Ostatni tydzień przed wyjazdem

Mam obawy, że ilość dywagacji nie na temat, którymi w ostatnim czasie okraszam ten blog, powoduje, że staje się on dla czytelników niestrawny. Z drugiej jednak strony muza (Klio to czy Kalliope?) najwyraźniej nie daje spokoju i wena twórcza musi znaleźć gdzieś ujście. Postanowiłem przeprowadzić więc eksperyment: nagłówki akapitów stanowią słowa kluczowe, z których wyczytać można, co się dzieje, a to, co pomiędzy nimi, to wypełniacz ze standardową dawką wodolejstwa.

Przestawianie

się na czas azjatycki rozpocząłem na dwa tygodnie przed wyjazdem. Praktykowałem tę technikę – na mniejszą skalę, w okresie 3-4 dni – przed służbowymi wyjazdami do Azji, z dobrym skutkiem – jetlagu nie odczuwałem. Polega to na tym, że stopniowo zaczyna się swoje godziny snu dostosowywać do strefy, do której się podróżuje. Na przykład, jak w sobotę leci się do Singapuru, to w środę wstaje się o piątej rano, we czwartek o czwartej, w piątek o trzeciej, w sobotę o drugiej – odpowiednio wcześniej kładąc się też spać. Lot się przesypia i po przylocie wszystko jest całkiem znośnie, nie ma się wrażenia, że spać należy w dzień a ganiać w nocy.

Tym razem postanowiłem zastosować dłuższy okres przystosowawczy i nie wiem, czy to był dobry pomysł. Przez ostatnie kilka dni w ciągu dnia czułem się w połowie najwyżej przytomny. Zacząłem nawet konsumować kawę z automatu w pracy – niby żeby się obudzić, ale tak na prawdę chyba dlatego, że bardzo mi smakowała. Kawy z reguły nie pijam i konserem zdecydowanie nie jestem, do tej pracowej przekonała mnie hojność maszyny w dysponowaniu cukrem. Po wypiciu na dnie zawsze zostawała kilkumilimetrowa warstwa nie do końca rozpuszczonych kryształków.

W efekcie samopoczucie moje było w ostatnim tygodniu dość dziwne, świat wydawał się w pewnym stopniu nierealny. Po pierwsze, ostatnie dni w pracy mają specyficzną atmosferę. Doświadczałem jej drugi raz w ciągu tego roku, ale wciąż stanowi ona coś niecodziennego. Do tego doszły owe nietypowe godziny snu, no i

śnieg.

w drodze do pracy Zjawisko to staje się w ostatnich latach bardziej powszechne. Dwa lata temu niespodziewany opad pozostawił w Londynie dwudziestocentymetrową warstwę śniegu. Komunikacja przestała działać, byłem jedną z nielicznych osób, którym udało się dotrzeć do biura (w porównaniu z innymi okołolondyńskimi i londyńskimi środkami komunikacji nasze lokalne pociągi c2c są wyjątkowo niezawodne) i uruchomiony w mojej firmie sztab zarządzania kryzysowego zadecydował, żeby kluczowych pracowników pozostawić na noc w pobliskich hotelach na wypadek, gdyby kolejnego dnia sytuacja miała się jeszcze pogorszyć i dojazd do biura okazał się dla nich niemożliwy. Najwyraźniej kluczowy był ten, komu udało się tego dnia dotrzeć do biura, w każdym razie zaliczyłem wówczas noc w hotelu Brittannia nieopodal Canary Wharf.

Zeszłej zimy śnieg leżał u nas, w Langdon Hills, przez tydzień chyba. Londyn był w znacznej mierze oszczędzony, choć w Anglii chaosu komunikacyjnego nie uniknięto, tym razem za sprawą szybkich pociągów, które okazały się nieprzystosowane do jazdy w tych warunkach: śnieg wwiewało im do elektrycznych silników, które pod wpływem wilgoci wysiadały.

Tym razem padać zaczęło w nocy z poniedziałku na wtorek i przez wtorek i środę sypało naprawdę porządnie, tak, że pomimo temperatury odrobinę powyżej zera utrzymywała się trzydziestocentymetrowa warstwa. Pomimo regularności, z jaką ostatnio mamy do czynienia ze śniegiem, jego pojawienie się nieodmiennie sprawia nam dużo radości. Pewnie dlatego, że porządne zimy pamiętamy ze wczesnego dzieciństwa, z lat osiemdziesiątych; później śniegu robiło się coraz mniej, były lata, że trudno było utrafić z wyjazdem na narty, bo okazywało się, że nie ma po czym jeździć. Śnieg kojarzy się więc nam z dzieciństwem, a rzeczy związane z dzieciństwem z reguły wspomina się dobrze. Poza tym świat wygląda ładniej jak wszystkie jego brudy ukryte są pod warstwą bielutkiego puchu. Na szczęście w sobotę zaczęła się odwilż, nie żal nam więc wylatywać.

W związku z sytuacją atmosferyczną i zamknięciem niektórych lotnisk zatelefonowałem do Thai Airways, z którymi mamy lecieć do Bangkoku, w celu upewnienia się, że z naszym lotem nie będzie problemów. Przy okazji pani po drugiej stronie przewodu telefonicznego zapytała, czy aby na pewno

mamy wizę do Tajlandii?

Pytanie to zbiło mnie trochę z tropu.

Do podróżowania bez nadmiaru dokumentów upoważniających do przekraczania granic przyzwyczaić jest się bardzo łatwo. Odkąd Polska wstąpiła do Unii Europejskiej na większość wyjazdów nie zabieram nawet paszportu. Odmowę wstępu do jakiegoś kraju potraktowałbym jako pogwałcenie moich praw mieszkańca planety Ziemia, każdy bowiem powinien mieć prawo oglądać sobie dowolny zakątek świata, o ile go przy okazji nie niszczy. Ten pogląd wyznawałem od dawna, choć nie zawsze było tak łatwo. w oczekiwaniu na prom do IrlandiiPodczas interrailowej podróży, o której już w tym cyklu wspominałem, naszła nas ochota na odwiedzenie Irlandii. Było to w czasach, gdy Polacy po Europie przemieszczali się bez większych problemów, wyjątkiem jednak były Wiela Brytania i Irlandia, gdzie pogranicznicy czatowali na wschodnich europejczyków, którzy niby przyjeżdżali pozwiedzać, a tak naprawdę do roboty. Postanowiliśmy zaryzykować mimo to i kupiliśmy bilet na prom z Cherbourga do Rosslare. Przy wejściu na prom pan sprawdzający paszporty zabrał nas na bok i zaczął wypytywać dokąd i po co. Mieliśmy taki fajny przewodnik, nie pamiętam już jaki miał tytuł, i mówiliśmy, że o, tu, w tym przewodniku mamy listę hosteli w Dublinie i coś z niej wybierzemy – uznaliśmy, że do naszych rzeczywistych planów, czyli jeżdżenia gdzie popadnie pociągami i spania w krzakach, lepiej się nie przyznawać. Pan wezwał jakiegoś umorusanego mechanika, który zaczął nas strofować, że trzeba wiedzieć dokąd się jedzie i że co to w ogóle ma znaczyć. Było to wszystko dość nieprzyjemne, chyba jakieś pieniądze musieliśmy pokazywać, w końcu nas jednak wpuścili. Kolejną przeprawę mieliśmy po dopłynięciu, z oficjalnymi służbami imigracyjnymi. Musieliśmy czekać pół godziny aż mnie sprawdzą w Interpolu czy na innej liście ludzi, których wpuszczać nie należy. Bardzo byłem zbulwersowany tą jawną niesprawiedliwością i dyskryminacją ze względu na narodowość. Teraz myślę, że zainteresowanie moją osobą mogło wynikać nie tylko z polskości mojego paszportu, ale też z faktu, że przez poprzedni tydzień się nie myłem; jak było naprawdę chyba nigdy się nie dowiem.

Nonszalancja, która rodzi się z wewnątrzeuropejskich przyzywczajeń przy dalszych podróżach może być zgubna. Doświadczyli tego nasi znajomi, których nie wpuszczono na pokład samolotu do Indii z powodu braku wizy. Pomny ich historii upewniłem się, że jedyne na naszej trasie kraje, gdzie wizę należy mieć zawczasu, to Wietnam i Australia. W pozostałych wizy dostaje się na lotniskach i przejściach granicznych. Pani z Thai Airways wyjaśniła, że polityka linii jest taka, że przy lotach w jedną stronę trzeba im pokazać albo wizę, albo bilet na dalsze połączenie, stanowiący jakoby dowód, że nie zamierza się w kraju zostać dłużej niż przysługujące turystom 30 dni. Upewniłem się później na forach podróżniczych, że istotnie, tajskich służb granicznych z reguły takie rzeczy nie interesują i wizy wystawiają, ale linie lotnicze są w tym względzie bardziej wymagające. Jedyne, co ich zadowala, to wiza lub bilet lotniczy – nawet autobusowe lub kolejowe nie wystarczają.

O uzyskaniu wizy nie było już mowy – od wylotu dzielił nas jeden dzień roboczy. Pozostało więc albo liczyć na łut szczęścia i pomyślne negocjacje na lotnisku, albo dokupić jakiś bilet z Tajlandii. Niby w kwestii planów podróży jesteśmy dość elastyczni, ale latanie z Tajlandii nijak nam nie pasowało – za dużo trzeba by było zmieniać i tracić czas na zupełnie niepotrzebne przeloty. Pozostało więc kupić byle jaki bilet, z którego nie skorzystamy. Przy pomocy Skyscannera zidentyfikowałem najtańszy, albo prawie najtańszy lot wylatujący w grudniu z Tajlandii: Phuket – Kuala Lumpur 23 grudnia, z Asia Air. Opłata za niedoinformowanie wyniosła niecałe 90 funtów, a więc nie tak znowu strasznie dużo.

Ostatnią przeszkodą do pokonania był dojazd na lotnisko. Ostatecznie zdecydowaliśmy się pojechać

taksówką,

a było to tak: normalnie na Heathrow dostajemy się idąc na piechotę do stacji (z bagażami 20 minut), potem pociągiem do Fenchurch Street (35 minut), następnie metrem do Paddington (25 minut o ile jeździ Circle Line – a często nie jeździ) i z Paddington Heathrow Express na lotnisko (20 minut). Razem wszystko zajmuje 2 godziny, o ile nie ma po drodze przygód. Tym razem nasza relatywnie niezawodna c2c zorganizowała prace na torach w weekend i pociągi nie jeździły między West Horndon (kolejna stacja za naszą) i Barking. Autobus zastępczy odcinek ten pokonywał w godzinę; trzebaby więc dostać się do West Horndon (taksówką, bo iść na naszą stację żeby przejechać do West Horndon nie miałoby sensu, a taksówka do nas na stację wyszłaby niewiele taniej niż do West Horndon), później telepać się przez godzinę w zimnym autobusie, w naszych letnich rzeczach (bo w końcu do ciepłych krajów jedziemy i nie będziemy przez dwa miesiące wozić puchowych kurtek), później czekać na pociąg w Barking, a dalej tak jak opisałem na początku, z tą różnicą, że Circle Line nie jeździ, więc jazda metrem wymagałaby dwóch przesiadek i zajęła 45 minut. Na domiar tego Heathrow Express kosztuje chyba z 15 funtów za osobę. Okazało się, że taksówkę można mieć za funtów 70, nie zastanawialiśmy się więc długo. Jedyny minus tego rozwiązania jest taki, że na lotnisko dotarliśmy na cztery godziny przed wylotem i miałem wystarczająco dużo czasu żeby napisać tę tyradę.