Sydney

Jeśli przypadkiem znajdziecie się w Sydney na kilka dni i nie będziecie mieli pomysłu, co z tym czasem zrobić, możecie wybrać kilka pozycji z menu poniżej. Wszystkie przetestowaliśmy osobiście; przy atrakcjach płatnych podajemy orientacyjne ceny za jedną osobę oraz czas, który są w stanie zagospodarować.

Stek z kangura. Kangurów niby jest w Australii zatrzęsienie, ale restauracji serwujących mięso tych zwierząt nie ma wcale tak wiele, a jeśli akurat macie pecha i w Queensland, które jest głównym dostawcą kangurzyny dla Sydney, jest akurat powódź stulecia, może się okazać, że znalezienie tego specjału graniczy z cudem. Warto jednak próbować, bo usmażona na półkrwisto polędwica kangurza jest przepyszna. Jeśli nie macie miejsca zamówionego wcześniej, kroki swe skierujcie w okolice Cockle Bay Wharf. Najpierw, jeszcze przy King street, znajduje się restauracja Kingsley’s, gdzie kangura miewają. Jeśli nie tam, to w ciągu restauracji na Cockle Bay Wharf i w centrum Harbourside po przeciwnej stronie wody znajdzie się kilka z mięsem tym w menu. Myśmy sprawdzili jedną z nich, której nazwy nie pamiętam, ale łatwo poznać, bo serwuje kuchnię marokańską i ma stosowny do tego wystrój. 2h, 50$

Film w Imax. Jeśli poszliście na kangura do Cockle Bay Wharf, ale okazało się, że restauracje otwierają dopiero o 18 i macie jeszcze wolną godzię, możecie spędzić ją przed największym na świecie ekranem trójwymiarowego kina Imax. Większość wyświetlanych tam filmów trwa 45 minut i jest robiona specjalnie na potrzeby tego systemu projekcyjnego. Myśmy poszli na Hubble 3D opowiadający o konserwacji kosmicznego teleskopu Hubble’a. Pokazuje on jak wystrzeliwywyany jest prom kosmiczny, jak astronauci wychodzą w przestrzeń wymieniać komponenty teleskopu, prezentuje też – na bardzo elementarnym poziomie – niektóre odkrycia poczynione za pomocą tego przyrządu. Film był raczej średni, niezbyt ciekawy, a i zdjęcia nie zawsze najlepszej jakości, ale na nas, po raz pierwszy mających do czynienia z trójwymiarowym kinem, jakość obrazu i realizm trzech wymiarów zrobił bardzo duże wrażenie. 1h, 19$

IMG_2284 Zwierzaki w Taronga Zoo. Po kilku tygodniach podróży po Australii na pewno chętnie zobaczylibyście w końcu te wszystkie koale, dziobaki, wombaty i inne dziwy natury, które figurują licznie na pocztówkach ale w naturze pokazywać się nie chcą. Nic prostszego: wystarczy udać się do Circular Quay, z tamtąd popłynąć promem do ogrodu zoologicznego Taronga. W kasie promowej można od razu kupić bilet zawierający wstęp do zoo; zapewnia on też przejażdżkę kolejką linową łączącą dwa końce ogrodu (niezłe widoki na centrum Sydney) oraz wstęp na naszpikowane ekologiczną dydaktyką popisy tresowanych fok. Przede wszystkim jednak można obejrzeć endemiczne gatunki: kangury i wallabies leniwie wylegujące się pod ścianami i drapiące po obu parach genitaliów, siedzące nieruchomo emu, powoli przeżuwające pędy eukaliptusa koale, wombaty i inne małe torbacze przysypiające gdzieś w kącie i nurkującego, jakby od niechcenia, dziobaka. Tylko diabeł tasmański jest pełen wigoru i gania w kółko po malutkim wybiegu, otoczonym fotografiami nowotworów pyska, które prawdopodobnie wykończą ten gatunek w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. 4h, 50$

IMG_2403 Spacer po Harbour Bridge, The Rocks i okolicach opery. Leniwe popołudnie można spędzić spacerując po północnym krańcu Central Business District, czyli dzielnicy drapaczy chmur i centrów handlowych. Mieszczą się tam dwie najsłynniejsze budowle Sydney: budynek opery oraz Harbour Bridge. Z mostu rozciąga się bardzo ładny widok na operę, spod opery na most, a pomiędzy mieści się Circular Quay, czyli centralna przystań promów, oraz dzielnica The Rocks. Ta ostatnia przez długi czas cieszyła się złą sławą, jako miejsce, gdzie skupia się najbardziej podejrzany element Sydney. Obecnie jest to bardzo przyjemna plątanina wąskich zaułków i niezliczonej ilości schodków, pełna knajpek i sklepików. Most i opera wyglądają lepiej po zmroku, The Rocks widzieliśmy tylko za dnia, ale prawdopodobnie noc nie ujmuje im uroku, tak więc tę wycieczkę warto zaplanować na wieczór. 3h, za darmo

IMG_2370 Kolacja na Sydey Tower. Wysoka na trzysta metrów, Sydney Tower dysponuje obrotową restauracją, w której nie wstając od stolika można podziwiać widoki na wszystkie strony miasta. Od stolika wstawać jednak warto, ponieważ restauracja ta to samoobsługowy bufet, z całkiem przyzwoitym jedzeniem. Przebojem są krewetki w sosie tamaryndowo-kokosowym oraz mięciutka jagnięcina duszona z ciecierzycą, ale wszystkie dania, których próbowałem (do wyboru jest ich ze trzydzieści) trzymały przynajmniej zadowalający poziom. Warto też zostawić trochę miejsca na sery (tylko dwa gatunki, ale całkiem smaczne), owoce, oraz lody. To nie jedzenie jednak jest głównym magnesem przyciągającym turystów na wieżę, lecz widoki. Cudów się nie spodziewajcie: jest to niby najwyższy punkt, z jakiego można oglądać Sydney, ale jedna z głównych atrakcji, opera, jest prawie całkiem zasłonięta przez okoliczne wieżowce. Z widocznością również bywa różnie – nawet lekka mgiełka unosząca się na wysokości kilkuset metrów może mocno dać się we znaki. Problemem mogą być też szyby, niezbyt czyste i mocno odbijające światło z wnętrza restauracji, tak, że o efektownych zdjęciach nie ma co marzyć. Warto zamówić stolik na taką porę, żeby załapać się na zmierzch i zobaczyć panoramę Sydney i za dnia, i w nocy; w styczniu dobrą porą na rozpoczęcie kolacji jest godzina 20. Pamiętać przy tym należy, że po przysługującym wam półtorej godziny (restauracja wykonuje w tym czasie półtora obrotu) możecie zostać od stolika wyproszeni żeby zwolnić miejsce dla kolejnych gości. 1.5h, 80$

IMG_2421 Boy Charlton Swimming Pool. Po wieczornym obżarstwie w bufecie rozpocznijcie dzień zdrowo, od przepłynięcia kilku długości w znajdującym się nieopodal ogrodów botanicznych pięćdziesięciometrowym, odkrytym basenie. Warto być tam wcześnie (otwierają o 6 rano), bo wtedy liczyć można na cały tor tylko dla siebie. Pamiętajcie o okularkach do pływania, bo woda jest słona i szczypie. Po wyjściu z wody można się zrelaksować na stojących na brzegu leżakach. 1h, 6$

IMG_2428 Kultura aborygenów w muzeum australijskim. Aborygeni mają w społeczeństwie australijskim miejsce szczególne. Z jednej strony ich kultura i zwyczaje, które praktykują po dziś dzień, wydają się dość prymitywne, jak w przypadku plemion afrykańskich, z drugiej jednak żyją w jednym z najwyżej rozwiniętych krajów na świecie, gdzie czyni się dużo starań żeby zarówno zapewnić im dostęp do zdobyczy współczesnej cywilizacji, jak i pozwolić na kultywowanie ich własnej tradycji. Skomplikowana jest też kwestia własności ziemi i tego, kto do czego ma tu moralne prawo. Implikacje społeczne tego stanu rzeczy są dość zagmatwane i wystawa muzealna nie wyjaśni wam w tej kwestii zbyt wiele. Pozwoli za to na pewien wgląd w tradycyjne wierzenia rdzennych plemion australijskich i formy, jakie przybiera ich współczesna sztuka. Szczególnie ta ostatnia jest interesująca i bardzo zróżnicowana – od prymitywnych, schematycznych rysunków na korze, po oryginalne, abstrakcyjne kompozycje malowanę farbą akrylową na płótnie. Malunki z dużą ilością szczegółów, upstrzone charakterystycznymi białymi kropeczkami, są bardzo wizualnie atrakcyjne. Przy okazji obrazują też skomplikowany system aborygeńskich wierzeń, z ich tęczowymi wężami – stwórcami świata i innymi mitologicznymi postaciami zwierząt. 2h, 12$