Azja po dwóch tygodniach

Vientiane jest zabawne. Ma fontanny, które włączane są tylko gdy nieopodal przejeżdżają kolumny samochodów z oficjelami, i Champs-Élysées z żelbetowym łukiem triumfalnym, w którym mieszczą się stragany z pamiątkami. Poza tym jest to miasto nad wyraz kameralne i spokojne. Lenimy się tu, wałęsając się po mieście, szukając biżuterii i ozdób do kostiumów tanecznych i nadrabiając zaległości we wgrywaniu zdjęć na Flickr. Korzystając z braku wydarzeń do zrelacjonowania podzielę się więc spostrzeżeniami dotyczącymi tego kawałka Azji, który do tej pory udało nam się zobaczyć.

Pogoda

Jest ciepło i sucho. Ciepło, to znaczy na ogół ponad 30 stopni w cieniu, choć na Don Khon mieliśmy chwilowe ochłodzenie, kiedy to temperatura w dzień spadła do około 25, a w nocy wynosiła chyba poniżej 20. Sucho, to znaczy podczas ostatnich dwóch tygodni deszcz zaobserwowaliśmy dwa razy: potężna, lecz krótka, ulewa w Phnom Penh oraz niewielki deszcz na Don Khon.

na górze laotańska, przejściowa forma tuk tuka, z wciąż widoczną spuścizną po motocyklu; na dole w pełni wyewoluowany tuk tuk

Transport

Wyjąwszy stopowanie i motorowery w Khao Yai oraz pociąg do Pak Chong, na dłuższych dystansach poruszamy się głównie autokarami. W turystycznych miejscach jest pełno sklepików – często funkcjonują one przy hotelach i restauracjach – organizujących bilety do wszystkich popularnych celów w promieniu dwóch dni drogi. Bilety na dystansach poniżej 1000 km kosztują w przedziale 9-25$ w zależności od popularności trasy i standardu pojazdu. Najczęściej poruszaliśmy się tzw. V.I.P. busami, które mają rozkładane siedzenia, klimatyzację i telewizor, który czasem na szczęście jest wyłączony; niekiedy zdarza się też działająca toaleta. Na trasach, których pokonanie zajmuje około 10 godzin, funkcjonują nocne autokary sypialne, które zamiast siedzeń mają łóżka. Jechaliśmy takim z Pakse do Vientiane; łóżka są bardzo wąskie, we dwoje z trudem się mieściliśmy na podwójnym, ale wyspać się można lepiej niż na zwykłych fotelach.

Poza Bangkokiem transport publiczny w miastach praktycznie nie istnieje. Taksówek samochodowych jest niewiele – tu znów Bangkok jest wyjątkiem – i często nie można ich łapać na ulicy, trzeba udać się na postój, na ogół jedyny w mieście, albo zatelefonować. W tej sytuacji głównym środkiem transportu pozostają tuk tuki. W zależności od kraju określenie to oznacza różne pojazdy, których cechą wspólną jest niewielki rozmiar i zadaszona, lecz poza tym otwarta, platforma z siedzeniami dla pasażerów z tyłu. Wyewoluowały one zapewne z motorowerów z przyczepkami (tak wyglądają tuk tuki kambodżańskie), poprzez przody od motocykli z dospawanymi z tyłu platformami pasażerskimi (zaobserwować je można w Laosie) aż po trójkołowe pojazdy, które z motocyklowymi przodkami nie mają z wyglądu wiele wspólnego (Tajlandia, Laos). Jazda takim wehikułem na dystansie kilku kilometrów kosztuje równowartość 2-5 dolarów. Pojazdy te spotkać można zawsze pod hotelami i w miejscach odwiedzanych przez turystów. Kierowcy nagabują przechodniów i na ogół podają zawyżone ceny, tak że zawsze opłaca się negocjować. Inna możliwość transportu dla jednej lub dwóch osób poruszających się bez większego bagażu to “moto”, czyli gość podwożący gdzie trzeba motorowerem. Ania z Martą jechały takim w Phnom Penh i były chyba zadowolone. W większości turystycznych miejsc można też wypożyczyć rowery (1-2$ za dzień).

Noclegi

Miasta albo w całości są zagłębiami hotelowymi (Siem Reap) albo takowe posiadają w okolicach atrakcji turystycznych (Khao San w Bangkoku, Riverside w Vientiane etc.). Ceny za noc zaczynają się od 5$ i w niektórych miejscach (Phnom Penh na przykład) za tę kwotę dostać można całkiem przyzwoity pokoik, z wiatrakiem (czyli bez klimatyzacji) i z własną łazienką. Generalnie jednak standardy i ceny różnią się znacznie w zależności od miejsca i poszukując pokoju w turystycznych gettach jest się skazanym na jakieś kompromisy – albo pokój bez okna, albo bez łazienki, albo bez Internetu, albo drogi…

Podróżując z Martą i Kubą, którzy budżetu pilnują z żelazną dyscypliną, zamieszkiwaliśmy w najtańszych guest housach (tak tu mówią na małe hoteliki). W Laosie trochę się rozochociliśmy i na Don Khon oraz w Vientiane zatrzymaliśmy się w hotelach z nieco wyższej półki – głównie dlatego, że nie mieliśmy tu w planach intensywnego zwiedzania i spodziewaliśmy się, że pokoju hotelowym będziemy spędzali stosunkowo dużo czasu, dobrze więc, żeby było to miejsce gdzie przyjemnie jest przesiadywać. Hoteliki standardem przypominają to, co spotkać można w Europie, jedyna różnica to łazienki, gdzie prysznic nie jest na ogół oddzielony żadną zasłoną ani kabiną, tak że przy myciu dostaje się całej łazience. W pokojach bez klimatyzacji na ogół nie ma też ciepłej wody.

Jedzenie

uliczny stragan z jedzeniem Autentyczne lokalne potrawy najłatwiej znaleźć na ulicy, zwłaszcza wieczorem. Na chodnikach rozstawiają się wtedy stragany z grillami na których pieką się kurczaki i ryby, wokami w których smażą się warzywa i nudle i wielkimi garami z zupą. Zjeść można na miejscu, siedząc na plastikowych krzesełkach przy plastikowych stolikach, albo wziąć na wynos – jedzenie dostaje się wtedy w foliowej torebce, zjedzenie z niej zupy wymaga pewnej gimnastyki. Takie przenośne, czy też przewoźne stoiska zobaczyć czasem można gdy się przemieszczają – mają wtedy formę szklanej gabloty na kółkach, przypiętej z boku albo z przodu do roweru lub motoroweru. Kolejny stopień w hierarchii gastronomicznej stanowią kafejki, które serwują zasadniczo to samo (i w podobnych cenach), co przewoźne stragany, ale dysponują własnym lokalem – na ogół jest to po prostu wiata lub taki jakby garaż na parterze budynku. Są w końcu i “prawdziwe” restauracje, skierowane głównie do bardziej zamożnych turystów. W tych serwujących dania kuchni lokalnej jedzenie bywa bardzo dobre i nie zawsze kosztuje majątek.

No właśnie, jedzenie: w większości przypadków jest to albo ryż z czymś, albo kluski z czymś, albo zupa (wywar z kości i mięsa) z kluskami i z czymś. Ja byłem trochę rozczarowany, bo spodziewałem się masy aromatów, przypraw, superostrych sosów i rozmaitości niespotykanych w Europie warzyw, tymczasem to, co tu w tych prostych straganach i jadłodajniach serwują do złudzenia przypomina dania z noodle house’u na Greenwich, koło Cutty Sark. Tych azjatyckich specjałów, których namiastki tak smakowały mi zawsze w londyńskich tajskich knajpach, szukać chyba trzeba tu w restauracjach z wyższej nieco półki; uliczne stragany tymczasem to przecież odpowiednik zachodnich budek z hot dogami – i gdy się o tym pamięta wcale nie wypadają tak blado. W szczególności wybór, jaki oferują, jest ogromny. Większość tego, co serwują, jest dla zachodniego turysty zupełnie strawne; co najwyżej czasem natknąć się można na fragmenty nie uważane u nas za jadalne, jak głowa kurczaka, która zapodziała się gdzieś w potrawce z tego zwierzęcia. Pieczone tarantule, które kupić można było na ulicznym straganie w Siem Reap, to chyba tylko ciekawostka dla turystów – nie widziałem, żeby aborygeni się tym zajadali.

Prócz wody, którą z racji panujących temperatur wchłania się tu w znacznych ilościach, nasza dieta płynna składa się głównie z owocowych szejków i piwa. Te pierwsze to wybrane owoce (my na ogół bierzemy banany, popularne są też ananas i papaja) zmiksowane z lodem, czasem, w bardziej luksusowych wersjach, również z mlekiem lub z jogurtem. Kosztują, w zależności od miejsca, od pół do dwóch dolarów i są bardzo smaczne. Piwo jest w Azji stosunkowo drogie (1-2$ za dużą, 640 ml butelkę) i niezbyt dobre. Każdy kraj ma dwie lub trzy popularne marki. Tajskie to Singha, Leo, i jeszcze jedno, którego nazwa mi umknęła, kambodżańskie to Angkor zaś laotańskie to Namkhong i Beer Lao – to ostatnie jest z wymienionych najsmaczniejsze.

W przewodnikach dużo się można naczytać o zagrożeniach związanych z brakiem higieny i badań produktów z których przyrządzane są potrawy. Istotnie, wokół leżącego na ladach jedzenia krążą nieraz chmary much a przenośne grille i gabloty nie sprawiają wrażenia starannie wyszorowanych. Tym niemniej w naszym przypadku obyło się jak na razie bez specjalnych problemów. Ja się lekko zatrułem raz, prawdopodobnie hotelowym śniadaniem, a żona, której żołądek jest bardzo delikatny, narzeka tylko czasem na bóle brzucha, ale większych awarii póki co uniknęła.

Ruch uliczny

Elementem, który przyjezdnym Europejczykom wyda się bez wątpienia egzotyczny, jest ruch uliczyny w miastach. Po pierwsze, rodzaje pojazdów poruszających się po drogach: w przeważającej większości są to motorowery, z samochodów królują pickupy (wśród nich niekwestionowanym liderem jest Toyota Hilux). Typowych samochodów osobowych jest niewiele, duża część z tych, które jeżdżą, to taksówki, rowerów też nie widuje się często. Po drugie, sposób w jaki pojazdy te poruszają się: przy wyjeżdżaniu z ulicy podporządkowanej (o ile takie pojęcie w ogóle istnieje w tutejszym kodeksie drogowym) ruch z głównej ulicy przepuszcza się tylko jeśli jest naprawdę gęsty; w przeciwnym przypadku pojazd wyjeżdża licząc na to, że nadjeżdżające motorowery i samochody dostrzegą go i zwolnią, albo ominą. Przy skręcie w lewo powszechne jest zjeżdżanie na przeciwległy pas, o ile nic nim akurat nie jedzie. Często spotkać można motorowery jadące pod prąd: jeśli delikwent zatrzymał się po jednej ze stron drogi i chce się włączyć do ruchu po stronie przeciwnej, rusza w swoim kierunku poboczem lub skrajnym pasem tej strony, na której stał i czeka na dogodny moment do przejechania na właściwą. Klaksonów używa się niewiele, najczęściej stosują je na drogach poza miastem większe pojazdy, np. autokary, do ostrzegania wyprzedzanych motorowerzystów.

Brzmi to dość chaotycznie i niebezpiecznie, ale żadnych wypadków nie zaobserwowałem – dlatego chyba, że wszyscy jeżdża stosunkowo wolno i uważnie, spodziewając się zachowań takich, jak wymienione wyżej. Co więcej, nie miałem specjalnych problemów z dostosowaniem się do tych “reguł” zwiedzając Vientiane na rowerze. Małżonka moja, wykazując najwyraźniej więcej wyobraźni w kwestii drogowych niebezpieczeństw, podchodziła do tych manewrów z większą nieufnością i preferowała włączanie się do ruchu wtedy, gdy nie wymagało to wyjeżdżania tuż przed nadjeżdżające z przeciwka pojazdy.

* * *

Dziś (23 grudnia) wieczorem lecimy do Hanoi, gdzie spotkamy się z Martą i Kubą oraz Trungiem i Justyną.