Na zdrowie

Zajmowanie się sprawami zdrowotnymi przed wyjazdem to dla mnie zupełna nowość. Zawsze byłem zdania, że apteczki i lekarstwa to bezużyteczny ciężar, który zajmuje tylko miejsce w bagażu, zmniejsza szansę znalezienia w kieszeni plecaka tego, czego się akurat szuka i dodatkowo może przysporzyć kłopotów przy kontrolach granicznych, bo substancje dozwolone tu mogą być surowo zakazane tam, i na odwrót. Poza tym wiadomo, że najlepszym sposobem na chorobę jest udawać, że jej nie ma. Jeśli się powzięło jakieś plany, jak wyjście do baru, gra w piłkę czy wyjazd na rower, to nie należy rezygnować z nich tylko dlatego, że ma się katar, żołądek się rozregulował albo naciągnęło się mięsień. Choroba której nie poświęca sie uwagi przestaje istnieć; ta, którą się pielęgnuje poprzez leżenie w łóżku przez cały dzień, picie ziółek i łykanie tabletek, trzyma się dobrze.

tak wygląda szpital Kontakty ze służbą zdrowia na ogół przynoszą efekt znacznie odbiegający od zamierzonego. W poprzedniej pracy firma fundowała mi prywatne ubezpieczenie zdrowotne i darmowe konsultacje u lekarzy z pobliskiej (z miejsca pracy patrząc) przychodni firmy Rood Lane, tak, że żeby trochę choć z owej polisy, fundowanej niechybnie z tego, co mogłoby być moją pensją, skorzystać, wybrałem się tam kiedyś zasięgnąć porady w kwestii krost na plecach. Za pierwszym razem otrzymałem do zażycia antybiotyk (musiałem go oczywiście wykupić w aptece, tego ubezpieczenie nie pokrywa), który miał mnie tej przypadłości pozbawić, a pozbawił mnie jedynie przyjemności spożywania alkoholu podczas pływania po cieśninie Solent. Nie zniechęcona tym niepowodzeniem pani doktor z Rood Lane wysłała mnie na konsultacje do specjalisty z London Bridge Hospital. Przyjął mnie elegancki, młody mężczyzna, który po wymienieniu listy tytułów, które mu przysługują, obejrzał stosowną część mojego ciała i stwierdził, że jest taki bardzo dobry lek, który prawie na pewno pomoże, będzie to trochę kosztowało, ale nie więcej niż 300 funtów za pół roku kuracji, ale skuteczność jest bardzo wysoka. Jako że lek może mieć – choć, oczywiście, zdarza się to niezmiernie rzadko – drobne skutki uboczne, jak łysienie, depresja i problemy z wątrobą, to zrobią mi jeszcze badanie krwi, żeby sprawdzić, czy nie ma wyraźnych przeciwwskazań. Badań krwi bardzo nie lubię, bo nieodmiennie wiążą się one z wbijaniem igieł w moją rękę, a jest to czynność szczególnie mi niemiła. Jednakże, jak już powiedziało się “A”, to trzeba powiedzieć i “B” (tak naprawdę nie trzeba, ale jest jakiś psychologiczny mechanizm wywołujący iluzję tej konieczności), więc krew oddałem. Po upływie kilku dni otrzymałem z ubezpieczalni list informujący mnie, że rachunek za pięć minut wysłuchiwania listy tytułów naukowych pana konsultanta i dziesięć minut pogawędki wynosi £200, z czego ja muszę pokryć 20%, bo tak stanowi moja polisa. Po dwóch tygodniach dostałem pocztą list od pani doktor z Rood Lane – konsultanci piszą listy do lekarzy pierwszego kontaktu, którzy z kolei piszą do pacjenta – informujący mnie, że konsultant dermatolog napisał, iż jakieś parametry mojej krwi nie trzymają normy, co może świadczyć o syndromie Gilberta, który w ogóle nie jest groźny, ale lepiej żebym spotkał się ze specjalistą. Udałem się więc z kolejną wizytą do specjalisty z London Bridge Hospital. Tym razem pan był w wieku średnim i lista tytułów proporcjonalnie dłuższa; rozmowa za to długa nie była, poinformowany zostałem o nazwie jednostki chorobowej, która jest podejrzewana, całkowitym braku wpływu tejże choroby na koszt polisy na życie i skierowany zostałem na kolejne badanie krwi. W ciągu kilku tygodni, które upłynęły od pierwszej wizyty w Rood Lane mój zapał do wykorzystywania polisy znacznie osłabł, odpowiedziałem więc, że owszem, badaniu się poddam, bo warto być świadomym ułomności swojego organizmu, ale jeśli chodzi o tę kurację dermatologiczną to bardzo dziękuję, w sumie obecny stan rzeczy nie przeszkadza mi tak bardzo. Ostateczny wynik tej epopei był taki, że wydałem kilkadziesiąt funtów, dwa razy byłem kłuty, dowiedziałem się, że mam syndrom Gilberta, a krosty zostały.

Jedyna nieprzyjemność związana z podróżą, chorobą, i brakiem środków zaradczych, jaką jestem sobie w tej chwili w stanie przypomnieć nie dotknęła mnie osobiście. Było to wiele lat temu, podczas miesięcznej podróży pociągami po Europie. Jeden z moich towarzyszy podróży miał nieszczęście dorobić się przeziębienia. Na domiar złego apogeum choroby przypadło na czas, gdy akurat bawiliśmy w Szwajcarii. Biedak zmuszony był zakupić opakowanie Strepsils, albo innego wynalazku na gardło, w cenie bodajże 5 franków szwajcarskich, co wówczas stanowiło dla nas kilkudniowy budżet. Z podróżnych przypadłości zdrowotnych znanych mi za autopsji pozostaje chyba tylko choroba morska, ale to akurat jest nieodłączna część atrakcji pod tytułem “rejs morski szkoleniowy” i rezygnacja z niej przy pomocy apteczki byłaby posunięciem o tyle bezsensownym, co nieuczciwym.

na morzu to się choruje Przy nonszalanckim nieco nastawieniu jakie prezentuję w sprawach ze zdrowiem związanych, organizacja tychże spadła na barki Ani. Niebezpieczeństwa czyhające (podobno) na nas w dolinie Mekongu, lasach Virachey, na plażach Danang i w kafejkach Ho Chi Minh City na tyle różnią sie od oswojonej grypy czy pospolitego rozstroju żołądka, że postanowiłem nie przeszkadzać jej zbytnio i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Przede wszystkim musieliśmy się dowiedzieć przed jakimi chorobami należy się zabezpieczyć. W Anglii po zdrowie chodzi się albo do placówek NHS (publicznych, utrzymywanych z podatków), albo do prywatnych. W tych drugich dużo się płaci pieniędzmi, w tych pierwszych czasem i nerwami. Ania, mająca już pewne doświadczenie z NHS, postanowiła zacząć od tej ścieżki. Działa to tak, że z przychodni (mamy jedną blisko domu) bierze się formularze na których wypisuje się dokąd się jedzie i jakie szczepienia już się ma za sobą, oddaje się je potem w przychodni gdzie pielęgniarka sprawdza jakie są zagrożenia i jak im przeciwdziałać. Pierwsza trudność, na którą się natknęliśmy, to ustalenie, na co byliśmy szczepieni. Pamiętałem mgliście jakiąś żółtaczkę wszczepienną typu B i tężec, ale było to kilkanaście lat temu, tak że nie wiadomo, czy się liczy.

Drugi problem pojawił się gdy przy oddawaniu formularzy okazało się, że mojego przyjąć nie mogą, bo nie jestem u lekarza z tej przychodni zarejestrowany. Istotnie, jako że ze służbą zdrowia staram sie mieć do czynienia jak najmniej, a do niedawna cieszyłem się prywatną polisą, rejestrację w NHS zaniedbałem. Wyruszyłem więc czym prędzej naprawić to niedopatrzenie. Przychodnia jest maleńka, dwoje lekarzy, jedna pielęgniarka i pięć pań recepcjonistek. Aby się zarejestrować należy wypełnić kilka formularzy i przedstawić dokument ze zdjęciem. Dysponowałem prawem jazdy i dowodem osobistym, naczelnej pani recepcjonistki to jednak nie usatysfakcjonowało i zażądała paszportu. Paszport przebywał akurat w ambasadzie wietnamskiej, próbowałem więc dociec co jest nie tak z dokumentami, które przyniosłem i dlaczego akurat paszport. Pani stwierdziła, że ponieważ nie jestem obywatelem brytyjskim to musi sprawdzić, czy przebywam w kraju legalnie i czy mam prawo do opieki zdrowotnej. Byłem przekonany, że w potyczce tej będę w końcu górą, nie widziałem bowiem w jaki sposób adwersarz poradzi sobie z siłą logicznego argumentu, żę dowód osobisty zdaje się wystarczać służbom granicznym i jest wewnątrz Unii Europejskiej ekwiwalentem paszportu, w odpowiedzi jednak potraktowany zostałem magiczną formułą, że “takie są przepisy placówki” i było po wszystkim. Próbowałem jeszcze apelować do zdrowego rozsądku i dobrego serca, na nic się to jednak zdało. Z biurokracją stykam się rzadko; ilekroć jestem tą bronią potraktowany i zmarnowawszy czas i nerwy na bezowocne dyskusje wracam jak niepyszny do domu, snuję plany jak siły tej użyć przeciwko tym, którzy mnie nią sponiewierali, jakich to pism i petycji nie napisać, do kogo ich nie wysłać, ale nieodmiennie kończy się na tym, że nic takiego nie robię. Biurokracja jest po prostu niekompatybilna z racjonalnym myśleniem, najlepiej jej unikać i udawać, że nie istnieje – jak choroba.

W międzyczasie Ani formularze zostały obejrzane i dostała od pielęgniarki informację, że powinna zaszczepić się przeciw wściekliźnie. Informacja ta pozostawiona została, zgodnie z logiką działania placówk NHS, w miejscu, w którym najtrudniej było nam ją znaleźć, czyli na automatycznej sekretarce naszego domowego telefonu. Wiadomości pozostawianych tam z reguły nie odsłuchujemy i przypadek jedynie sprawił, że szukając jakiegoś numeru w powikłanym menu telefonu odtworzyłem parę dni później tę wiadomość. Oczywiście w przychodni mieli Ani numer komórkowy i do pracy, ale przecież wiadomo, że w środku dnia w dzień pracujący najłatwiej kogoś zastać w domu, tam więc pani pielęgniarka zadzwoniła. Z tego, co zdołaliśmy się zorientować jest tu tak, że większość szczepionek, które są nam potrzebne, możemy dostać za darmo w przychodni NHS, wścieklizna jednak do nich nie należy. Cykl szczepień przeciw wściekliźnie składa się z trzech dawek przyjmowancych w ciągu czterech tygodni, a do wyjazdu mieliśmy półtora miesiąca, umówiliśmy się więc na wizyty w placówkach firmy Masta, które prowadzi “travel clinics”, czyli takie mini-gabinety, gdzie szczepią przeciwko chorobom tropikalnym i wystawiają recepty na lekarstwa, które warto ze sobą zabrać.

efekt wizyt w przychodni i Zastanawiam się czasem co się dzieje z miejscami, kiedy na nie nie patrzę i w nich nie przebywam. Niekiedy mam wrażenie, że nieobserwowane zamierają i czekają na kolejny moment, gdy będę ich potrzebował, aby powrócić do życia. To może dość egocentryczne i niezbyt mądre, tak sobie myśleć, ale nieraz znajduję niezbite dowody takiego stanu rzeczy. Gdy zbliżałem się do gabinetu Masta koło mojej pracy coś mi nie pasowało: przechodziłem tam wcześniej wielokrotnie i tego gabinetu tam nie było. Sąsiadująca z nim praktyka ortopedyczna z kościotrupem wystawionym przed drzwi – owszem; biuro prawnicze, w którym robiłem odpis jakiegoś dokumentu, kiedy kupowałem dom – od zawsze. Ale Masty tam nie było, tylko zakratowane drzwi. No nic, ważne, że jest teraz, kiedy akurat mam tam interes. Placówka działała sprawnie, wizyty trwały nie więcej niż 10 minut – za wyjątkiem pierwszej, kiedy to musiałem pochwialić się dokąd jadę i co będę robił – i kosztowały po £43 każda. Ania szczepiła się w innej placówce tej samej firmy i dostała szczepionkę o innej nazwie i o £6 droższą – podobno to dokładnie to samo, czym mnie szczepili, tylko od innego producenta. W każdym razie w zeszłym tygodniu, trzy dni po przyjęciu ostatniej dawki szczepionki przechodziłem – o tej samej porze, o której mnie wcześniej szczepili – koło gabinetu Masty. W środku żywego ducha, drzwi zakratowane.

W międzyczasie odzyskałem paszport i udało się zarejestrować w przychodni, choć nie obyło się bez literówki w moim imieniu i pomyłki w adresie, o której poinformował mnie sąsiad przynosząc jakiś papier, który NHS do mnie wysłał. Moje pismo do czytelnych nie należy, ale pomylenie 9 z 2 jest pewnym osiągnięciem mimo to. Oboje z Anią mieliśmy wizytę u pielęgniarki tego samego dnia, jedno po drugim. Ta zaaplikowała nam od razu trzy szczepionki: żółtaczkę typu A, tyfus i jedną która załatwia tężec, błonicę i polio. Jako że nie byłem przekonany co do tego kiedy i ile razy byłem szczepiony przeciwko żółtaczce typu B skierowany zostałem na badanie krwi, które miało stwierdzić, czy posiadam przeciwciała. Ania, będąc w tej samej sytuacji co ja, sformułowała swoje doświadczenia z szczepionką przeciwko żółtaczce B nieco inaczej i dostała też i tę szczepionkę, bez żadnych badań. W sumie wszystko przebiegło nadspodziewanie sprawnie, ramiona dokuczały nam przez kolejne dwa dni tylko trochę.

Pozostało jeszcze owo nieszczęsne badanie krwi. Pojechałem w tym celu do szpitala NHS w Basildon, który jest placówką dość obskurną i nie cieszącą się dobrą sławą. Wcześniej w tym roku dostało im się po jakiejś kontroli, która wykryła, że szpital nie spełnia podstawowych zasad higieny. Pobieralnia krwi otwarta jest od 8 rano, pojawiłem się o 7:45 i przede mną w kolejce było już kilkanaście osób. Oddział rozpoczął pracę o czasie i wszystko przebiegło dość sprawnie. Dowiedziałem się, że wyniki powinny być znane po tygodniu i zostaną wysłane do mojego lekarza pierwszego kontaktu. Oznacza to tyle, że na szczepienie i tak nie będzie już czasu, ale przynajmniej dowiem się, czy jestem odporny, czy nie. Dobre i to.

Poza szczepieniami pozostała jeszcze kwestia malarii. Na nią szczepionki nie ma, są za to różne tabletki, które zażywa się prewencyjnie. Powszechnie stosowane są trzy produkty: Doxycycline, który może powodować nadwrażliwość na słońce, Mefloquine, który może powodować halucynacje i nie działa w okolicach granicy Tajsko-Kambodżańskiej, oraz Malarone, który nie ma skutków ubocznych i działa wszędzie, ale jest drogi. Polecano nam ten ostatni, na niego więc się zdecydowaliśmy. Dostępny jest tylko na tzw. prywatną receptę. W Anglii funkcjonują dwa rodzaje recept: NHS i prywatna. Obie mogą być wystawiane przez lekarza NHS, różnica z tego co rozumiem jest taka, że za prywatną pobiera on opłatę (£15 od sztuki). Zorganizowaliśmy więc dwie recepty, po 28 tabletek dla Ani i dla mnie (gdzie indziej przeczytałem później, że 28 to maksymalna liczba jaką może nam lekarz przepisać), po jednej na każdy dzień w strefie malarycznej plus dwie przed i siedem po. Pozostawało znaleźć miejsce, gdzie można ten lek stosunkowo tanio nabyć. £2.24 za tabletkę w internetowej aptece wydawało się być ceną akceptowalną; wystarczyło wysłać recepty pocztą do sklepu, i wkrótce dostaliśmy nasze paczki tabletek.

* * *

Załatwiając sprawy związane ze zdrowiem przed wyjazdem do Azji południowo-wschodniej należy być przygotowanym na to, że zajmie to miesiące czasu i pochłonie setki funtów. My, szczęśliwie, mamy już prawie wszystko za sobą.

P.S. niecierpliwych przepraszam za dygresyjny i rozwlekły nieco styl tego wpisu, ale jestem obecnie pod przemożnym wpływem Jerome Klapka Jerome, którego “Three Men in a Boat” gorąco polecam. Może do następnego odcinka mi przejdzie, ale nie gwarantuję.