Park narodowy Khao Yai

Do Pak Chong dotarliśmy zgodnie z planem i bez większych przygód. Do mniejszych zaliczyć można taksówkę, która zaczęła nas wieźć na nie tę stację kolejową, ale zapas czasu wystarczył na korektę i skończyło się jedynie na rachunku dwa razy wyższym, niż zakładaliśmy (lecz wciąż o połowę niższym niż wywoławcza cena tuktukersów z Khao San, ktorzy zawsze mówią “200”, dokąd by się nie chciało jechać). Dalej poszło gładko: wsiedliśmy w ten pociąg co trzeba, w Ayutthaya dosiedli się Kuba z Martą, udało nam się też wysiąść na właściwej stacji.

dżungla w Khao Yai Spotkanie z parą, która ma za pasem osiem miesięcy doświadczenia w dostawaniu się w różne ciekawe miejsca diametralnie zmieniło charakter naszej wycieczki (o ile powiedzenie, że po dwóch dniach zdążyła ona nabrać jakiegokolwiek charakteru nie jest nadużyciem). Koniec z precyzyjnym planowaniem każdego kroku, sprawdzaniu na dwa dni wcześniej w której kasie kupić bilet i poruszania się “oficjalnymi” środkami transportu. Do parku pojechaliśmy “busem” wykonanym z ciężarówki, na której platformie zamontowan dwie podłużne ławy. Przez kolejne dwa dni poruszaliśmy się głównie na pakach pickupów, wynajęliśmy też dwa motorki i na nich przebyliśmy kilkadziesiąt kilometrów szosami pośród dżungli, kursując między głównymi atrakcjami parku. Jednym słowem, zabawa była przednia. Przy okazji Tajlandia zmieniła też swoje oblicze: z chaotycznej, wielkomiejskiej pułapki na naiwnych turystów stała się krajem pełnym pięknych widoków i życzliwych ludzi.

Sam park jest bardzo rozległy i znajduje się na wzgórzach porośniętych dżunglą, w związku z czym temperatury są o jakieś 10 stopni niższe niż w odległym o 250 kilometrów Bangkoku. W parku można podobno zobaczyć jakieś rzadkie gatunki gibona, słonie, ptaki i wodospady. Gibona nie widziałem, za to w niektórych miejscach pełno było makaków, których główną funkcją rozrywkową było machanie łapką przejeżdżającym turystom. Słoń się pojawił, i był to prawdziwy, dziki egzemplarz, łażący po krzakach i wcinający gałęzie – Ania była zachwycona. Wodospadów widzieliśmy kilka w tym dwa całkiem spore. Najfajniejsze jednak chyba było to, co pomiędzy: łażenie po dżungli i jeżdżenie motorkami. Na wynajęcie tych ostatnich sam bym się chyba nie zdecydował, ale Kuba jeździł już takim wcześniej i nie miał żadnych oporów. Jako doświadczonemu motocykliście przypadł mu więc w udziale egzemplarz z ręczną (a właściwie nożną) zmianą biegów, podczas gdy ja wziąłem wersję jednobiegową. Okazało się iż istotnie prowadzenie takiego pojazdu jest bardzo proste (Kuba miał początkowo problemy z jazdą pod górkę, ale i te zniknęły gdy opanował sztukę redukowania biegu) i przez 5 godzin pokonaliśmy około 80 kilometrów dzielących od siebie różne punkty widokowe.

Nocowaliśmy na kempingu, w namiotach. Marta i Kuba noszą własny, my wypożyczyliśmy czteroosobowy, bo mniejszych nie było. Nadmiaru miejsca szybko się jednak pozbyliśmy dokwaterowując na jedną noc poznaną w autobusie do parku parę Hiszpanów. Standard toalet, łazienek i sklepiku był porównywalny z przeciętnymi obiektami tego typu w Anglii – z tą różnicą, że w prysznicach nie było ciepłej wody, ale tu nie jest to wielkim problemem.

W Khao Yai spędzliśmy dwie noce, a po jego opuszczeniu skierowaliśmy się do Prachan Buri, skąd mieliśmy nadzieję znaleźć jakiś transport w stronę granicy z Kambodżą.

Khao Yai