Trzy plaże

Po Górach Błękitnych dotarliśmy do Sydney i choć zostało nam jeszcze kilka dni rozbijania się naszym zielonym vanem, kronika naszej trasy tu się zakończy. Kręcić się teraz będziemy w okolicach Sydney i mniej czasu spędzać będziemy w samochodzie a więcej na zwiedzaniu ciekawych miejsc, stąd odmienny od wcześniejszych charakter niniejszego wpisu.

Zapanowała ostatnio moda, nawet w poważnej prasie, na recenzje pisane przez osoby skąd inąd znane, lecz w dziedzinie, której dotyczy recenzja, będące ignorantami. Prezenterka telewizyjna opisuje wrażenia z jazdy najnowszym modelem Ferrari, komik wypowiada się na temat ostatnich elektronicznych gadżetów – przykłady możnaby mnożyć. Postanowiłem przeciwstawić się temu niepokojącemu trendowi i zrecenzować coś, o czym, mówiąc bez fałszywej skromności, mam niejakie pojęcie: plaże.

Pierwsze doświadczenie z plażowaniem miałem w wieku lat trzech, kiedy to pod opieką babci i dziadka spędziłem dwa tygodnie w Skowronkach nad Bałtykiem. Nad morze powtórnie pojechałem dziesięć lat później, tym razem do Chłapowa, w towarzystwie babci i kuzyna. W styczniu 2007 roku byłem na kilka dni w Dębkach w celu eksploracji plaży zimową porą. Jak widać z powyższego, temat nadmorskich plaż nie jest mi obcy. Miałem ostatnio okazję zapoznać się bliżej z trzema plażami położonymi na południe od Sydney i chciałbym ten odcinek podróżnego bloga im właśnie poświęcić.

Garie

IMG_2209 Zacznijmy od południa, czyli leżącej około trzydziestu kilometrów na południe od Sydney Garie Beach. Znajduje się ona na terenie Królewskiego Parku Narodowego, co wiąże się z tym, że dostać się tam można wyłącznie samochodem, a przy wjeździe należy uiścić opłatę w wysokości 11 dolarów australijskich. Zapewnia to naszemu pojazdowi jeden dzień bezkarnego pobytu na terenie parkowych atrakcji. Opłaty można uniknąć przyjeżdżając poza godzinami szczytu, czyli przed 11 albo po 15 (w weekendy szczyt może trwać dłużej), bo budka z biletami jest wówczas nieczynna, jednak jest to ryzykowne, bo gdy jakiś strażnik przyuważy na parkingu samochód bez przepustki to może wlepić mandat. Nam się to na szczęście nie przytrafiło.

Parking nie jest wielki, mieści pewnie poniżej dwustu pojazdów. Obok znajduje się niewielkie schronisko YHA i budynek z łazienkami, oba bardzo ładne i pasujące do otoczenia. Sama plaża jest długa na kilkaset metrów i od strony lądu ograniczona jest urwiskiem, z wyjątkiem odcinka koło parkingu, gdzie łagodnie schodząca do morza dolinka pozwala na dostęp.

Najlepszą dostępną na tej plaży rozrywką jest wchodzenie do morza po pas albo po szyję i bycie poniewieranym przez fale. Te są gigantyczne, ich amplituda praktycznie nie pozwala na normalne pływanie, ale kto by pływał, gdy można unosić się na wodzie, lub stać w niej i być z ogromnym impetem kotłowanym i wyrzucanym na brzeg, zbierając przy okazji pod kąpielówkami kilogramy morskiego piasku? Frajda jest ogromna. Należy jedynie uważać na wodę powracającą do morza, bo jej prąd może porwać i wyciągnąć na głębsze wody. Zdają sobie z tego sprawę ratownicy, którzy dwukrotnie podczas dwóch naszych wizyt “zamykali” plażę z powodu zbyt dużych fal.

Po sesji falowej odpocząć można wylegując się na piasku, a schodząc z plaży opłukać się z soli i piachu pod stojącym przy wejściu na prysznicem. Przyparkingowe łazienki dysponują też porządniejszymi natryskami, gdzie można się dokładnie umyć przy użyciu mydła.

Wattamolla

IMG_2216 Kolejna plaża w Królewskim Parku Narodowym, bardzo jednak różna od Garie. Jej położenie jest dość ciekawe, bowiem jest to dość krótka, stumetrowa może, grobla, pomiędzy małą zatoczką otwartą na morze z jednej strony, a jeziorkiem z drugiej. Z boków plaża zamknięta jest od północy skałami, zaś od południa zalesionym pagórkiem, zboczem którego wiedzie ścieżka z parkingu nad morze. To pierwsza niedogodność: parkuje się jakieś pięć minut spaceru od plaży, a przy parkingu znajdują się toalety i prysznice, tak, że wizyta w ubikacji wiąże się z niewielką wyprawą. Skoro już o prysznicach mowa, wattamollańskie ani się umywają do tych na Garie: nie dość, że budynek jest bardzo wysłużony, to spośród ośmiu kabin woda jest tylko w jednej.

Wattamolla nadrabia widokami: zatoczka jest bardzo malownicza, osłania też od pełnomorskich fal, pozwalając na pływanie i snorklowanie. Z drugiej strony, na Garie zorientowaliśmy się, że właśnie fale są największą atrakcją na tym wybrzeżu, tak że plażowanie na Wattamolla jest nudnawe. Na domiar złego na plaży znaleźć można było sporo martwych ptaków, co czyniło leżenie plackiem mniej atrakcyjnym niż na Garie.

Cronulla

IMG_2255 W odróżnieniu od poprzedniczek, Cronulla Beach mieści się w mieście. Wzdłuż niej prowadzi ulica i znajdują się parkingi, tak że nawet w niedzielę w środku dnia, kiedy na plaży spodziewać się można było największych tłumów, nie mieliśmy większego problemu ze znalezieniem miejsca dla samochodu. Z ulicy do morza jest pięćdziesiąt metrów, przy miejscach parkingowych są prysznice, tak, że można po prostu zaparkować, wyskoczyć na chwilę do morza, po piętnastu minutach wyjść, opłukać się i jechać dalej. Łatwość dostępu powoduje, że na plaży faktycznie są tłumy, jednak jej długość – ponad dwa kilometry – powoduje, że nie jest to problemem. Co prawda na wyznaczonych kąpieliskach jest bardzo gęsto – poza nimi prądy morskie są ponoć zbyt niebezpieczne – jednak przy zachowaniu pewnej dozy ostrożności można do morza wchodzić na odcinkach, gdzie ratownicy nie pilnują – ograniczają się tylko do okazjonalnego upominania, że niebezpiecznie – za to plażowiczów jest mniej.

Podobnie jak na Garie, Cronulla wystawiona jest na otwarte morze, co wiąże się z potężnymi falami. Znów najlepszy sposób spędzania czasu to bycie kotłowanym przez wodę i podróżowanie z wielkimi prędkościami na łamiącej się fali. Jeślibym miał wybierać między Garie a Cronulla to wskazałbym na tę pierwszą – jest mniejsza, ale też ładniej położona, i dostęp do niej jest trudniejszy, dzięki czemu w wodzie ma się mniej towarzystwa.