Jedna z czterech tysięcy

Właściciel wrócił po jakichś dwudziestu minutach. Na kierownicy motoroweru wisiała torba z jajkami i czymś, co wyglądało jak dynia. Ze świeżo zakupionymi wiktuałami udał się do znajdującej się za przepierzeniem z bambusowej plecionki kuchni i po chwili dało się słyszeć odgłosy przygotowywania naszego śniadania: naleśnika z ananasem i omletu z dynią. Siedzimy pod opartym na ażurowej konstrukcji z bambusowych pali dachem krytym ryżową słomą. Prócz nas w lokalu jest tylko dziesięcioletnia może córka właściciela, oglądająca w telewizji jakąś lokalną telenowelę i bawiąca się z małym kotem o przykrótkim, poskręcanym ogonie. Z jakiegoś powodu wszystkie tutejsze koty są małe i mają niepełnosprawne ogony. Ania wyraża przypuszczenie, że są tak okaleczane, żeby utrudnić im polowanie na kurczaki, których stadka grzebią na poboczu piaszczystej drogi prowadzącej przez wioskę.

podczas wyprawy na delfiny Naleśnik Ani przychodzi po 15 minutach, jest bardzo słodki, owoców jest w nim niewiele, ale polany jest obficie lekko skarmelizowanym, skondensowanym mlekiem. Ja po kolejnym kwadransie (dania najwyraźniej przygotowywane są jedno po drugim) zamiast omletu dostaję małą miseczkę czegoś pomiędzy zupą a dżemem dyniowym – podane na gorąco, dość słodkie i bardzo pikantne – do tego bagietkę. Na moje pytanie o omlet właściciel uśmiecha się przepraszająco i przy pomocy trzech angielskich słów, które zna, usiłuje mi wyjaśnić, że w jego języku omlet i zupa pisze się bardzo podobnie i że mu się pomyliło.

Jesteśmy w miejscu, gdzie tuż przed przekroczeniem granicy między Laosem a Kambodżą Mekong rozlewając się na szerokość kilkunastu kilometrów przepływa między wyspami i wysepkami, których, podobno, jest cztery tysiące. Nasza nazywa się Don Khon a sprowadziły nas na nią bliskość wodospadów, miejsc, gdzie zaobserwować można słodkowodne delfiny, stosunkowo – w porównaniu z sąsiednią Don Det – niewielka liczba turystów i obecność autentycznych, laotańskich wiosek. Wyspa jest niewielka, ma może cztery kilometry średnicy, najwygodniej poruszać się po niej na rowerach, które wynająć można w turystycznym centrum, w okolicach mostu łączącego Don Khon z Don Det. Nikomu się tu z niczym nie spieszy, właściciele interesów gastronomicznych wylegują się w cieniu na hamakach i gdy, z rzadka, zawita do nich jakiś klient, rozpalają piecyk z węglem drzewnym, idą kupić brakujące składniki zamówionych dań i przygotowują posiłek, który gotowy jest czasem po upływie pół godziny, czasem godziny – zależnie od liczby i stopnia skomplikowania potraw oraz od nastroju właściciela. Tak mógłby wyglądać dwadzieścia lat temu Tuchlin nad Bugiem, gdyby zamiast tamy na rzece wybuodowano wodospad i wpuszczono do niej trochę delfinów.

domek na tratwie W okolicy Don Khon Mekong pokonuje na krótkim odcinku kilkadziesiąt metrów różnicy poziomów, tworząc spektakularne wodospady, największe w tej części Azji, mierząc w ilości przepływającej wody. Z wyspy zobaczyć można dwa: mniejszy po stronie wschodniej i większy, nazywany Somphamit, po stronie zachodniej, gdzie rwąca rzeka po tworzy w skałach głęboki kanion. Delfiny żyją poniżej wodospadów, w miejscu, gdzie dwie odnogi rzeki po połączeniu rozlewają się na szerokość ponad kilometra. Z łódki, którą wynajmuje się na wyspie, dostrzec można grzbiety delfinów gdy ssaki te wynurzają się by zaczerpnąć powietrza – nie podpływają jednak bliżej niż na dwadzieścia metrów, tak że widoki nie są oszałamiające.

Brzegi wyspy porośnięte są palmami kokosowymi, wewnątrz są pola ryżowe, palmowo-bambusowe lasy i małe wioski. Pastoralna idylla to jednak nie jest, przemysł turystyczny wdziera się drzwiami i oknami. Co krok konstruowane są nowe bungalowy pod wynajem, restauracyjek i guesthousów jest w części turystycznej kilkanaście, do tego są dość ekskluzywne – ceny bywają kilkakrotnie wyższe niż na “budżetowym” Don Det. Mieszkamy w domku zbudowanym na tratwie zacumowanej u brzegu wyspy, jest uroczy, lecz w ciągu dnia przed oknami kilka razy na godzinę przepływają łódki wożące turystów i towary między wyspami, ich silniki hałasują nieznośnie. Pływające domki (to ewenement w tej okolicy, większość turystycznych bungalowów stoi nad rzeką, na palach) są właśnie konwertowane na luksusowy ośrodek: drewniany płot zastępowany jest murem, stoi już jakiś basen, na razie pusty; ceny dostosowano jako pierwsze, i są trzy razy wyższe od tych podawanych w przewodniku, które już były na górnym krańcu backpackerskiej skali.

Pomimo tych niedogodności jest to całkiem niezłe miejsce na relaks, z czego korzystamy pozostając na wyspie przez cztery noce, spacerując i pijąc bananowe szejki, bardzo słodkie, ale pyszne. Rozstajemy się z Martą i z Kubą, którzy wyruszają w poszukiwaniu okolic Laosu nie tkniętych stopą masowego turysty; spotkamy się znów w Hanoi, gdzie planujemy być wieczorem 23 grudnia. Po drodze na kilka dni zatrzymamy się w stolicy Laosu, Vientiane, która przez przewodniki rekomendowana jest jako przyjemne i niewielkie miasto.

2010-12-15 - 19 Don Khone