Z Hanoi do Sajgonu

Pisanie niniejszego sprawozdania wyglądać miało tak, że po dniu zwiedzania, usadowiwszy się w pokoju hotelowym, przez dwie lub trzy godziny spisuję wrażenia i przemyślenia w ciekawej i pomysłowej formie. Rzeczywistość okazuje się nieco inna; za wyjątkiem Don Khon i Vientiane, gdzie mieliśmy parę dni wytchnienia, reszta wycieczki to maraton: zwiedzanie, szukanie hoteli, szukanie transportu do następnego miejsca, jazda autobusami itd. Trudno wykroić wystarczającą ilość czasu żeby pomyśleć jak i o czym napisać – pozostaje pożegnać się z inteligentną formą i po prostu notować naprędce to, co się wydarzyło – zanim się wszystko pozapomina.

Na pokonanie około dwóch tysięcy kilometrów, które dzielą stolicę Wietnamu od największego w tym kraju miasta, mieliśmy cztery dni. W ich trakcie chcieliśmy nie tylko dotrzeć z północy na południe, ale też obejrzeć po drodze kilka ciekawych miejsc. Ze wstępnego planu pominąć ostatecznie musieliśmy jedno: zabytkowe miasto Hoi An, gdzie dotarliśmy około 18, i skąd już pół godziny później musieliśmy wyjeżdżać. Atrakcje, które udało się nam zaliczyć, to:

tunel Vinh Moc

Tunele Vinh Moc

W trakcie wojny mieszkający nad morzem niopodal miasta Dong Ha wieśniacy, aby mieć gdzie chronić się przed amerykańskimi nalotami, wydrążyli pod ziemią setki metrów tuneli, w których między 1966 a 1972 zamieszkiwała cała wioska. Tunele położone są na głębokości od 10 do ponad 20 metrów, na szerokość mają nie więcej niż 80 cm a wysokość między półtora a dwa metry. W ścianach znajdują się wnęki, w kŧórych żyły rodziny, mieścił się szpital, sala porodowa (urodziło się tam podobno siedemnaścioro dzieci), łazienki. Do zwiedzania udostępniona jest tylko część sieci tuneli, ale i to robi spore wrażenie, zarówno za sprawą skali przedsięwzięcia jak i warunków, w jakich ich mieszkańcom przyszło przez lata egzystować: niewątpliwie doskwierała im ciasnota, brak świeżego powietrza i naturalnego światła – schronienie opuszczać mogli tylko nocą.

Do znajdujących się na odludziu tuneli dotarliśmy z Dong Ha na motorkach. Moje drugie podejście do prowadzenia tego najpopularniejszego w Azji południowo-wschodniej środka transportu przyniosło wyzwania w postaci nożnej zmiany biegów (poprzednio, w Khao Yai, jechałem jednobiegowym skuterem) oraz wietnamskiego ruchu drogowego, który jest znacznie gęstszy i mniej przewidywalny niż w innych miejscach, które odwiedzaliśmy. Szczęśliwie osiemdziesięciokilometrowa trasa okazała się bezproblemowa, połowa jej wiodła mało uczęszczaną i malowniczą drogą poprowadzoną wśród pól ryżowych.

Cytadela w Hue

Na początku XIX w. założyciel dynastii Nguyenów przeniósł stolicę do Hue i wybudował wielką, otoczoną murami i fosą cytadelę, w której mieściło się całe miasto. W jej wnętrzu znalazł się kolejny fort, z własnymi murami i fosą, który mieścił budynki rządowe – wśród nich wzorowane na pekińskim zakazanym mieście “purpurowe zakazane miasto”, czyli prywatną rezydencję władcy. Większość tej części cytadeli spłonęła w 1947 roku, w trakcie wojny z Francją o niepodległość. Budynki są obecnie odtwarzane, ale większość powierzchni dawnej rezydencji pokrywają ruiny i trawa. Pozostała część zewnętrznej cytadeli to normalnie dziś funkcjonujące miasto – tyle, że oddzielone od reszty Hue murami i fosą.

Vietnamese Sahara

Wydmy w Mui Ne

Jazda z Hue do Mui Ne trwała 24 godziny, wiązała się z dwiema przesiadkami i nie należała do przyjemnych. Szczęśliwie jesteśmy już tylko niecałe 300 km od Sajgonu, i w Wietnamie czeka nas już tylko pokonanie jednego autobusowego odcinka. Mui Ne okazało się znacznie bardziej skomercjalizowane niżeśmy to sobie rysowali po lekturze przewodników – tam przedstawiane było trochę jak zapomniana wioska z ładną plażą, zastaliśmy tymczasem nadmorski kurort gdzie plaży nie widać zza szeregu hoteli, ruch na głównej ulicy jest niemal jak w Hanoi, ceny europejskie a w knajpach pełno Rosjan. Warto tu jednak było przyjechać dla znajdujących się 40 km od miasteczka piaskowych wydm. Dotarliśmy do nich znów na wynajętych motorowerach – tym razem dopadł nas pech i złapałem gumę, na szczęście tuż przy wydmach był warsztat gdzie za 5 dolarów (stargowane z 20) naprawili dętkę.

Wydmy nazywane są “wietnamską Saharą”, i rzeczywiście, idąc po nich przez pewien czas na horyzoncie nie widać nic prócz usypanych z piasku pagórków – bardzo to efektowne. Przedsiębiorczy miejscowi na początku trasy wynajmują plastikowe maty, na których można z wydm zjeżdżać. Ze względu na współczynnik tarcia piasku osiągane prędkości znacznie ustępują tym, do których przyzwyczaił nas śnieg, ale zabawa i tak jest niezła, a na pamiątkę we wszystkich częściach garderoby i na wszystkich odkrytych częściach ciała pozostają kilogramy drobnego, żółtego piasku.