Z dziennika pokładowego 434 MZX: wilgotne tropiki

6 stycznia

Cairns – Cape Tribulation, 0 – 162 kilometr

nasz camper w środowisku naturalnym Przed południem odebraliśmy 434 MZX z biura w centrum Cairns, dokąd z Kubą wybraliśmy się z naszego couchsurfingowego locum na piechotę. Mój apel o nadanie pojazdowi pięknej nazwy, na wzór okrętów i statków kosmicznych, został zignorowany (a szkoda; o ile bardziej dostojnie brzmiałoby: “Z dziennika pokładowego Endavour” albo “Z dziennika pokładowego Bee’s Knees”!), pozostaniemy więc przy identyfikatorze, który nadało mu państwo australijskie, a może stan Queensland, nie wiem dokładnie jak się tu rzeczy mają.

Wehikuł nasz to wiekowa (1998 rocznik) Toyota Estima, w dobrym stanie; na liczniku ma 138669 km, co przyjmujemy za punkt odniesienia przy podawaniu przebytych odległości. Samochód wyposażony jest w niewielki, półtoralitrowy chyba, silnik i automatyczną skrzynię biegów. Ruszając czułem jakbym prowadził duży autobus; rozpędzanie do 100 km/h trwa około 60 sekund, zawieszenie jest bardzo miękkie i nie tłumi drgań, tak, że na nierówności drogi samochód reaguje majestatycznym bujaniem, które odczuć można jeszcze kilkanaście sekund po minięciu dziury, która je spowodowała. Ciekawostką są też dźwigienki wycieraczek i kierunkowskazów zamienione miejscami: wycieraczki są z lewej a kierunkowskazy z prawej strony kierownicy.

Wewnątrz pojazd wyposażony jest w dwa siedzenia z przodu, następnie kanapę zwróconą tyłem do kierunku jazdy, na której podczas jazdy się nie siedzi i która rozkłada się na noc, aby wraz z tylnymi siedzeniami stworzyć szeroki, lecz dość krótkie, łóżko. następnie jest przestrzeń, w której można rozłożyć stolik, i w której podczas jazdy walają się pomniejsze bagaże, a za nią wspomniane tylne siedzenia. Za tylnymi siedzeniami jest kuchnia, do której dostęp uzyskuje się poprzez otwarcie tylnej klapy. Mamy tam lodówkę (zasilana z osobnego akumulatora wytrzymuje około sześciu godzin postoju) kuchenkę gazową z dwoma palnikami, zlew, z którego woda wylewa się pod podwoziem, i trochę przestrzeni magazynowej.

Na dachu przymocowany jest bagażnik z klapą, która otwiera się pod kątem tworząc namiot, w którym mieści się spanie dla dwóch osób. Podczas jazdy trzymamy tam pościel i trzy z czterech dużych plecaków. Pasażerowie z tyłu do dyspozycji mają odtwarzacz DVD (drugi, przenośny, podłączyć można w namiocie na dachu) oraz wiatraczek. W sumie wyposażenie jest bogate i pomysłowo upakowane. Jucy Rentals, czyli firma, wynajmująca te vany, nazywa tę konfigurację “Choppa”.

widok z jednego ze wzgórz w parku narodowym Daintree Za pierwszy cel obraliśmy sobie Cape Tribulation i park narodowy Daintree położone w sercu wpisanego na listę Unesco obszaru wilgotnych lasów tropikalnych. Nasza droga prowadziła wzdłuż piaszczystych plaż, na których jednak kąpiel była nie wskazana, ponieważ o tej porze roku w morzu roi się od parzących meduz, spotkać można też słonowodne krokodyle. Jedna z plaż, Ellis Beach, dysponowała fragmentem morza, który był oczyszczony z intruzów i ogrodzony siatką, zażyliśmy więc tam morskiej kąpieli.

Park narodowy Daintree obejmuje wzgórza i góry (najwyższa ma ponad 1300 m wysokości) porośnięte tropikalnym lasem, który schodzi aż do piaszczystych brzegów morza. Od promu na rzece Daintree, gdzie rozpoczyna się park, do Cape Tribulation prowadzi około trzydziestu kilometrów asfaltowej szosy. Za przylądkiem droga zmienia sie w gruntową i pojazdy z napędem na cztery koła mogą nią jechać dalej, aż do Cooktown. Droga prowadzi przez gęsty, tropikalny las; co kilka kilometrów napotkać można małe sklepiki, są też trzy campingi, poza tym tylko dżungla.

W regionie obowiązuje zakaz obozowania na dziko, a strażnicy leśni jeżdżą i wlepiają mandaty, zameldowaliśmy się więc na campingu niedaleko przylądka. Recepcja była już zamknięta a otwierano ją dopiero po 7:30 rano, postanowiliśmy więc skorzystać z okazji i przenocować za darmo. Umówiliśmy się z Martą i Kubą, że za wieczorne posiłki odpowiedzialni jesteśmy na zmianę, raz my, raz oni. Tego dnia wypadała nasza kolej, przygotowałem więc makaron penne z cebulą, pieczarkami, kurczakiem i pesto – proste danie, które dość często robię w domu.

7 stycznia

Cape Tribulation – Mossman, 162 – 282 kilometr

mały krokodyl wylegujący się na brzegu rzeki Daintree Zgodnie z planem wyruszamy wcześnie. Chcemy tego dnia wrócić na południe, w stronę Cairns, po drodze zaliczając rejs po rzece Daintree, gdzie podobno zobaczyć można krokodyle. Marcie we znaki daje się przywiezione z Wietnamu przeziębienie, postanawia więc przeleżeć dzień na tylnej kanapie samochodu i nie towarzyszy nam w wypadach. Po drodze do promu zatrzymujemy się przy sklepie Masona, nieopodal którego można się wykąpać w górskim potoku. Kąpiel urozmaicona jest skokami z zawieszonej na gałęzi liny, woda jest chłodna i przejrzysta, miejsce urocze, spędzamy tam więc dobre pół godziny.

Rejsy na krokodyle startują tuż przy promie, po południowej stronie rzeki. Wykupujemy bilety, które pozwalają nam dodatkowo na jeszcze jeden rejs, z samej wioski Daintree, w górnej części biegu rzeki. Tego dnia wcześniejsze kursy widziały podobno trzy młode i jednego starego krokodyla, nam udaje się jednak dostrzec tylko te małe. Jesteśmy pod wrażeniem spostrzegawczości sterującego łódką brodatego, wysokiego Australijczyka, który dostrzega krokodylki, których my nie jesteśmy w stanie wypatrzyć naewt gdy podpłynie na pięć metrów i pokaże dokładnie miejsce. Ratujemy się robiąc zdjęcia wskazanych fragmentów brzegu i powiększając je następnie: rzeczywiście, widać wtedy małe, półmetrowej długości krokodyle. Przewodnik-sternik opowiada przy okazji o zwyczajach tych gadów, o tym, jak po czterdziestu latach osiągają długość pięciu metrów i jak dożywają nawet dwustu lat. Podczas drugiego rejsu, z wioski, mijamy jednego tylko krokodyla, większego, ale za to tak schowanego, że nawet Kuba ze swoim potężnym obiektywem nie miał łatwego zadania gdy portretował gada. Krokodyle krokodylami, widoki podczas tych przejażdżek są piękne.

Na koniec dnia docieramy w okolice miasteczka Mossman, gdzie nocujemy na dziko, przy bocznej drodze, nad potokiem. Na kolację Marta z Kubą przygotowują kurczaka w sosie curry z mlekiem kokosowym, do tego ryż.

8 stycznia

Mossman – Lake Eacham, 282 – 442 kilometr

Przedpołudnie i część popołudnia spędziliśmy w Mossman Gorge. Obeszliśmy tam kilkukilometrowy szlak po tropikalnej dżungli, gdzie najciekawszym punktem były drzewa z płaskimi, wysokimi korzeniami, które pomagały w wychwytywaniu tlenu z powietrza (w glebie jest go tam bardzo mało) oraz w gromadzeniu opadłych liści i innych składników kompostu, oraz wykąpaliśmy się w rwącym potoku górskim. Kuba przy okazji uratował dziweczynę, która spanikowała gdy porwał ją ostry nurt. Trenowaliśmy też przepływanie w wodzie pędzącej po przekroczeniu wodospadu.

Potem wyruszyliśmy na południe, do Atherton Tablelands, płaskowyżu nieopodal Cairns, gdzie klimat miał być mniej upalny. Nasza droga prowadziła Captain Cook Highway, jednopasmową szosą wzdłuż brzegu oceanu. W północnej Australii główne drogi, tzw. highways, to często właśnie wąskie szosy, jak ta między Brańszczykiem a Tuchlinem. Ruch jest na nich niewielki, więc w zupełności wystarczają.

szosa kapitana Cooka Pod wieczór dotarliśmy w okolice jeziora Eacham i z braku lepszych pomysłów na nocleg rozbiliśmy obóz na rozsądnym cenowo – 25$ – campingu. Kolacja była wspólna: ja z Anią wykonaliśmy sałatkę grecką zaś Marta przygotowałą tosty z serem. Wypróbowaliśmy też Australijskie białe wino za 4$, okazało się bardzo smaczne.