Z dziennika pokładowego 434 MZX: ucieczka na zachód

9 stycznia

Lake Eacham – okolice Woodstock, 442 – 909 kilometr

O szóstej rano można było nas zastać w parku na ławce nad rzeczką, w ciszy i skupieniu wpatrujących się w taflę wody. Nie staliśmy się bynajmniej miłośnikami wędkowania; próbowaliśmy dojrzeć dziobaki, które podobno żerują w tym miejscu. Na próżno – pora roku nie jest po temu najlepsza, a dziobaki to bardzo płochliwe stowrzenia

Szczęścia do dużych egzemplarzy tutejszej fauny póki co nie mamy. Krokodyle widzieliśmy tylko małe, kangurów podobno jest mnóstwo, ale my jakoś żadnego nie zauważyliśmy, ani jednego kazuara ani strusia, nic. Dużo jest za to latających owadów i żywiących się nimi ropuch, gekonów i pająków. Przedstawiciel tych ostatnich towarzyszył mi rano w braniu prysznica. Był dość duży, zostawiłem mu więc sporo miejsca, nie chcąc sprawdzać, czy jest z tych gryzących i jadowitych.

Przez Australię jedzie się przyjemnie, bo nie ma się poczucia, że piękne krajobrazy uciekają, że przez chwilę widok jest zachwycający, ale znika zanim zdążę się nim ponapawać. Podobają mi się wzgórza z tropikalnymi lasami schodzącymi do brzegu oceanu? Starczy mi ich na dwa dni jazdy. Rozległa równina, okolona wyrastającymi na horyzoncie górami? Spokojna głowa, jutro też będzie, mimo, że przejedziemy 500 km. Pustynia z czerwonym piachem po horyzont? Starczy jej na tydzień jeżdżenia. Jeżdżąc samochodem trudno sie nie nasycić Australią.

Jadąc Bruce Highway przyuważamy drogowskaz na “winnicę” o obrazowej nazwie Murdering Point, gdzie produkują wina z tropikalnych owoców. Ani bardzo smakuje wytrawne wino z lychee, porto z bliżej niezidentyfikowanych owoców, posiadające podobno bukiet cytrusowo-śliwkowo-morwowy i likier kawowo-czekoladowy, kupujemy więc te trzy butelki za niebagatelną kwotę 75$. Będą na desery i do kolacji.

Minąwszy Townsville zjechaliśmy z Bruce Highway na Overlanders Highway, którą dojechaliśmy do mniejszej drogi łączącej prowadzącej z Woodstock z powrotem na jedynkę (taki numer nosi Bruce Highway). Tam zatrzymaliśmy się na nocleg i skonsumowaliśmy makaron z boczkiem i surówkę z kiszonej kapusty, zaserwowane przez Martę i Kubę. Przy kolacji towarzyszyła nam chmara owadów, część z nich gryząca; jedliśmy przy stoliku wewnątrz samochodu, włączywszy uprzednio silnik i klimatyzację, co okazało się dość skutecznym środkiem na latające paskudztwa.

10 stycznia

okolice Woodstock – Eungella, 909 – 1367 kilometr

widok z campingu w parku narodowym Eungella Przed 7 rano obudził nas straszny upał. Zebraliśmy się z naszego obozu i na przydrożnym placyku postojowym. Przy Bruce Highway można takie napotkać co kilkadziesiąt kilometrów, wyposażone są w stoliki pod dachem, toaletę i zasilane drewnem lub gazem grille – grillowanie to chyba narodowy zwyczaj australijczyków. Na śniadanie usmażyliśmy naleśniki, zrobione ze specjalnego preparatu, który kupuje się w plastikowej butelce, dolewa się wody, potrząsa i już można smażyć.

Później podążaliśmy na południe, zatrzymując się w Conway National Park na kąpiel w wodospadzie o nazwie Cedar Creek Fall. Droga do wodospadu prowadziła przez bród; nie był głęboki, może do kostek, na wszelki wypadek zostawiliśmy jednak samochód przed wodą i ostatni kilometr pokonaliśmy na piechotę. Wodospad okazał się efektowny i licznie odwiedzany przez turystów. Ci najbardziej odważni (albo najgorzej wyposażeni w wyobraźnię) skakali ze znajdującej się około 10 metrów ponad powierzchnią wody skalnej półki prosto w miejsce, gdzie wodospad wpada do znajdującego się poniżej jeziorka. My zadowoliliśmy się opłynięciem rzeczonego jeziorka.

Na nocleg wybraliśmy się do wynalezionego przez dziewczyny w przewodniku parku narodowego Eungella. Aby się tam dostać pokonać trzeba było kilka kilometrów ostrego podjazdu, ale widok, jaki roztaczał się z góry w zupełności to wynagradzał. Zatrzymaliśmy się na campingu z przepięknym widokiem na dolinę; ponowiliśmy też próbę zobaczenia dziobaka w środowisku naturalnym, i tym razem podobno nam się udało. Ja widziałem tylko jakiś mały, czarny kształt poruszający się po powierzchni wody, ale Ania zapewnia, że był to właśnie ów jajorodny ssak.

Na kolację przyrządziłem chilli con carne, do tego wypiliśmy drugą nabytą za 4$ butelkę wina, tym razem czerwonego – również okazało się bardzo smaczne.

11 stycznia

Eungella – Capricorn Coast, 1367 – 1791 kilometr

Tego dnia po raz pierwszy Kuba zasiadł na dłużej za kierownicą. Po raz pierwszy też dostrzegliśmy oznaki powodzi, która dotknęła południowo-wschodnią część stanu Queensland i o której dużo słyszeliśmy od przylotu do Australii. Po drodze z Mackay do Rockhampton jechaliśmy wzdłuż torów kolejowych przykrotych wodą, mijaliśmy też ogromne rozlewiska. My z Anią tymczasem leniuchujemy z tyłu samochodu grając w Battle for Wesnoth, aż prąd w laptopie się kończy.

W okolicach Rockhampton decydujemy się na szukanie noclegu na dziko przy stukilometrowej pętli widokowej przechodzącej przez Capricorn Coast. Zatrzymujemy się przy bocznej drodze, gdzie Marta przygotowuje kolację: spaghetti z łososiem, szpinakiem i sosem śmietanowym. Wykańczamy też kupiony w Murdering Point likier.

12 stycznia

Capricorn Coast – okolice Clermont, 1791 – 2440 kilometr

Rano próbujemy dokończyć pętlę widokową i okazuje się, że tuż przy Rockhampton droga jest zalana przez Fitzroy River i nieprzejezdna. Szczęśliwie miejscowi prowadzą nas drogą wiodącą między innymi cmentarnymi alejkami i nie musimy wracać stu kilometrów pętli – dostajemy się do Rockhampton i przekraczamy rzekę.

taki znak zatrzymał nas tuż przed końcem pętli Capricorn Coast Tu zatrzymujemy się w centrum handlowym aby zweryfikować nasze dalsze plany i okazuje się co następuje: drogi do Fraser Island, czyli piaskowej wyspy będącej naszym kolejnym celem, są generalnie przejezdne, jednak główne miasto w okolicy właśnie się przygotowuje na kolejną falę powodziową, dodatkowo sytuacja w Brisbane, przez które jechalibyśmy dalej na południe, staje się krytyczna, mieszkańcy są ewakuowani i o przejechaniu tamtędy przez najbliższe parę dni mowy być nie może; trudno też przewidzieć kiedy drogi zostaną otwarte. Co gorsza stan rzeki Fitzroy i okolicznych rzeczek jest wciąż bardzo wysoki i kolejne deszcze mogą nas kompletnie odciąć od reszty Australii. Decydujemy się więc na plan B: rezygnujemy z Fraser Island i cofamy się kilkaset kilometrów na północ, aby przebić się wgłąb lądu i tamtędy spróbować pojechać na południe.

Po drodze mijamy znów zalane tereny. Na postoju rozmawiam z kierowcą z firmy kurierskiej, który mówi, że nigdy wcześniej nie widział tak pustej Bruce Highway. Faktycznie, na tej głównej arterii komunikacyjnej biegnącej wzdłuż wschodniego wybrzeża Australii, inne samochody mijamy co kilkanaście minut, resztę czasu spędzamy na pustej szosie.

Wspomnieć tu warto o tym, jak władze Queensland starają się zapobiegać wypadkom spowodowanym zmęczeniem i sennością kierowców. Na Bruce Highway co i rusz napotkać można tablice z hasłami typu “survive this drive”, “brake the drive, stay alive”, “arrive alive” czy “rest or R.I.P.”, co kilkadziesiąt kilometrów są postoje (z tych korzystamy, bo dysponują toaletami i stolikami, przy których można się posilić). Odległości między najbliższymi miejscowościami często przekraczają tu 100 km, drogi są wąskie i dozwolone prędkości z reguły nie przekraczają 100 km/h; po sobie spostrzegłem, że znużenie zaczyna się tu odczuwać znacznie szybciej niż prowadząc samochód w Europie.

Planujemy zanocować nad morzem, w Armstrong Beach, miejscowość okazuje się jednak niezbyt sympatyczna, przygotowujemy więc tylko z Anią kolację – steki z cielęciny, do tego gotowane ziemniaki i szparagi – i kontynuujemy jazdę, aby w nocy zyskać trochę kilometrów. Około północy za kierownicą zmienia mnie Kuba. Droga robi się kompletnie pusta, najwyraźniej nikt inny nie wpadł na podobny do naszego pomysł na podróż na południe – a może nie jeździ się tu w nocy? Około pierwszej zatrzymujemy się na nocleg w zatoczce na poboczu drogi.