Phnom Penh

Phnom Penh to druga, po Bangkoku, azjatycka stolica, którą przyszło nam odwiedzić. Jest od głównego miasta Tajlandii znacznie mniej turystyczna, kierowcy tuk tuków nie są natarczywi, można się przespacerować wzdłuż rzeki (w Bangkoku nabrzeże jest zabudowane) i generalnie jest jakby bardziej kameralnie, autentycznie i sympatycznie. Nas sprowadziły tu przede wszystkim dwie pamiątki po Czerwonych Khmerach: muzeum w osławionym więzieniu Toul Sleng i tzw. “pola śmierci” w Choeung Ek, pod miastem.

Muzeum położone jest dość blisko centrum. Więzienie stworzone zostało w budynku, który wcześniej pełnił funkcję szkoły. Część klas podzielono przy pomocy ścian z cegły lub desek na maleńkie cele, część była używana jako cele zbiorowe. Więźniowie byli przetrzymywani w nieludzkich warunkach, głodzeni, bici, okrutnie torturowani a na koniec mordowani. Oglądać można cele, galerie fotografii więźniów, narzędzia tortur oraz namalowane w prymitywistycznym stylu ilustracje procedur, którym poddawani byli więźniowie, czaszki z przykładami obrażeń zadanych podczas zabijania a także plansze informacyjne zawierające, między innymi, krótkie wywiady z byłymi Czerwonymi Khmerami.

Choeung Ek to wioska 15 km od Phnom Penh. Gdy teren Toul Sleng przestał wystarczać do grzebania pomordowanych, więźniów transportować zaczęto do skonstruowanego tu prowizorycznego obozu. Zabijani byli na ogół przez uderzenie w głowę lub szyję tępym, ciężkim narzędziem, czasem podrzynano im gardło. Ciała wrzucano do wykopanych wcześniej dołów, gdzie polewane były żrącymi substancjami mającymi przyspieszyć rozkład i zneutralizować smród. Po przepędzeniu Czerwonych Khmerów przez armię wietnamską część dołów odkopano i wydobyto z nich ponad osiem tysięcy ciał. Obecnie w centrum pola, na którym dokonywane były mordy, stoi wieża, wewnątrz której, na szklanych półkach, poukładane są odkopane kości. Prócz niej na terenie memoriału znajduje się muzeum, w którym obejrzeć można krótki film, przeczytać plansze informacyjne i obejrzeć narzędzia, którymi uśmiercani byli więźniowie.

Wizyta w obu miejscach była dość przygnębiająca i nie dowiedziałem się z niej wiele ponad to, co było mi na temat reżimu Khmer Rouge wiadome wcześniej. Było jednak kilka punktów, które dały mi do myślenia.

cela dla wysoko postawionych działaczy w Toul Sleng Po pierwsze: kim byli oprawcy, co ich motywowało, gdzie się podziali po upadku reżimu? Mechanizmy uwalniania okrucieństwa i zaniku ludzkich uczuć w sytuacji terroru i pod reżimami totalitarnymi były już dość dokładnie dokumentowany przy okazji niechlubnych kart europejskiej historii. Bez wątpienia oprawcy byli indoktrynowani a ich ofiary dehumanizowane, przedstawiane jako coś gorszego niż ludzie. Do ekstremum okrucieństwa dochodzili też zapewne stopniowo, odblokowując kolejne bariery zachowań poprzez oswajanie się z coraz bardziej nieludzkimi praktykami – tak, jak twierdzi Ania, odbywało się to w obozach hitlerowskich. Był też jeszcze jeden aspekt, który do głowy mi nie przyszedł dopóki nie wyczytałem go z rozmów ze strażnikami więziennymi: obawa, żeby z nimi nie stało się to samo. Zaleceniem, które ludzie żyjący w tamtych czasach wielokrotnie wspominali, było żeby pracować ciężko i bez wytchnienia, bo w przeciwnym wypadku straci się życie. Prawdopodobnie stosowało się to tak do uprawy ryżu jak do torturowania więźniów. Ten ostatni aspekt – strach – w największym stopniu tłumaczy bestialstwo oprawców.

Po drugie, uderzające była wybiórczość w prezentowaniu historii. Wedłu plansz informacyjnych, spod reżimu Angkar (jak Czerwoni Khmerzy nazywali swoją organizację) wyzwolił Kambodżę “naród kambodżański” – o tym, jak to ów naród, pod postacią samych Czerwonych Khmerów, którzy w obawie przed czystkami zdezerterowali, wjechał do Phnom Penh na wietnamskich czołgach, nie ma ani słowa. Temat jest niewątpliwie niewygodny dla obecnego rządu, w końcu premier Hun Sen był jednym z tych dezerterów. Bardziej wiarygodnie i szczerze brzmią tablice zadające pytanie, czy sprawiedliwości stało się za dość gdy w szef Toul Sleng, Duch, skazany został na 35 lat więzienia w zakończonym niedawno procesie. Sprawy takie uświadamiają, jak niejasnym pojęciem jest sprawiedliwość i jak wiele innych miar można przykładać do rozstrzygnięć i rozliczeń. Może od “sprawiedliwych” lepsze są rozwiązania, które utrwalają ład i zapobiegają dalszym cierpieniom i walkom wewnętrznym? Przywodzi to na myśl – przy zachowaniu proporcji – polski konflikt między krytykami i apologetami okrągłego stołu. Do historii i rozliczenia zbrodni Angkar wracając, oficjalne uzasadnienie opieszałości w ściganiu i sądzeniu winnych to pomoc, jakiej przez lata udzielały okopanym w zachodniej części Kambodży Czerwonym Khmerom inne państwa, w tym Tajlandia, USA i Chiny. Geopolityka jak widać nie zna sentymentów i prowadzi czasem do powstawania najbardziej zaskakujących koalicji. Bieżące interesy polityczne cenione są wyżej niż prawda historyczna i wymierzanie sprawiedliwości, nawet w kontekście tak głośnych i tragicznych epizodów jak zbrodnie Czerwonych Khmerów.

Po trzecie – to już jest obserwacja zupełnie na meta-poziomie – przy tym, jak ważny temat w historii nie tylko Khmerów ale i świata dokumentują te memoriały, zastanawiające jest pewne niechlujstwo i nieporadność, wrażenie których odnosi się przy ich odwiedzaniu. Kulawe angielskie tłumaczenia, sala projekcyjna z małym telewizorem gdzieś na dalekim końcu w Choeung Ek i nieczynna sala projekcyjna w Toul Sleng, film z wywiadami nakręconymi w krzakach koło ruchliwej drogi, gdzie pytania i odpowiedzi były dość mętne (a może to znów tłumaczenie?) – z wielu miejsc wyzierała amatorszczyzna nie licująca z wagą tematu. Można to sobie tłumaczyć na przeróżne sposoby. Być może biednej Kambodży po prostu nie stać na zorganizowanie profesjonalnie zrobionej ekspozycji? Mało to przekonujące, bo nie wątpię, że tak w kraju jak i za granicą znalazłoby się wiele osób gotowych bezinteresownie pomóc z angielskim tłumaczeniem chociażby. Może eksponowanie niechlubnych i tragicznych epizodów z historii własnego narodu jest czymś obcym tutejszej kulturze, i w organizację tych muzeów nie wkładano serca, robiąc to raczej na potrzeby turystów i opinii światowej? Może obecnemu rządowi nie zależy na pokazywaniu prawdy i stara się zmniejszyć rangę miejsc pamięci? Dla mnie bardziej prawdopodobne jest inne wytłumaczenie: niedoróbki te są manifestacją sposobu życia i patrzenia na świat mieszkańców tej części Azji. W regionie jestem dopiero tydzień i widziałem jedynie niewielkie fragmenty Tajlandii i Kambodży, wydaje mi się jednak, że jest pewien motyw który łączy przewody eletryczne podpinane gdzie bądź do głównej linii przesyłowej, baraki sklecone z nieheblowanych desek i przerdzewiałej blachy falistej, motory i samochody jeżdżące pod prąd, zatłuszczone stoliki i plastikowe krzesełka na przyulicznych stoiskach z jedzeniem, odpadki wyrzucane wprost na betonowy chodnik czy wylewkę i zamiatane na stertę pod koniec dnia i inne zjawiska, które turyście z europy wydają się egzotycznym bałaganem. Po prostu Tajom i Khmerom (a pewnie i Filipińczykom, Wietnamczykom, Chińczykom i innym narodom z tej części świata) obcy jest perfekcjonizm, dążenie do porządku i ładu, zachodnio pojętej estetyki. Tu wystarczy, żeby rzeczy pełniły swoją funkcję; nie muszą przy okazji być bezpieczne, szybkie, ładnie wyglądać i być równo poukładane. Być może koślawość angielskiego tłumaczenia jest dla tutejszych niezauważalna – jest w miarę zrozumiałe, spełnia więc swoje zadanie i nie ma potrzeby go poprawiać. Podobny pragmatyzm (czy też abnegację – jak zwał, tak zwał) można było zaobserwować i na polskich wsiach, tak, że linia podziału nie przebiega wzdłuż osi wschód/zachód lecz stanowi jakąś funkcję uwarunkowań kulturowych, dobrobytu, aspiracji.

2010-12-13 - 15 Phnom Penh