, przy której autobus się zatrzymał, poszliśmy kupić jakieś lokalne jedzenie na ulicy. Do Siem Reap dotarliśmy, zgodnie z zapewnieniami, po trzech godzinach jazdy.

Urodziny

Siem Reap to miasto na wskroś turystyczne. Wjeżdżając do niego mieliśmy okazję podziwiać typowe okazy architektury hotelowej, z którą pierwszy raz styczność mieliśmy w Egipcie: budynki stylizowane czy to na secesję, czy na monumentalną architekturę Waszyngtonu, lśniące, rzęsiście oświetlone i pasujące do otoczenia jak pięść do nosa. Autobus wysadził nas w centrum, gdzie po pół godzinie poszukiwań znaleźliśmy hotelik w akceptowalnej dla nas cenie. Pokoje co prawda miały okna ktore wychodziły na wewnętrzne lobby i panował w nich wilgotny zaduch pięknie rozwijającego się grzyba, ale miały własne łazienki, bezprzewodowy internet, były blisko centrum miasta, no a za 5$ za noc trudno liczyć na wszystkie możliwe luksusy. Jako że było już dość późno, postanowiliśmy kolejny dzień zrobić wolny, bez konkretnych planów, a do ruin wybrać się za dwa dni, czyli w niedzielę dwunastego grudnia.

urodzinowy tort Marty W Siem Reap umówiliśmy się z Azumi, przyjaciółką z czasów Kuby i mojej pracy w Londynie. Azumi kilka lat temu wróciła za Anglii do Japonii, później pracowała jako wolontariuszka w sierocińcu w Ugandzie a ostatnio przebywa sporo na wyspie Phuket w Tajlandii, gdzie trenuje tajski boks. Niedawno skończyła się jej wiza tajska, wybrała się więc na wycieczkę do Laosu i Kambodży, aby po powrocie dostać kolejną wizę – tzw. “visa run”, popularny wśród przyjezdnych, którzy przebywając na wizie turystycznej chcą dłużej zostać w Tajlandii. Spotkaliśmy się z nią rano po przyjeździe do Siem Reap, wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy kupić bilety do ruin. Bilety jednodniowe – takie nas interesowały – kosztują po 20$ od osoby. Kupić je można dnia poprzedniego od 16:45, i przy ich pomocy można się jeszcze załapać na zwiedzanie pod koniec dnia, bo ruiny zamykają o 17:30. Skorzystaliśmy z tej możliwości i udaliśmy się do świątyni Bayon.

Po powrocie z rowerów Marta zaprosiła nas na kolację z okazji swoich urodzin. Nasze dotychczasowe doświadczenia z kuchnią tajską i kambodżańską były dość rozczarowujące. Dużo się słyszy o potrawach z południowo-wschodniej Azji jako jedynych w swoim rodzaju i niezwykle smacznych, ale to, co jak dotąd kupowaliśmy na ulicznych straganach i w budkach z jedzeniem za dolara nie było niczym specjalnym. Miało niewątpliwie swój egzotyczny urok, ale oceniając same walory smakowe wypadało nienajlepiej. Restauracja, do której zabrała nas Marta rozwiała wątpliwość co do potencjału tutejszej kuchni. Wszystkie dania (sałatka z mango i makaronu, fish amok, zielone curry z kurczakiem, panierowane warzywa smażone w głębokim tłuszczu i wiele innych) były pyszne i bardzo aromatyczne, choć nie ostre – kuchnia kambodżańska jest łagodna. Ciekawostką był sposób, w jaki w restauracji tej podawano piwo. Dużą butelkę (duże piwo ma w Azji 630 ml) umieszczano w wiaderku z lodem, szyjkę obwiązywano serwetką – zupełnie jak białe wino lub szampana. Dla europejczyka przyzywczajonego do tego, że piwo, w odróżnienieu od wina czy szampana, to napój pospolity, taka celebra wygląda dość groteskowo.

Na koniec Azumi zorganizowała tort, którym z racji pełnych żołądków podzieliliśmy się z obsługą lokalu, i wieczór zakończył się w bardzo miłej atmosferze.

Angkor Wat et al.

Na początek, jak moim zdaniem warto zwiedzać Angkor Wat i przyległości. Po pierwsze, wystarcza bilet jednodniowy, trzy- i siedmiodniowe są tylko dla pasjonatów tego konkretnego stylu architektury i sztuki, zawodowych badaczy lub “zaliczaczy”, którzy koniecznie muszą odhaczyć każdy pomnik i każdy obraz w muzeum. Po drugie, rano należy się wyspać, a nie zrywać się przed piątą żeby w ciemnościach oczekiwać aż słońce pojawi się nad charakterystycznymi szyszkami Angkor Wat. Po trzecie, nie ma sensu brać tuk tuka ani innego zmotoryzowanego transportu, wystarczy rower, bo ciekawe rzeczy są stosunkowo blisko siebie, a są to:

  • Angkor Wat, czyli główna świątynia, która nadała nazwę całemu niejscu. Budynek jest wielki, jego frontowe galerie pokryte są słynnymi płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z mitologi hinduistycznej. Najciekawsze jest jednak założenie całego miejsca: ogromny teren otoczony stumetrowej szerokości fosą, brama, mury, i skala całego kompleksu. Ta Phrom
  • Ta Phrom. Tego klasztoru nie odrestaurowano, lecz pozostawiono go w mniej wiecej takim stanie, w jakim odkryty został przez europejczyków w XIX wieku. Z rozpadających się murów wyrastają ogromne drzewa z gatunku Tetrameles Nudiflora (ma to polską nazwę?), ktorych niesamowite korzenie wyglądają jak fragment budowli. Obiekt jest bardzo duży, samo przejście z jednego na drugi koniec zajmuje pół godziny. To miejsce zrobiło na mnie zdecydowanie największe wrażenie.
  • Centrum Angkor Thom i świątynia Bayon. Angkor Thom było miastem, w którym za czasów świetności na 10 km² mieszkało podobno milion mieszkańców. W jego centrum znajduje się świątynia Bayon, różniąca się znacznie stylem od Angkor Wat i zawierające olbrzymie płaskorzeźby twarzy Buddy, które zobaczyć można też w kilku bardziej odległych świątyniach. Inne budowle w Thom to pozostałości królewskiego pałacu, których my akurat nie zdołaliśmy obejrzeć, ale przypuszczam, że warto na nie choćby pobieżnie rzucić okiem, aby mieć porównanie architektury stricte sakralnej z tą bardziej użytkową.

Z pozostałych kompleksów zobaczyć można jeszcze Preah Khan, którego charakter podobny jest do Ta Phrom – to też drzewa przerastają mury i widać jak dżungla wdarła się do majestatycznych niegdyś budowli i pochłonęła je.

Wiedzy tej nie miałem kiedy wyruszaliśmy do ruin, a nawet gdybym miał to przypuszczam, że reszta wycieczki mogłaby nie podzielać moich preferencji w kwestii sposobu zwiedzania. Wynajęliśmy na cały dzień tuk tuka (nb. kambodżańskie tuk tuki to motorower plus czteroosobowa przyczepka, w odróżnieniu od tajskich, które są jednym, trójkołowym pojazdem i zabierają dwie osoby), który miał nas wozić po ruinach. Standardowa duża pętla oferowana turystom to kilkanaście kilometrów i jej zaletą jest to, że pokazuje jak duży obszar pokryty był tymi fascynującymi budowlami, zaś wadą to, że sporo czasu spędza się przy podobnych do siebie pozostałościach cywilizacji Khmerów i jadąc tuk tukiem. Wyruszyliśmy o piątej, żeby obejrzeć polecany przez przewodniki wschód słońca nad Angkor Wat – jak dla mnie nic specjalnego, gdy robi się jasno to jest fajne światło do robienia zdjęć, bo później słońce jest tak ostre, że bardzo trudno jest budowlę efektownie sfotografować, ale nie jest to wystarczający argument, żeby zarywać noc i psuć sobie przyjemność z późniejszego zwiedzania. Później jeśdziliśmy po pomniejszych świątyniach na wschód od Watu aby w końcu zamknąć pętlę i zakończyć na Preah Khan, Angkor Thom i Ta Phrom. Jak już wspomniałem to te ostatnie obiekty są najciekawsze i wizyta tam z wycieczki, która mogła pozostać w pamięci jako nieudana, uczyniła to niezwykłe doświadczenie, na które się w jakiś tam sposób nastawiałem. Te ruiny na prawdę są niesamowite i widać skąd rozmaici ilustratorzy fantasy i reżyserzy filmowi mogli czerpać inspiracje przy przedstawianiu miast i budowli różnych fantastycznych cywilizacji. Gdyby zabrać z tamtąd tłumy turystów i dzieciaki, które w okolicach wejść do atrakcji natrętnie usiłują sprzedać pocztówki, bransoletki i ręcznie wykonane instrumenty muzyczne, możnaby poczuć się jak w jakiejś baśni czy legendzie.

* * *

Kolejny przystanek: Phnom Penh. Zostaniemy tam pewnie dwie noce, wykorzystując dzień pomiędzy na odwiedzanie miejsc pamięci o reżimie i ofiarach Czerwonych Khmerów, a potem już jedziemy do Laosu.

Siem Reap