Zen i sztuka kąpieli

Rakieta

Dziwolągi, egzotyka, ciekawostki – to absorbuje gawiedź. Stąd obraz Japonii, w który wyposaża nas popkultura, to dziwne rytuały, obca zupełnie mentalność, ekstrawaganckie stroje, high-tech, kodeks honorowy. Na górze Tsukuba tej inności nie widać, ludzie wchodzą jak w Europie, pocą się i dyszą jak w Europie, mówią “dzień dobry” jak w Europie. Ubierają się trochę może inaczej: więcej jest wynalazków, elementów garderoby które dobitnie podkreślają “teraz jestem na wycieczce górskiej”, te wszystkie techniczne leginsy i skarpety pod specjalnymi szortami, kapelusze i czapki od słońca, butle, plecaki i plecaczki, saszetki, kije. Sprzęt trekkingowy jest w głównej mierze produkcji zachodniej. Japonia jest zamerykanizowana, wesela i śluby wyglądają jak na zachodzie, obok tradycyjnych knajp z yakitori, soba, tempura, gyoza i cha mieszczą się sieci kawiarń i fast foodów serwujących chizukeki, aisukurimu oraz hambaga.

U ponóża góry świątynia buddyjska, jak z obrazka: podwinięty dach, wielki dzwon, bębny, które bębnią o trzeciej po południu. Za 100 lub 200 jenów można sobie wylosować wróżbę. Po jej odszyfrowaniu, co podobno nie jest sprawą prostą, należy zdecydować, czy jest szczęśliwa, czy nie. Niektórzy oceniają pomyślność na skali pięciostopniowej, i zatrzymują tylko wróżby które osiągną przynajmniej określony stopień, na przykład czwarty lub piąty. Te odrzucone przywiązuje się do sznurków, żeby się nieszczęście wywiało na wietrze.

Tsukuba ma centrum lotów kosmicznych, z prawdziwą japońską rakietą, ale jest poniedziałek i wszystkie atrakcje wystawowo-muzealne są zamknięte. Siedzę więc w Starbucksie i popijam kolejne serniki kolejnymi kawami. Nie mają tu espresso.

Matoba-san

Na pierwszy rzut oka Kioto to przeciwieństwo Tokio. Na drugi już nie: owszem jedno się zaczyna, a drugie kończy na kyō, 京 (stolica), ale w Kioto jest to, 都 (też stolica) zaś w to Tokio , 東 (wschód). O ile etymologicznie są to miasta sobie bliskie, o tyle semantyczna opozycja jak najbardziej istnieje: Tokio to nowoczesność, pośpiech, tłumy w garniturach upychane do metra, wysokościowce, neony; Kioto to historia, spokój, turyści (japońscy) spacerujący w kimonach, wąskie uliczki, restauracje, świątynie, ogrody. Różnice te dobrze oddaje nasze locum: w Tokio mieszkamy w betonowym, nowoczesnym i naszpikowanym elektroniką hotelu-akademiku dla naukowców, w Kioto zaś zatrzymujemy się w pensjonacie w historycznym Gion, w pokoju zamkniętym papierowymi, zasuwanymi ekranami, z tatami na podłodze, z futonami do spania, z poduszkami do siedzenia. Łatwo popełnić fopa i zapomnieć o którymś z etapów zmiany obuwia. Przy wejściu zostawia się buty zewnętrzne i zakłada kapcie domowe. Te zdejmuje się przed wejściem do pokoju, gdzie chodzi się boso. Kapcie domowe zdejmuje się też przed wejściem do toalety, lecz tam zakłada się dyżurne, toaletowe kapcie.

Po oświecenie i medytację w otoczeniu natury udajemy się do Arashiyama. Jest to deptak nad rzeką, pokryte lasem wzgórze oraz słynna ścieżka przez gaj bambusowy. Trzecie oko otwiera nam się w Shoraian, ukrytej w lesie restauracji, gdzie posiłek spożywa się klęcząc na tatami przed niskim stolikiem, a menu oparte jest o tofu. Serene W naszym zestawie jest chyba pięć albo sześć rodzajów, choć jemy też rybki oraz narybek, a także kawałki mięsa. Do niektórych dań dodawane są wiersze lub ilustracje. Miejsca nie ma dużo, tak na kilkanaście osób, wszyscy pozostali gości to japończycy. Z tego być może powodu zainteresował się nami Matoba-san, starszy pan siedzący z rodziną nieopodal. Podszedł, przedstawił się, po czym poprosił o kartkę, na której piórem do kaligrafii napisał nam wiersz oraz narysował ilustrację. Potem była sesja zdjęciowa, prezenty (dostaliśmy mandarynki i japońskie herbatniki, myśmy dla nich niczego nie mieli) oraz wymiana wizytówek (tu znów nie mieliśmy się czym zrewanżować, daliśmy więc wizytówkę Shoraiana z naszymi telefonami dopisanymi ołówkiem). To wszystko odbyło się bez jakiejkolwiek możliwości porozumienia werbalnego, Matoba-san nie mówił bowiem po angielsku ani po polsku. Dopełnienie naszej transformacji następuje w Tenryu-ji, buddyjskiej świątyni zen otoczonej ogrodem, gdzie każda roślina jest na swoim miejscu, wielkie sumy w stawie kłębią się dostojnie, góry w oddali układają się w perfekcyjne tło, zaś antyczne budynki pachną egzotycznym drewnem. W takim miejscu wyzbywanie się “ja” wydaje się najprostszą rzeczą pod słońcem.

Ninjo-jo to jedno wielkie “ja”. Z zewnątrz, w formie nie tak znów różne od Tenryu-ji, też są rozległe budynki wyłożone tatami, jest też ogród. Jednak wnętrze pałacu Ninomaru skonstruowane jest wokół potrzeb jednej osoby: szoguna. Kolejne pokoje to fantastyczna sekwencja naściennych malowideł, dopasowanych do funkcji i charakteru pomieszczeń. Na złotym tle rozpościerają się konary sosen, kwiaty, sceny ze wschodniej historii i mitologii; obrazy podniosłe i imponujące w salach oficjalnych, subtelne i oszczędne w pokojach prywatnych oraz przeznaczonych do audiencji rodzinnych. Ogrody eleganckie, w ich organizacji brak jednak tego pierwiastka doskonałej harmonii, organicznej kompozycji, którą uderza przyroda okołoświątynna. Cały kompleks, otoczony murami grubymi i wysokimi na kilkanaście metrów oraz szerokimi fosami, sprawia wrażenie twierdzy nie do zdobycia. Aż dziw, że większość potomków Tokugawy, założyciela szogunatu i budowniczego tego imponującego zamku, nie postawiła tu nawet stopy.

Soba

“The food here is brilliant. Everything is so fresh!” – powiedział Matt H. zabierajac mnie do restauracji na pizzę podczas mojego pierwszego, służbowego wyjazdu do Tokio. Nie zobaczyłem wtedy nic, nie wiedziałem nawet co to znaczy arigato (a powtarzają to w Japonii bez przerwy) zaś największym wyzwaniem kulinarnym były kiełbaski maczane w surowym jajku. Teraz jemy gyozę w małej knajpce na Shinjuku, tofu w Shoraianie, kulki z ośmiornicy na targu Nishiki w Kyoto, sushi i bento kupione w supermarkecie, sobę i tempurę w restauracji. Z tego wszystkiego tradycyjna, wyszukana kuchnia japońska, jak w Shoraianie, najmniej nam pasuje. Comfort food, czyli tempura i gyoza, to lepsza opcja dla gościa z zachodu, i tańsza. Podobno Tokio jest miastem z największą na świecie liczbą gwiazdek Michelin – i to zaaplikowanych do kuchni nie tylko japońskiej, włoska i francuska jest dość popularna – ale na to akurat nie polujemy. Bezgwiazdkowa soba, czyli makaron z mąki gryczanej, jedzony na zimno z sosem sojowym, do tego różne warzywa i owoce morza w tempurze, pikantna pasta miso z kiszonkami, to chyba nasze optimum kuchni japońskiej. Sushi z supermarketu to też świetny wybór, tańsze niż w londyńskim Itsu, i dużo lepsze.

Onsen

Uciekamy w góry; ja przed gorącem, Ania przed pracą. Praca Anię dogania: w każdej wolnej chwili na wierzchu jest komputer, przeglądane są wyniki obliczeń. Dwa dni wcześniej zrobiłem rekonesans górski w pobliżu, w Oku-Tama, godzinę pociągiem z Tachikawa. Góry tam są wysokości Beskidu Śląskiego, po kilometr z hakiem, gęsto zalesione, lecz znacznie bardziej strome. Za 2500 jenów pożyczam rower, mówiąc, że jadę do jeziora Oku-Tama, tymczasem kilometr za wioską skręcam w boczną drogę. Wypatrzyłem sobie tę trasę w sposób, w jaki zwykle planuję wycieczki w nieznanym terenie: Google Maps z włączonymi zdjęciami okolicy, patrzę, gdzie skoncentrowane są te z ładnymi widokami, potem trochę Street View, obrazów satelitarnych oraz Open Street Map z warstwą rowerową, czyli jedyną pokazującą poziomice. Kto by tam jednak patrzył na poziomice! O ile fajniej jest poczuć gradient w nogach, podjeżdżając górską drogą na przełęcz, oraz w rękach, hamując pulsacyjnie podczas zjazdu, tak by się obręcze w pożyczonym rowerze nie przegrzały!

Myoko-yama, górę wysokości Rysów, zlokalizowałem metodą następującą: na mapie japońskich wulkanów wyszukałem ten najbardziej aktywny mieszczący się na wyspie Honshiu (to Niigata-Yake). Następnie, przy użyciu Google Maps zacząłem szukać dróg nań prowadzących; okazuje się, że jest to góra dość trudno dostępna, jednak po drugiej stronie doliny znajduje się Myoko, na którą prowadzi kilka szlaków z niezbyt odległych miejscowości. Shinkansen oraz lokalny pociąg dowiozą nas tam z centrum Tokio w około trzy godziny. Et voilà, plan na jednodniowy wypad w góry gotowy. Mądrość tej metody planowania treków niech Czytelnicy sami ocenią.

Onsen

Pensjonat Tsubame Highland Lodge to chata w stylu alpejskim, w ramach dekoracji dzwonki z napisem “Switzerland” oraz róg alpejski, do śniadania tyrolskie śpiewy. Pojawiamy się tam o pierwszej i chcemy wyruszać na górę, tymczasem dowiadujemy się od zatroskanej obsługi pensjonatu, że jak się doda trzy i pół do półtora a potem pomnoży przez dwa, to wychodzi dziesięć godzin, czyli z góry schodzilibyśmy po ciemku, a jest stroma, śliska, są przepaście i inne niebezpieczeństwa. Poprzestajemy więc na czterogodzinnej wycieczce szlakiem prowadzącym na szczyt, w gęstym, wilgotnym lesie, wśród roznoszącego się tu i ówdzie zapachu siarki. Okazuje się, że wytypowana przez nas lokalizacja górska nie była zupełnie chybiona, bowiem skutkiem bliskości aktywnych wulkanów jest duża liczba gorących źródeł i zbudowanych przy nich onsenów – tradycyjnych japońskich łaźni. Kolejnego ranka zatem pobudka przed szóstą rano, dwudziestominutowy spacer w górę, po czym piętnaście minut relaksu w ukropie, wśród skał i drzew, pod bezchmurnym niemal niebem, z widokiem na szczyt Myoko. Dla samych tych piętnastu minut warto pofatygować się z Tokio w tę okolicę.

Kolejka

Tradycyjne, przesuwane drzwi produkowane są teraz z plastiku lub metalu oraz laminatu udającego drewno. W nowych budynkach ściany to bloki surowego betonu. Już w Gion w Kioto, w drewnianych domach z żaluzjami z cienkich, pionowych listewek, widać oszczędność formy i materiału. Przewody energetyczne rozprowadzone są ze słupów nie w takim może chaosie jak w Indochinach, ale też niezbyt estetycznie. Budownictwo jest praktyczne, nie piękne. Piękne są ogrody. Nie tylko przyświątynne i przypałacowe, ale też przy domkach jednorodzinnych: wypielęgnowane krzewy, przystrzyżone drzewa, ascetyczna elegancja.

Praktyczne są samochody, małe pudełka z małymi silnikami, wszędzie się mieszczą i niewiele palą. Praktyczna jest dbałość o to, co w życiu ważne: wygoda, higiena; najbardziej wyrafinowany gadżet w wilu domach to klozet, podgrzewana deska, szereg przycisków do mycia i suszenie różnych części ciała (“wand cleanera” nie odważyłem się przetestować). Praktyczne są oznaczenia na stacjach kolejowych: tu zatrzymuje się ten wagon tego pociągu, wzdłuż tej linii stać w kolejce do najbliższego pociągu, wzdłuż tej do kolejnego. I ludzie czekają w tych kolejkach! Ta dyscyplina, szczegółowe planowanie (w oparciu o solidne podstawy naukowe, założyć można) powoduje, że pociągi jeżdżą zgodnie z rozkładem, co do sekundy. Też bardzo praktyczne.

Arigatō

Nie szkodzi, że nie rozumiesz ni w ząb, co chcą powiedzieć (choć, wraz ze zrozumieniem jednego słowa lub odszyfrowaniem jednego znaczka kanji spływa nagle dar rozumienia, już japoński nie jest obcy, już wszystko wydaje się proste, jesteś mistrzem japońskiego i wszystkich języków). I bez porozumienia słownego napotkani Japończycy są nieodmiennie życzliwi i uprzejmi. Nie chodzi nawet o te ukłony ekspedientów, czy kelnerki klęczące przy stoliku podczas składania zamówienia – takie uniżenie akurat może być nie w smak Europejczykom. Życzliwości zaznać można w kontaktach zawodowych, ale też ze strony przypadkowych osób napotkanych w drodze, na stacji, w restauracji. Dziękujemy profesorowi Yamagata za serdeczne przyjęcie w Tsukuba. Dziękujemy Matoba-san za wiersz, rysunek oraz prezenty. Dziękujemy zawiadowcy stacji Sekiyama, który rozpisał nam przesiadki i poczęstował czekoladkami, choć sami o nic go nie pytaliśmy. Dziękujemy pani z kawiarni na tejże stacji, która w odpowiedzi na pytanie na migi wyciągnęła telefon i zamówiła dla nas taksówkę. Dziękujemy menedżerowi Tsubame Highland Lodge, który odwiózł nas na stację samochodem. Może to dlatego, że wyglądaliśmy na bezradnych, na zagubionych w tym tradycyjnym, ultranowoczesnym, pięknym, pragmatycznym, egzotycznym kraju. Tak czy inaczej, było nam miło. Arigatō gozaimasu!

Vicissitudes of Life

Zdjęcia

Japan

06/08/2016