Z dziennika pokładowego 434 MZX: przez outback

13 stycznia

okolice Clermont – Barcaldine, 2440 – 2907 kilometr

W Clermont dowiadujemy się, że droga z Balcardine na południe jest zamknięta w Charleville. Stawia to pod znakiem zapytania nasz plan jazdy do Nowej Południowej Walii. Od czego jednak jest plan C? Uderzymy przez Mount Isa do Alice Springs w Terytorium Północnym (to jedyne 1500 km), zobaczymy te słynną wielką pustynię oraz Uluru, czyli największy głaz na ziemi, a później już pojedziemy wprost do Sydney – to raptem niecałe 2800 km!

Tymczasem jednak tak czy inaczej należy się dostać do Barcaldine. Pierwsze większe miasteczko na naszej trasie to Emerald, które słynie z kopalni szlachetnych kamieni. Droga do niego jest nad wyraz monotonna, krajobraz to ciągnące się po horyzont trawy. W Emerald planujemy uzupełnić zapasy mleka i kupić mięso na kolację kolejnego dnia. W centrum handlowym zastajemy jednak same puste półki i informację, że ze względu na problemy z dostawami wprowadza się limit dwóch bochenków chleba i dwóch litrów mleka na rodzinę. Mleka nie ma zresztą w ogóle, owoców prawie wcale, z mięsa tylko kilka niezbyt pięknych kawałków wołowiny. Trasy zaopatrzeniowe do miasta prowadzą przez Rockhampton i St. George, czyli miejsca najbardziej dotknięte powodzią, mamy więc nadzieję, że w miasteczkach dalej na zachód sytuacja będzie lepsza.

Barcaldine, typowe outbackowe miasteczko Jedziemy więc na zachód. Krajobraz robi się coraz bardziej egzotyczny, przy drodze widać niewielkie termitiery i drzewa butelkowe. Co półtorej godziny mijamy miasteczka jak z westernów – wzdłuż jednej ulicy przez kilometr ciągna się piętrowe zabudowania z głębokimi podcieniami, w cetrum jest saloon (czyli po tutejszemu “hotel”), na ulicach pusto, wiatr przegania tylko tumbleweed, miejscowi przyglądają się nam podejrzliwie. Jedno z tych miasteczek, Jericho, słynie z rodeo, gdzie kowboje ujeżdżają byki, poza sezonem jednak i ta wątpliwa atrakcja jest niedostępna.

Pod wieczór lądujemy w Barcaldine, gdzie mleka wciąż nie ma, ale dowiadujemy się, że droga na południe jednak jest przejezdna. To chyba dobrze, bo podróż przez Alice Springs oznaczałaby bite siedem dni jazdy samochodem, a tak będziemy mieli jeszcze czas żeby się gdzieś zatrzymać i coś obejrzeć. Tylko co? Outback to pustkowie, pod każdym względem. Nie ma tu nic, tylko droga i trawy po horyzont.

Zatrzymujemy się na campingu gdzie Marta przygotowuje sałatkę z ryżu i tuńczyka. Po jedzeniue do północy gramy we trójkę (bez Marty) w Wesnoth; dochodzimy do wniosku, że gra wieloosobowa wiąże się ze zbyt dużymi przestojami. Kuba, korzystając z dostępu do Internetu, sciąga grę na ich laptopa.

14 stycznia

okolice Barcaldine – Charleville, 2907 – 3326 kilometr

Ranek czternastego stycznia upłynął pod znakiem małżeńskich kłótni o komputery. Ania chciała korzystać z Internetu, ja grać w Wesnoth; Marta chciała grać w jakąś odmianę tetrisa, Kuba w Wesnoth. Nie mogliśmy się dogadać czyja potrzeba jest pilniejsza i kto ma lepsze alternatywy na jej zaspokojenie. Następnym razem trzeba będzie wziąć po jednym netbooku na osobę.

pociąg drogowy Po drodze widzimy pierwsze pociągi drogowe, czyli ciężarówki ciągnące nie jedną, jak w Europie, lecz trzy lub więcej naczep. Monstra te mogą osiągać ponad pięćdziesiąt metrów długości i jeśli wyprzedzają należy je przepuszczać zjeżdżając na pobocze i zatrzymując się. Zupełnie niespodziewanie, w zabitym dechami miasteczku Augenthella znajdujemy w sklepie swieże mleko! Poza tym jednak dzień ten nie różni się specjalnie od poprzedniego. Znów monotonna droga, miasteczka co sto lub więcej kilometrów, wyglądające jak z planów westernów, znów oddaję Kubie kierownicę na ostatnią godzinę. Dojeżdżamy do Charleville, które według przewonika dysponuje centrum astronomicznym, w którym turyści mogą przez teleskop oglądać niebo. Centrum i mieszcząca się w nim informacja turystyczna są zamknięte, postanawiamy jednak wykorzystać bardzo ładny teren, na którym są położone, na kolację i nocleg.

Przy przygotowaniach do kolacji towarzyszy nam stadko kangurów. Zwierzęta te, jeden z symboli Australii, widzieliśmy dotąd tylko na drodze, w postaci rozjechanej. Na żywo są bardziej interesujące: skaczą, drą się, stają na ogonach i boksują. O zmroku zabierają się z trawnika, a my zjadamy kolację w postaci marokańskiego curry z dynią i kuskusem. Wegetariańskie, bo przez ostatnie dwa dni nigdzie nie udało się kupić ani drobiu, ani jagnięciny.

Kuba wynalazł jakieś gniazdka elektryczne w ścianie jednego z budynków, podpinamy tam laptopy i gramy w Wesnoth do północy – Kuba swoją kampanię, ja swoją.

15 stycznia

Charleville – Bourke, 3326 – 3796 kilometr

Rano my z Anią wstajemy stosunkowo wyspani, w odróżnieniu od naszych towarzyszy, którzy spali na dole, gdzie bardzo dokuczały komary. Uporali się w końcu z nimi przy pomocy moskitiery. Po śniadaniu kontynuujemy podróż na południe. Krajobraz zmienia się nieco, wciąż trawy po horyzont, ale na poboczach szosy pojawia się charakterystyczna dla zdjęć z australijskich drógczerwona ziemia , rośnie też trochę drzew. Poza tym jednak widok jest wciąż monotonny, sąsiednie miasteczka są od siebie odległe o ponad sto kilometrów, na połkach sklepowych wciąż brak świeżych rzeczy. W chaszczach przy drodze przyuważamy strusia i robimy mu sesję zdjęciową.

droga przez outback Po południu przekraczamy granicę między Queensland a Nową Południową Walią. Zmienia się sporo: temperatura spada o 10 stopni Celsjusza, czas przesuwa się o godzinę do przodu a droga zaczyna prowadzić przez zalane wodą tereny. Około 17 dojeżdżamy do Bourke. Queenslandowski outback miał być strasznym zadupiem, to jednak było nic w porównaniu z tą mieściną. Mają niby centrum wystawowe, dwa supermarkety, troche historycznych budynków, a w sklepach nareszcie niczego nie brakuje; jednak dwa napotkane rednecki gatunku żeńskiego informują nas, że w miasteczku lepiej nie biwakować, bo przyjdą wandale i nam zdemolują campera; że jak dzieciaki pływające na belkach w starym porcie będą nas prosiły o dwa dolary, to żeby im nie dawać; oferują też pomoc w zdobyciu kangurzego mięsa. Na policji dowiadujemy się, że droga na wschód jest nieprzejezdna i należy jechać dalej na południowy wschód, gdzie powódź nie doszła jeszcze i powinno się jeździć bez problemów.

Zatrzymujemy się na campingu pod miastem, w miejscu, skąd zwykle startują wycieczki parostatkiem. Poziom wody w rzece Darling jest tak wysoki, że dochodzi do miejsc campingowych. Na miejscu są dwa baseny, właściwie bardziej oczka wodne o długości dziesięciu metrów. Próbujemy się w nich kąpać, co jest całkiem przyjemne, Ania jednak przechodzi kryzys, bo owady zamieszkujące licznie te wody włażą jej pod kostium i przebierają nóżkami powodując dyskomfort.

W campingowej kuchni napotykamy grupę ortodoksyjnych Żydów pijących piwo i jedzących ciasteczka. Panowie grają w karty, panie studiują torę. Jest akurat szabas, Kuba służy im więc pomocą przy odpaleniu elektrycznej kuchenki, później jednak niweluje zdobyte w ten sposób względy biorąc garnki Starozakonnych do przygotowywania naszych kolacyjnych fajitas. Szczęśliwie odbywa się bez poważniejszego skażenia niekoszerną żywnością.

Po kolacji gramy trochę w kierki i inne gry karciane, później korzystamy z dostępności prądu i siedzimy w kuchni przy laptopach. Ania z Martą oglądają film, my z Kubą gramy w Liero a później kontynuujemy swoje kampanie w Battle for Wesnoth. Towarzyszą nam chmary owadów, na szczęście niewiele z nich gryzie.

16 stycznia

Bourke – park narodowy Warrumbungle, 3796 – 4362 kilometr

Nad ranem budzi nas bzyczenie komarów. Mam wrażenie, że wciąż jakiś lata mi nad uchem. Próbuję się chować pod kołdrą, ale robi się strasznie gorąco, po piętnastu minutach nie wytrzymuję, wychodzę z naszego dachowego namiotu i pryskam się cały repelentem. Chyba pomaga, do rana nic mnie nie budzi.

Kuba bada bród Rano, na opustoszałym campingu, robimy sobie śniadanie. Naszej samochodowej lodówce udało się zamrozić mleko. Urządzenie można regulować, oba suwaki ustwiliśmy, zgodnie z zaleceniem faceta z wypożyczalni, w minimalnych pozycjach, żeby akumulator wytrzymał przez noc. Początkowo chłodziła ledwo-ledwo, teraz coś jej się poprzestawiało i jak coś dotyka ścianki to nie ma szans – zamarznie.

Po śniadaniu ruszamy w trasę. Mam wrażenie, jakbym przez outback jechał już trzy tygodnie, nie trzy dni. Ciekawe: z jednej strony fragmenty podróży, w których dużo się działo, jak Kambodża czy Wietnam, wydają się być tak niedawno, z drugiej nasza podróż przez australijskie pustkowia zdaje się trwać od wieków. Postanawiamy złamać tę monotonię i zahaczyć o Macquarie Marshes, czyli mokradła, na których jest rezerwat przyrody. Jedziemy kilkadziesiąt kilometrów od głównej trasy boczną drogą, później zjeżdżamy na drogę gruntową (wypożyczalnia tego zabrania, kara wynosi 1250$), ale mokradeł, jak i rzeki, wzdłuż której mają się ciągnąć, jakoś nie widać. Wracamy więc okrężną drogą, i tu robi się bardziej mokro: jest bardzo dużo ptaków, napotykamy też kilka przejazdów w bród. Na dwóch z nich kilkudziesięciometrowy odcinek drogi jest pod wartko płynącą wodą i wygląda to na tyle groźnie, że puszczamy przodem Kubę, żeby własnymi stopami zbadał grunt. W końcu przejechać się udaje, głębokość nie przekraczała 20 cm. Jadąc, przyuważamy jeszcze na drodze dwa nieduże węże, jeden był czerwono-czarny, drugi prążkowany.

Wieczorem, po kolacji mojego autorstwa (paella z krewetkami) kierownicę przejmuje Kuba. Gdy obudziłem się około północy byliśmy już w parku narodowym Warrumbungle, niniejszym opuszczając outback, czyli głębokie zadupie Australii.