Z dziennika pokładowego 434 MZX: są góry, to musi być zimno

17 stycznia

park narodowy Warrumbungle – Lithgow, 4362 – 4773 kilometr

Ania postanowiła zrównać Split Rock z ziemią Noc spędzona na parkingu w parku narodowym Warrumbungle była pierwszą od dawien dawna, podczas której nie dokuczały nam komary. Panował też przyjemny chłód – wjechaliśmy w niewielkie góry, nasz nocleg położony był 500 metrów nad poziomem morza. Jedyny mankament to fakt, że nocowaliśmy na terenie parku bez uiszczenia stosownej opłaty, w związku z czym musieliśmy się zebrać dość wcześnie rano, żeby nas przypadkiem strażnicy nie namierzyli.

Kolejna korzyść z powrotu do cywilizacji jest taka, że mój telefon komórkowy ożywa i mogę przy jego pomocy korzystać z Internetu. Podczas jazdy przez outback sygnał sieci dostępny był tylko w miasteczkach, ale najwyraźniej mój operator komórkowy (Global Gossip) nie miał z właścicielem sieci (Telstra, zdaje się) umowy i wykonywać mogłem tylko telefony alarmowe.

Śniadanie jemy na stolikach przy parkingu, gdzie mieliśmy nocleg. Mleko jest zupełnie zamarznięte, trochę trwa, zanim udaje się odmrozić je na tyle, żebym był w stanie zjeść moje dyżurne muesli. Korzyść jest taka, że część płynna jest bardzo esencjonalna, bo wodę wymroziło.

Po śniadaniu ruszamy na dwuipółgodzinny spacer przez pobliskie skałki zwane Split Rock. Idziemy w ostrym słońcu, w drodze na górę następuje kryzys, bo Ania nie może złapać oddechu, jednak po krótkim odpoczynku idzie dalej. Na szczycie przyjemnie, słońce, piękne widoki, i jedyny zgrzyt to wyjątkowo natrętne muchy, które podróżowały z nami od połowy drogi na szczyt. Mają w zwyczaju krążyć w okół głowy i od czasu do czasu zatrzymywać się dziesięć centymetrów przed nosem. Trudno je utłuc, przegonić też się nie bardzo da, o polubieniu mowy być nie może.

Po zejściu na parking postanawiamy jechać do Blue Mountains po więcej górskich wrażeń. Nie spieszy nam się jednak, zatrzymujemy się więc w pobliskim miasteczku Dubbo na Internet. Pod wieczór ruszamy w stronę Katoomby, która stanowi dobrą bazę wypadową do Blue Mountains. Po drodze zatrzymujemy się na kolację w Molong – Marta przygotowuje spaghetti Bolognese do niego pijemy Australijskie czerwone wino, które oczywiście okazuje się dobre. Przy okazji rozmrażamy lodówkę, mając nadzieję, że przywróci jej to rozsądek i przestanie mrozić bez sensu.

Po kolacji jadę dalej i około północy dowożę śpiącą już ekipę do Lithgow, gdzie na parkingu obok szosy rozbijamy obóz. Jest jeszcze chłodniej niż poprzedniej nocy – jesteśmy już prawie kilometr nad poziomem morza.

18 stycznia

Lithgow – Katoomba, 4773 – 4821 kilometr

kapelusz, Maciek i Three Sisters Z Lithgow do Katoomby jest rzut beretem. Lądujemy tam przed południem i spędzamy trochę czasu w centrum miasteczka, gdzie Kuba próbuje znaleźć sobie nowe spodnie trekkingowe. Jego North Face’y po dziewięciu miesiącach w trasie podlegają gwałtownemu procesowi dezintegracji. W Azji radził sobie oddając je do zacerowania za dolara, obecnie jednak nie dość, że cerowanie podrożało, to spodniom nic już nie jest w stanie pomóc. W międzyczasie my z Anią odwiedzamy sklep z kapeluszami, gdzie Ania zaopatrza się w bardzo ładny zielony czepek, ja natomiast kupuję tradycyjne australijskie nakrycie głowy z kangurzej skóry. O takim kapeluszu marzyłem od małego, najbardziej jednak zaważyły względy praktyczne: jest bardzo lekki, ponadto można go złożyć w ćwierć i wsadzić do torby, a po wyjęciu wróci do pierwotnego kształtu.

Katoomba położona jest na szczycie klifu nad jedną z dolin Blue Mountains i dysponuje tarasem widokowym zwanym Echo Point, z którego można ową dolinę i okalające ją skały podziwiać. A podziwiać jest co: pionowe ściany z piaskowca pną się na setki metrów, w dole jest gęsty, wilgotny las, panorama obejmuje całą dolinę, szeroką na kilkanaście kilometrów. Z platformy widokowej widać też charaketrystyczne skałki zwane Three Sisters, do których robimy sobie później spacer – we trójkę, bez Kuby, któremu po wczorajszym treku dokucza kolano.

Widoki są niewątpliwą zaletą miasteczka, wadą jest natomiast brak campingu w rozsądnej cenie. Na jedynym tego typu obiekcie za naszą czwórkę i samochód zażyczyli sobie 60$, zrobiliśmy więc w tył zwrot i zaparkowaliśmy na podwórku hostelu, tzw. “backpackers”, gdzie za dolarów 40 mamy dostęp do wszystkich udogodnień. Z Kubą najpierw korzystamy ze stołu do bilarda, a następnie ja zaszywam się w przestronnej kuchni, gdzie przygotowuję indyjskie curry. Wszystko jest paczkowane, z supermarketu: sos, biryani, naany, tylko kurczaka trzeba podsmażyć – mimo to, a może dzięki temu, posiłek przyjęty został dobrze. Po kolacji Ania załatwia nam hotel w Sydney, a ja męczę nową kampanię w Battle for Wesnoth.

19 stycznia

Katoomba – Valley of the Waters – Katoomba, 4821 – 4850 kilometr

Co noc, to zimniej. Tej nocy przyszła chmura i budzimy się w chłodnej mżawce. Na dziś zaplanowany mamy długi, siedmiogodzinny szlak w odległej od Katoomby o kilka kilometrów Valley of The Waters. Pochmurna pogoda nie jest nam straszna, tam więc kierujemy nasz pojazd.

Wentworth Falls widziane z National Pass Szlak zaczyna się w miasteczku Wentworth, położonym, podobnie jak Katoomba, na szczycie klifu. Ruszyliśmy więc najpierw w dół, do doliny, bardzo stromymi schodami wzdłuż wodospadu Victoria Falls. Po kilku minutach odpadł Kuba – kolano wciąż się nie wykurowało i nie pozwala mu na dłuższe marsze, w szczególności po schodach. Idziemy dalej we trójkę. Wypogadza się, wychodzi słońce, zaś widoki na gigantyczny wodospad (w sumie ma około 300 metrów wysokości) są fantastyczne, jednak zejście nie należy do najłatwiejszych. Jest stromo, a kamienie są mokre i śliskie, co boleśnie odczuwa Ania wyłożywszy się na jednym z nich. Na szczęście obyło się bez poważnej kontuzji, kontynuujemy więc marsz na dół, a później dnem doliny, do Vera Falls. W wilgotnym lesie jest masa pijawek, jednej udało się pożywić na mojej łydce, pomimo skarpetki, która wedle etykietki miała zapobiegać tego typu zdarzeniom. Pod wodospadem włażę do jeziorka, jest dość płytko, woda zimna, słońce za chmurami, nie siedzę w nim więc zbyt długo. Do dalszej części szlaku cofamy się po swoich śladach. Trasa do Vera Falls jest mało uczęszczana, przez dwie godziny spotykamy troje turystów.

Dalsza część wycieczki wiedzie przez National Pass. Jest to wykuty w ogromnym (na oko ponad stumetrowym) klifie trawers, i widokowo jedna za najbardziej efektownych tras jakimi dane mi było iść. Nad głową ma się kilkadziesiąt metrów ściany, która miejscami tworzy ogromne przewieszki, z których leje się woda, spadając kilkanaście metrów od wiodącej wzdłuż ściany ścieżki i tworząc ogromne krople, które z dołu sprawiają wrażenie jakby poruszały się w zwolnionym tempie. Widoki są doprawdy niesamowite.

Godzinny mniej więcej spacer tym szlakiem doprowadził nas do kolejnego wodospadu, Wentworth Falls. Podobnie jak Victoria Falls ma on około 300 metrów wysokości, jednak o ile Victoria ukryta jest w lesie, Wentworth zobaczyć można w całej okazałości – jest to efektowna kulminacja niesamowitej trasy. Po krótkim postoju u szczytu dolnego stopnia wodospadu – tu Marta odkryła, że podczas spaceru nakarmiła kilka pijawek – wchodzimy stromymi schodami na górę, skąd szlakiem wiodącym szczytem klifu, lecz mniej widokowo efektownym, bo ukrytym w lesie, wracamy na parking.

Na kolację Kuba z Martą zaplanowali grillowane mięso i warzywa, próbujemy więc odpalić jednen z publicznych grilli w parku. Mają one formę postumentu, na górze którego znajduje się metalowa płyta o powierzchni lekko nachylonej do środka, w którym znajduje się mała dziurka; na jednej ze ścianek jest przycisk, który uruchamia podgrzewanie płyty. W tym wypadku spotkało nas rozczarowanie: większość napotkanych urządzeń jest brudna, a te z czystą płytą nie działają. Postanawiamy więc spędzić kolejną noc w Katoombiańskim backpackersie, gdzie korzystać możemy z gazowego grilla. Przygotowana na nich kolacja jest znakomita, szczególnie do gustu przypadł mi kurczak w sosie satay, ciekawe były też kiełbaski z kangura.