Po powrocie

30 stycznia, zgodnie z planem wróciliśmy do domu. Minęły od tego czasu dwa tygodnie, wypadałoby więć jakoś go podsumować zanim wszystko wyleci z głowy. Wycieczka spełniła wszystkie moje oczekiwania i nawet rezygnacji z Fraser Island i Gold Coast nie wspominam z żalem, bo dzięki temu zobaczylismy australijski outback. A co dokładnie było takie fajne? Jakie pomysły się nie sprawdziły?

Pomysły

Poniżej trzy listy. Pierwsza zawiera rzeczy, które może nie są oczywiste (jak Angkor Wat czy Wielka Rafa), ale godne polecenia, zapadające w pamięć jako coś fajnego. W drugiej wyszczególniam nauczki: na co warto przy takiej podróży uważać i czego unikać. Trzecia to aspekty, które trudno jednoznacznie sklasyfikować jako pozytywne albo negatywne, a które miały duży wpływ na przebieg wyjazdu.

Dobre

  • Jechać na dwa miesiące. To akurat tyle czasu, żeby porządnie wypocząć i zobaczyć kawał świata nie spiesząc się zanadto, a jednocześnie nie znudzić się podróżowaniem. Chciałoby się jeszcze pojeździć, ale powrót do domu jest bardzo przyjemny.
  • Zwolnić się z pracy przed wyjazdem. Aby powrót był przyjemny, warto w miarę możliwości zadbać o to, żeby następnego dnia po przylocie nie musieć zrywać się rano i pędzić do biura, gdzie przez tygodnie nieobecności spiętrzyła się masa spraw. Fajnie jest dać sobie jeszcze parę tygodni na wypoczynek w domowych pieleszach i poćwiczenie na fortepianie, poczytanie o monadach i endofunktorach radocha z jazda motorowerem jest duża i w ogóle pozajmowanie się tymi różnymi rzeczami, którymi zawsze chciało się zajmować, ale praca nie zostawiała czasu.
  • Motorowery w Azji południowo-wschodniej. Stosunkowo tani, a dający olbrzymią swobodę, środek lokomocji. Wietnamski ruch drogowy często jest demonizowany, tymczasem poza miastami jest zupełnie znośnie, wystarczy zachować elementarną ostrożność. Jazda bocznymi drogami to już frajda w czystej postaci: pusto, piękne widoki – rewelacja.
  • Australijskie fale. Nie byłem nigdy miłośnikiem spędzania wakacji nad morzem. Upał, monotonia, tłumy smażące się na słońcu, nic ciekawego. Wizyty na plażach Garie i Cronulla kompletnie zmieniły mój pogląd na tę sprawę. Taplanie się potężnych falach to wielka frajda i szkoda, że w Europie trudno o miejsca, gdzie można się tę rozrywce oddawać na tę skalę, co na wschodzie Australii.
  • Canon S95. Świetny aparat. Robi zdjęcia bardzo dobrej jakości, nagrywa filmy w High Definition, pozwala zmieniać wszystkie ustawienia, jakie mógłbym chcieć zmienić, i jeszcze trochę, a do tego mieści się w kieszeni i przetrwa noszenie w niej przez osiem tygodni. Jedyne, co by się przydało, to większy zakres przesłony, ale na to, zdaje się, nie pozwalają rozmiary obiektywu.
  • Poliestrowe spodnie. Jednak. Są bardzo lekkie, szybko schną i – o to miałem największe obawy – są przewiewne. Skończyło się tak, że większość Australii przejechałem w plastikowych szortach (spodnie miały odpinane nogawki), nie w konkurentach z mojego ulubionego lnu. Jeśli moje nawracanie na materiały syntetyczne będzie postępowało nadal w takim tempie, to na kolejną wyprawę pojadę w Crocsach. Skoro już o butach mowa, następny wygrany tej wycieczki to:
  • Obuwie firmy Teva. Sandały tej firmy polecał nam przed wyjazdem Kuba. Jakieś sandały już miałem, ale potrzebowałem butów, i tak się akurat złożyło, że znalazłem fajną parę wyprodukowaną przez Tevę. Chodziłem w nich tylko przez kilka dni, nie chciałbym więc nadmiernie chwalić ich na zapas, ale zapowiadają się świetnie: są lekkie i wygodne jak domowe kapcie. Już w trakcie wyjazdu, w Sajgonie, kupiłem natomiast sandały i po dniu lub dwóch przyzwyczajania się do parcianych pasków i plastikowej podeszwy nosiłem je bez problemów przez okrągły miesiąc. Okazały się wygodne i praktyczne, poza tym Ani bardzo odpowiadał ich wygląd.

Złe

zakup pamiątek

  • Odkładać zakupy pamiątek na “lepszą okazję”. Nieraz jest tak, że w jakimś turystycznym miejscu jest masa stoisk z różnymi fajnymi rzeczami, ale odkładamy zakupy, myśląc, że skoro tu jest tylu turystów, to ceny na pewno są wielokrotnie wyższe niż w mniej popularnych miejscach, więc lepiej poczekać. Po dotarciu w owo mniej popularne miejsce okazuje się, że owszem, turystów nie ma, ale pamiątek też nie, a ta figurka w Siem Reap czy naszyjnik w Halong kosztowały w końcu tylko pięć czy dziesięć dolarów, więc nie taki znów majątek. Jak coś jest fajne to należy kupować (targując się, oczywiście), a nie czekać na lepsze czasy.
  • Zostawiać pusty dom na długo. Niezamieszkany dom żyje własnym życiem i zmienia się, na ogół, niesetety, nie na lepsze. Na przykład rury kanalizacyjne nie używane przez dłuższy czas zarastają różnym świństwem; po naszym powrocie okazało się, że woda ze zlewu i z pralki nie spływa. Skończyło się na wzywaniu specjalistów od przepychania kanalizacji. Niby kilka razy w tygodniu do domu zaglądała opiekunka od kotów, ale, jak widać, nie wystarczyło to do utrzymania naszej rezydencji w stanie pełnej sprawności technicznej.

Kluczowe

czwórka podróżników

  • Jeździć w towarzystwie. Tu miałem dylemat, czy to “dobre”, czy “kluczowe”. Z Martą i Kubą podróżuje się świetnie – są sympatyczni i bezkonfliktowi, przez dwa miesiące ani przez moment nie żałowałem, że zdecydowaliśmy się jeździć razem. Podróżowanie we czwórkę ma wiele zalet (jeśli trzeba się rozdzielić, na przykład żeby ktoś pilnował rzeczy, a ktoś poszedł coś załatwić, to nikt nie zostaje sam; można jeździć jednym samochodem i zrzucać siena paliwo) przy niewielu wadach (trudniej złapać wspólnego stopa i trzeba się łapać), no i razem jest raźniej. Z drugiej strony nie wiadomo jak by to wyglądało gdybyśmy podróżowali tylko we dwójkę z Anią. Może nasze wspomnienia byłyby nie gorsze?
  • Zwiedzać Australię w lecie. Lato nie jest w Australii sezonem turystycznym. Niby zdawaliśmy sobie z tego sprawę jeszcze przed przylotem, bo przewodniki wspominały coś o porze deszczowej, o nieprzejezdnych drogach itp., ale konsekwencje w pełni uświadomiliśmy sobie dopiero po przylocie i przejechaniu jakiegoś tysiąca kilometrów. Gigantyczne powodzie, pozamykane atrakcje, opustoszałe miasteczka – tego można się spodziewać w Australii w styczniu. Ma to swój urok, ale warto być tego stanu rzeczy świadomym zawczasu i zastanowić się, czy na pewno nie lepiej zaplanować podróż na być może chłodniejszą, lecz i spokojnieszą część roku.

Budżet

Wydatki przed wyjazdem pochłonęły około £6000. W kwocie tej znalazły się wszystkie długodystansowe bilety lotnicze, sprzęt, ubezpieczenia, szczepienia, leki, wietnamskie wizy, zaliczka za wynajęcie samochodu, opłata za opiekę nad kotami i pewnie jeszcze jakieś rzeczy, o których w tej chwili nie pamiętam. Pozostało jeszcze upewnić się, że będziemy mieli za co żyć podczas podróży.

System, który zastosowaliśmy, polegał na podzieleniu kasy na dwie części. Jedna, na codzienne wydatki, wynosiła liczbę dni w drodze pomnożoną przez przyjętą dzienną stawkę. Druga, na wydatki niecodzienne, zawierała kwotę, która pokryć miała duże koszty, o których wiedzieliśmy z góry – nurkowanie na Wielkiej Rafie, 4x4 na Fraser Island, wynajęcie campera w Australii – oraz zawierać rezerwę na nieprzewidziane wypadki. Jako dzienną stawkę przyjęliśmy £50, co pomnożone przez 56 dni wynisło około £3000. Na nurkowanie przeznaczyliśmy £500, na samochód £1500, na Fraser Island £300, do tego £700 rezerwy – razem kolejne £3000. W trakcie podróży na bieżąco analizowaliśmy nasze wydatki i gdy w pewnym momencie okazało się, że nasza dzienna stawka przekroczy założone £50 podbiliśmy ją do £64, przesuwając £600 z kasy specjalnej do codziennej. Wyzbywanie się środków przebiegało następująco:

Gruba czerwona kreska to stan kasy codziennej, niebieska to kasa specjalna. Cienka czerwona linia pokazuje jak wyglądałaby kasa codzienna gdybyśmy każdego dnia wydawali dokładnie tyle, ile wynosi dzienna stawka. Wykres pokazuje kwoty już po przesunięciu środków, czyli kasa codzienna startuje z poziomu £3600 zaś specjalna z £2400.

Nie należy z tego wykresu wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Na przykład, Laos jest generalnie tańszy od Wietnamu, ale w Laosie akurat postanowiliśmy trochę zaszaleć ze standardem hoteli, zaś w Wietnamie część czasu mieszkaliśmy i podróżowaliśmy na koszt naszych gospodarzy. Poza tym większe wydatki, jak bilet lotniczy z Vientiane do Hanoi, zaburzają nieco obraz rzeczywistych kosztów życia.

W sumie koszt wyjazdu zamknął się w kwocie £12000, czyli tyle, ile na początku (z sufitu) zakładaliśmy. Na pewno można podróżować oszczędniej – dzienna stawka Marty i Kuby była znacznie niższa od naszej.

Trasa

Korzystając z tego, że podróż mam jeszcze świeżo w pamięci, postanowiłem udokumentować jej przebieg na mapie. Okazało się, że Google Maps nie jest przystosowane do robienia map z tak dużą liczbą znaczników i tras i dzieli je na strony, których przerzucanie nie działa najlepiej. Przy oglądaniu całej mapy strony należy przewijać przyciskami “previous” i “next”, klikanie na numery stron nie działa zgodnie z oczekiwaniami. Poniżej zobaczyć można takie etapy naszej wyprawy, na jakie Google Maps było łaskawe ją podzielić.

Tajlandia

Kambodża

Laos i północ Wietnamu

Południe Wietnamu i Cairns

Wschodnia Australia

Okolice Sydney

Sydney i Singapur