Bangkok

Do Bangkoku dotarliśmy przed siódmą rano, po jedenastogodzinnym locie, podczas którego przespałem może godzinę, tak że plan bezbolesnego przestawiania czasu diabli wzięli. Miejsca mieliśmy całkiem sporo, cały, trzymiejscowy rząd dla nas dwojga, ale nie sposób było znaleźć pozycji, w której dałoby się usnąć. Fotele w klasie biznes mają jednak tę istotną przewagę, że można z nich zrobić w pełni funkcjonalne łóżko. Jakoś dolecieliśmy, i kolejny etap stanowiło uzyskanie wizy do Tajlandii. Tu okazało się, że fakt, iż będąc Polakami mieszkamy w Wielkiej Brytanii (a bardziej poprawnie, w Zjednoczonym Królestwie) i czytam głównie fora dla obywateli tegoż przeznaczone, jest czasem kłopotliwy.

nasz hostel Mianowicie, wbrew temu, co rzeczone fora insynuowały, i co wynikało z wymagań linii lotniczej, Polacy wizy turystyczne dostają na dni 15, nie 30, w związku z czym oczekuje się od nich, że są w stanie udokumentować zamiar opuszczenia kraju w tym okresie. Nasz trefny bilet był na 23 grudnia, czyli 17 dni po przylocie. Normalnie bym się zestresował nie na żarty, ale przed wyjazdem powtarzałem sobie, wzorem eletrycerza z lemowskich “Bajek robotów”, żeby tylko się nie denerwować, a wszystko będzie dobrze (elektrycerz chyba myślenia miał unikać, ale na jedno wychodzi). I rzeczywiście: urzędnicy imigracyjni przymknęli na to oko, informując nas jedynie, że pozostanie w Królestwie Tajlandii dłużej niż pozwala na to wiza pociąga za sobą karę 500 bahtów (przez “h”, na szczęście) za każdy dzień.

Bez specjalnych problemów dojechaliśmy na Khao San road i znaleźliśmy nasz guesthouse. Obawy o rezerwację okazały się bezpodstawne – na zewnątrz była co prawda wywieszka “Sorry, Full House”, ale uwzględniało to pokój zarezerwowany dla nas. Jako że w hoteliku pojawiliśmy się około 10, a wprowadzić się mogliśmy dopiero o 13, zostawiliśmy bagaże i wybraliśmy się na spacer po okolicy. Bangkok przytłoczył nas: nie znana nam bliżej kultura, chaos, specyficznego rodzaju brud, nagabujący co krok ludzie (zarówno życzliwi, jak i naciągacze), niewiele miejsc, w których można spokojnie usiąść i odpocząć, to nie jest mieszanka, którą należy polecać na pierwsze godziny po męczącym locie. Do guesthousu wróciliśmy w nienajlepszych nastrojach, odebraliśmy pokój i położyliśmy się odespać część chociaż zarwanej nocy.

Warto tu wspomnieć, że polecony przez TravelFish Shambara Boutique Hostel okazał się bardzo fajny. Właściciele są sympatyczni, jest czysto, pokoi jest dziewięć, niezwykle prosto, ale ładnie urządzonych. Łazienka jest wspólna dla wszystkich pokoi, z dwoma prysznicami, dwiema toaletami i jedną umywalką – kolejek nie odnotowaliśmy. Nasz pokój (nr 6) ma klimatyzację, którą nastawiliśmy na 28 stopni, żeby było trochę chłodniej niż na zewnątrz, ale nie za bardzo. Jedyne jak dla mnie mankamenty to fakt, że jest maciupeńki (poza łóżkiem niewiele się w nim mieści) i jest ze stony domu, z której znajduje się pompa do wody, hałasująca gdy łazienka jest w użyciu. Śniadanie jest nad wyraz skromne, składa się z kawy, dwóch tostów, i dżemu. Je się w ogrodzie i po stolikach łazi masa mrówek, właściciele stosują więc ciekawy patent, aby obronić przed nimi słoik z dżemem: stawiają go na małej tacce wypełnionej wodą.

restauracja Pranakorn Za niewielką opłatą można tu uzyskać dostęp do Internetu. Skorzystaliśmy z tego skwapliwie i skontaktowaliśmy się z Kubą i Martą. Okazało się, że są 100 km od Bangkoku, w Ayutthaya, i w środę wybierają się do parku narodowego Khao Yai i do Siem Reap dotrą w piątek lub sobotę. My planowaliśmy do Siem Reap pojechać w środę, a wyjechać z tamtąd w sobotę, czyli rozminęlibyśmy się. Postanowiliśmy więc dołączyć do nich i wspólnie zobaczyć park a później dostać się do Kambodży. Stosowne poprawki wprowadziłem już do itinerera.

Wieczorem, w lepszych już nastrojach, wybraliśmy się na kolację do mieszczącego się na czterech piętrach baru, galerii i restauracji Pranakorn. W barze nikogo nie było, w galerii wyłącznie portrety króla (Jego Wysokość miał w niedzielę osiemdziesiąte urodziny i wszystko jest nim tera obwieszone), nas najbardziej jednak interesowała restauracja, która mieści się na dachu. Zjedliśmy tam całkiem znośną kolację, ja wypróbowałem lokalnego piwa o nazwie Chang i było bardzo przyjemnie.

Dzisiaj przed południem popłynęliśmy łódką w okolice Grand Palace i Wat Pho. Świątynia ta słynie z czterdziestopięciometrowego posągu Buddy. Posąg leży w specjalnej kaplicy i rzeczywiście jest wielki, a najciekawszym jego elementem są podeszwy stóp, na których wypisano 108 cech, po których można poznać Buddę. Poza posągiem fajne są mozaiki, którymi wszystkie budynki są wyklejone z zewnątrz, i rozległy teren, na którym mieści się kompleks. Do Grand Palace nie wchodziliśmy, bo wyglądał na duży i niezbyt ciekawy, a my chcieliśmy już być w domu. Po popołudniowej sjeście udaliśmy się do Chinatown, spróbować ulicznego jedzenia, z którego część tej dzielnicy słynie.

dowód, że udało nam się złapać tuk tuka Sprawą, która niepokoiła nas już przed wyjazdem, jest praktykowany w tej części świata sposób dokonywania zakupów. Ceny ustalane są między sprzedającym a kupującym w drodze negocjacji, a jest to proces, do którego zarówno Ania jak i ja nie czujemy powołania, a nawet czujemy awersję. Można oczywiście przystać od razu na propozycję sprzedającego, ale pozostaje wtedy poczucie, że wyszło się na frajera. Tak źle i tak niedobrze. Trzeba więc było przystosować się do tutejszej kultury. Ćwiczyliśmy najpierw na T-shircie. Z ceny wywoławczej 250 baht, udało nam się zejść do 150 – pierwszy sukces. Zachęcony tym osiągnięciem postanowiłem załatwić nam transport z Khao San na ulicę Yaowarat w Chinatown. Szacowałem, że licznik w taksówce nie przekroczyłby 50 bhat, ustawiłem więc swoją cenę za tuk tuka (środek transportu składający się z jednego koła i kierowcy z przodu oraz dwóch kół i platformy z siedzeniem dla pasażerów z tyłu) na 30-40. Pierwszy kierowca zażyczył sobie 200 bhat, ja zacząłem od 20 i nie doszliśmy do porozumienia. Drugi był bardziej do rzeczy, bo zaczął chyba od 140, ale na moje 30 powiedział, że za tyle to może mnie zawieźć do bardzo dobrego krawca, który mi zrobi garnitur, a nie na Yaowarat. Poniżej 80 zejść nie chciał. Postanowiłem więc sprawdzić teorię z taksówką, ale taksówkarz w ogóle na taką krótką trasę nie chciał jechać. Gadaliśmy jeszcze z jednym tuktukersem, ten zatrzymał się na 70, uznaliśmy więc, że przepłacać nie będziemy i idzemy na piechotę. Zajęło to około 45 minut, licząc z niewielkim zabłądzeniem. W drodze powrotnej natomiast pierwszy napotkany tuk tuk szybko zgodził się na 50 – wygląda więc na to, że przy Khao San mają większą podaż zdezorientowanych turystów.

Sama Yaowarat istotnie obfitowała w stragany z jedzeniem. Ja pożywiłem się smażoną rybą z imbirem, z której jadalna dla mnie byłą tylko tylna połowa, bo przednia składała się z głowy i przyległości – ale to, co zjadłem, bardzo mi smakowało. Ania zjadła pieczoną kaczkę z ryżem, też bardzo smaczna.

* * *

Jutro rano łapiemy pociąg do Pak Chong, na granicy parku Khao Yai i przez najbliższe parę dni prawdopodobnie nie będziemy dostępni. Kolejnych wieści od nas należy spodziewać się więc w weekend.

Bangkok